Dwa mgnienia wiosny Mariana Hossy

Sobotnia noc była dramatyczna dla blisko 4,5 miliona mieszkańców aglomeracji Detroit i jednego z nas, czyli połowy z tej części redakcji Z czuba, która na słowo ''hokej'' nie reaguje krzykami ''Aaaaaaa, nie ma nas, nie ma nas! Jesteśmy szafą!''. Ale i tak w promieniu 1000 kilometrów od Joe Louis Arena, gdzie rozegrano decydujący, siódmy mecz finałów Pucharu Stanleya ciężko byłoby znaleźć smutniejszego człowieka od zawodnika ''Skrzydeł'' Mariana Hossy. Nie licząc oczywiście Billa Murraya.

Hossa w końcówce ubiegłego sezonu dołączył do Pittsburgh Penguins. W 20 meczach posezonowych zanotował 12 bramek i 14 asyst, wydatnie przyczyniając się do dojścia przez ''Pingwiny'' do finału Pucharu Stanleya. Tam już niestety na nieloty czekali Detroit Red Wings, a Hossa przeżył swój pierwszy ''najgorszy dzień w życiu'', kiedy to 4 czerwca 2008 , ''Skrzydła'' wygrały mecz numer sześć 3:2, całą serię 4:2 i wywiozły z Mellon Arena lśniący nowiutki (jeśli można tak powiedzieć o trofeum liczącym milion lat) puchar, zabierając go do Detroit.

Po sezonie Penguins zaoferowali Hossie pięcioletni kontrakt za 35 milionów dolarów. Jeszcze dalej posunęli się Edmonton Oilers, którzy chcieli związać Słowaka ze sobą wieloletnią umową wartą dziewięć milionów za sezon. Skrzydłowy wybrał jednak ofertę Detroit Red Wings. - Z nimi mam największe szanse wygrać puchar - mówił wtedy. W Pittsburghu okrzyknięto go ''zdrajcą'' i ''judaszem''.

Rok później w finale Pucharu spotykają się ponownie Penguins i Red Wings. W pierwszych sześciu spotkaniach obie drużyny wygrywają po trzy mecze u siebie. Starcie numer siedem zostanie rozegrane w Detroit, w Joe Louis Arena, w której w poprzednich 12 pojedynkach tegosezonowych playoffs Red Wings polegