Lewandowski nic nie wniósł. Ale jest coś, co boli jeszcze bardziej! Nieszczęście

Dawid Szymczak
Robert Lewandowski wrócił, a jakby go nie było. Michał Probierz nie trafił z wyborem piłkarzy do środka i za późno zmienił Slisza. Zmiennicy niczego nie wnieśli. Polska obrona istniała tylko teoretycznie. Wreszcie: Polska przegrała zasłużenie. Wnioskami z meczu Polska - Austria (1:3) dzieli się Dawid Szymczak, dziennikarz Sport.pl.

Po zabawie. Polska przegrała mecz, którego przegrać nie mogła, by zachować realną szansę na wyjście z grupy. Najbardziej boli, że Austria nie pokazała niczego nowego niż w ostatnich dwóch latach - lepiej weszła w mecz i lepiej go skończyła. Polska przewagę miała tylko na trybunach. Oto kilka smutnych wniosków z tego spotkania. Podstawowy jest taki: wygrała drużyna lepsza.

Z czego wzięło się nieszczęście?

Wojciech Szczęsny, inaczej niż w meczu z Holandią i sparingach poprzedzających Euro, nie decydował się na krótkie podanie do obrońcy, tylko wybierał długie wybicie w okolice połowy boiska. Chciał tym samym uniknąć pressingu Austriaków - ich najgroźniejszej broni. Pomysł był całkiem logiczny, ale nie był zbyt skuteczny przez błędy, które pojawiały się, gdy już Szczęsny wybił piłkę. Polacy przegrywali z Austriakami pojedynki powietrzne, mieli też problem, by wygrać tzw. "drugą piłkę", czyli przejąć piłkę, gdy ta już spada na ziemię i przez moment jest bezpańska.

Efekt tego był taki, że Austriacy błyskawicznie wracali w okolice pola karnego Polaków i zastawiali drużynę Probierza niezorganizowaną. Przy pierwszym wznowieniu wzięła się z tego pierwsza groźna sytuacja, a przy drugim - rzut wolny, który był początkiem akcji, w której Polska straciła pierwszego gola. To przed tym rzutem wolnym Gernot Trauner powędrował w polskie pole karne i nie wychodził z niego przez następnych kilkadziesiąt sekund, aż do strzelania gola.

Przespany początek. A później: Pio, Pio, Pio! I na tym koniec radości

Dla Polski mecz zaczął się po pierwszym kwadransie. Pierwszy przeoczyli kompletnie. Może to presja, może to stres, może brak koncentracji, może to zaskoczenie intensywnością narzuconą przez Austriaków. Nieważne, przeanalizować, zrozumieć i unikać w przyszłości. Najważniejsze, że w końcu się otrząsnęli i zaczęli grać.

Wyglądało to tak, jakby obudziła ich pierwsza ofensywna akcja w 17. minucie, gdy pierwszy raz zdołali zbliżyć się do pola karnego - Piotr Zieliński oddał wtedy zablokowany (ręką?!) strzał. Sędzia nie podyktował rzutu karnego, ale Polacy długo tego nie rozpamiętywali. Już po chwili stworzyli bardzo groźną sytuację: Frankowski dograł po ziemi w pole karne, a piłkę w drugie tempo zaatakował Zalewski. Miał i czas, i miejsce, i dobrą pozycję. Ale wyraźnie przestrzelił. Szkoda, bo na tym Euro widzieliśmy już dziesięć bramek zdobytych w znacznie trudniejszych sytuacjach. Można gorzko zażartować, że Turcy z takiej okazji strzeliliby trzy gole.

Na szczęście już druga sytuacja została wykorzystana. Podobnie jak w sparingach przed Euro i w spotkaniu z Holandią, zagrożenie wzięło się z rzutu rożnego. Z pierwszym dośrodkowaniem Austriacy jeszcze sobie poradzili, ale Polacy zostali z piłką w pobliżu ich pola karnego i ostrzeliwali je raz za razem. Już strzał Jana Bednarka wydawał się zmierzać do bramki, ale jednemu z Austriaków udało się go zablokować. Piłka zaraz spadła jednak pod nogi Krzysztofa Piątka, który z bliska trafił do siatki. Kluczowa w tej akcji była determinacja Polaków, którzy przejmowali bezpańskie piłki. Najpierw Nicola Zalewski, a później Jakub Kiwior. To oni wciąż utrzymywali tę akcję w pobliżu pola karnego Austrii i otworzyli szansę przed Bednarkiem i Piątkiem.

Polska przegrała środek pola. To przeciwko Austrii grzech ciężki

Ralf Rangnick ma obsesję na punkcie środka pola – to tam Austriacy najsilniej pressują i to tam znajduje się źródło większości ich akcji. Dość powiedzieć, że w ich wyjściowej jedenastce było aż pięciu (!) środkowych pomocników – Grillitsch, Seiwald i Laimer na nominalnych pozycjach, a Baumgartner i Sabitzer jako „oszukani skrzydłowi", którzy nieustannie dryfowali do środka, by zwolnić swoje sektory dla bocznych obrońców.

I w tej kluczowej bitwie o środek pola Michał Probierz wyraźnie przestrzelił z wyborem piłkarzy. Zamiast Tarasa Romanczuka i Sebastiana Szymańskiego wystawił Bartosza Slisza i Jakuba Piotrowskiego. Był to wariant bardziej fizyczny i bardziej mobilny, ale tylko w teorii, bo żaden z wybranych zawodników nie miał dobrego dnia. Sliszowi w pierwszym kwadransie przytrafiła się bardzo groźna strata, później miał problem, by odnaleźć się w tym meczu, a w 53. minucie dostał żółtą kartkę, co jeszcze mocniej ograniczyło jego możliwości na tak newralgicznej pozycji, w bardzo trudnym meczu. Zastanawialiśmy się, dlaczego Probierz wciąż go nie zmienia.

Aż nadeszła 66. minuta, a przed polem karnym Polaków powstała dziura niemal tak gigantyczna jak w dachu Stadionu Olimpijskiego. Baumgartner od razu z tego skorzystał – przyjął piłkę, podprowadził, uderzył i trafił. Gdy piłka wpadała do bramki, Slisz dopiero do niego dobiegał. Kilka minut później został zmieniony. Za późno!

Piotrowski w pierwszej połowie spisywał się jeszcze gorzej - był ślamazarny, bardzo niedokładny, zbyt często piłka odskakiwała mu kilka centymetrów za daleko. I jego Michał Probierz zmienił już w przerwie. Słowem: Probierz pomylił się z wyborami w strefie, w której u Rangnicka zależy najwięcej, więc każdy błąd kosztuje.

Trenerzy juniorów, pokazujcie swoim piłkarzom Piotra Zielińskiego

Zgodnie z przypuszczeniami był to mecz bardzo twardy i nieprzyjemny. Bez brutalnych zagrań, ale rozgrywany w ciągłym kontakcie z rywalem. Jedna dłoń wystarczyła do policzenia zagrań, po których cmokalibyśmy z zachwytu. Dlatego tak dobrze zrobiła temu spotkaniu obecność Piotra Zielińskiego, który co chwilę serwował ciekawe zagranie. Najprzyjemniej ogląda się Zielińskiego, gdy robi te najprostsze rzeczy. Gdy przyjmuje piłkę, ale tak miękko i dokładnie jak nikt inny. Gdy podaje, ale niemal zawsze prosto pod nogi najlepiej ustawionego kolegi. Gdy mija rywala, ale tak lekko i spokojnie, jakby tamtego obowiązywał zakaz odbierania piłki. Zieliński zawsze zabiera piłkę w odpowiednim kierunku, zawsze ma pomysł, jak poprowadzić akcję.

Z Austrią dwa razy był blisko gola – pierwszy strzał został zablokowany przez obrońcę, a z drugim – z rzutu wolnego – z trudem poradził sobie bramkarz. Miał też udział przy golu Piątka – to on wstrzelił piłkę w pole karne. Kluczowy piłkarz kadry. Nie tylko w tym meczu, a od miesięcy.  Ale sam meczu nie wygra.

Robert Lewandowski wrócił, a jakby go nie było

A jednak się nie udało. Lewandowski trenował w środę i w czwartek, ale na piątkowy mecz z Austrią i tak nie zdążył w pełni dojść do siebie, więc mecz w ataku zaczęli Adam Buksa i Krzysztof Piątek. Michał Probierz zdecydował się zatem na drobną taktyczną zmianę – zmieścił w składzie drugiego napastnika kosztem Kacpra Urbańskiego, ofensywnego pomocnika, który w spotkaniu z Holandią był jednym z lepszych zawodników reprezentacji Polski. Prawdopodobnie selekcjoner – zgodnie z tym, co mówił na konferencji prasowej – spodziewał się meczu bardzo wymagającego fizycznie, w którym rywal będzie agresywny i silny fizycznie. Stąd decyzja, by Piątek grał zamiast mniejszego i wątłego Urbańskiego.

Obserwowaliśmy Lewandowskiego, odkąd tylko wyszedł na rozgrzewkę, by – na tyle, na ile to możliwe – wybadać, na ile jest gotowy do wejścia na boisko w drugiej połowie. Zaczął od zabawy z piłką: żonglował, wrzucał ją sobie na głowę, na kark, kopał wysoko i próbował jednym dotknięciem sprowadzić do ziemi. Później przeszedł do właściwiej części i robił dokładnie to samo co reszta kolegów. Następnie wrócił do zabawy z piłką, zaczął grać „w dziadka" z pozostałymi rezerwowymi. Rokował. Intensywniej od reszty rozgrzewał się też w przerwie, można było nawet zakładać, że zacznie drugą połowę, ale selekcjoner wpuścił go w 60. minucie razem z Karolem Świderskim, wymieniając duet napastników.

Wchodził przy owacji kibiców. Nawet głuchy słyszałby, jak dużą wiarę w nim pokładają. Był remis 1:1, na boisku nikt nie dominował, a on mógł być tym, który przeważy. Ale jego wejście nie dało kompletnie nic. Wszedł, a jakby go nie było.

Kompromitacja w obronie

Do wyjściowej jedenastki wrócił za to Paweł Dawidowicz, który nie był jeszcze gotowy na mecz z Holandią i z ławki obserwował, jak na jego pozycji radzi sobie Bartosz Salamon. A radził sobie dość przeciętnie – kilka razy powstrzymał Memphisa Depaya, ale był też zamieszany w stratę obu bramek i po meczu sam przyznawał, że czuje się współwinny porażki.

W przypadku Dawidowicza nie był to udany powrót. To on kompletnie zgubił w akcji bramkowej Traunera. W kluczowym momencie pozwolił, by Austriak od niego odskoczył i znalazł miejsce przy bliższym słupku bramki Szczęsnego. Pozostał bierny. Nie doskoczył w porę. Dopiero gdy Trauner dokładał głowę do piłki, zrobił krok w jego stronę. Pozorował działanie, gdy było już za późno. Zaspał też, gdy Austriacy szybko rozegrali rzut wolny, ale sytuację uratował wówczas Jakub Kiwior. Przy akcji, która skończyła się rzutem karnym dla Austrii, nie uratował go już nikt. To on przegrał pojedynek główkowy, a Sabitzer ruszył sam na sam ze Szczęsnym.

Ale w obronie zawodził nie tylko Dawidowicz. Polska nie miała obrońcy, który dawałby bezpieczeństwo. Przestrzenie między Bednarkiem, Kiwiorem, Dawidowiczem a wahadłowymi i defensywnym pomocnikiem były zdecydowanie za duże. W drugiej połowie Polakom brakowało determinacji. Byli obok, ale nie atakowali Austriaków.

Austriacy mieli słabnąć? Rośli z każdą minutą! Co za "agresorzy"

Austriacy są królami statystyk, które próbują uchwycić, jak zdeterminowany jest dany zespół i na jak niewiele pozwala przeciwnikom próbującym rozgrywać piłkę. Statystycy wrzucają próby odbioru piłki, faule i skoki pressingowe do jednej kategorii: „aggresive actions". Po pierwszej serii meczów Euro zawodnicy Ralfa Rangnicka byli w niej najlepsi. I nie był to przypadek, bo po całych eliminacjach też byli w czołówce tych kategorii. Ale kogo bardziej przekonują obrazki niż liczby, mógł zobaczyć poturbowanego Antoine’a Griezmanna, Kyliana Mbappe ze złamanym nosem i pięciu Austriaków ukaranych żółtymi kartkami. Gołym okiem było widać, że są doskonale przygotowani fizycznie, nieustannie biegają i wydają się przy tym nie męczyć. Żeby jednak było jasne: sprowadzenie Austrii do drużyny kopiącej rywali po nogach byłoby niesłuszne. Jak już piłkę odzyskają, mają do zaproponowania naprawdę sporo.

Z drugiej strony - Austriacy grali mecz z Francją 30 godzin później niż Polska z Holandią. Tyle godzin mniej mieli na przygotowanie do piątkowego spotkania. Gdy polscy piłkarze byli już po regeneracyjnym treningu, taktycznej odprawie i spędzali wolny wieczór na relaksie, Austriacy dopiero schodzili z boiska. Zmęczeni nieprawdopodobnie, bo tempo, które narzucali, kosztowało mnóstwo energii. Polacy mogli więc liczyć na to, że w organizmach rywali został wyraźny ślad i w drugiej połowie może zabraknąć im sił. Ale tak się nie stało. Było wręcz odwrotnie. Austriacy wygrali mecz w drugiej połowie. To wtedy uciekali Polakom. To wtedy z łatwością znajdowali wolne przestrzenie. To oni wydawali się zachować więcej sił. Im dalej w las, tym ich przewaga rosła.

Michał Probierz nie pomógł

I tak, jak jesteśmy wdzięczni Probierzowi, że w ogóle do Niemiec mogliśmy przyjechać, tak w meczu z Austrią wiele jego decyzji się nie sprawdziło. Część z nich miała uzasadnienie przed meczem, dało się je logicznie uzasadnić, ale mecz je zweryfikował. Przegrany środek pola, zdecydowanie spóźniona zmiana Slisza, postawienie na Dawidowicza, bezbarwne wejście zmienników – Lewandowskiego, Świderskiego, Modera i Grosickiego. Brak alternatywy dla Przemysława Frankowskiego, grającego poniżej poziomu sprzed Euro. Został zabrany na Euro Michał Skóraś, ale w pierwszych meczach nie dostał ani minuty, mimo że Frankowski nie spisywał się dobrze ani z Austrią, ani z Holandią. Im dłużej oglądaliśmy mecz z Austrią, tym nasze myśli częściej płynęły w kierunku Matty’ego Casha. Trafił Probierz z wystawieniem Piątka, ale po tym 1:3 to żadne pocieszenie.

***

Zapraszamy do lektury tekstów, które tworzą nasz Magazyn.Sport.pl na Euro. Świetni autorzy, mocne teksty, ciekawe tematy - trochę o piłce, a trochę wokół niej. Usiądźcie wygodnie i poczytajcie >>> Magazyn.Sport.pl.

Magazyn.Sport.pl na EuroMagazyn.Sport.pl na Euro Marta Kondrusik

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.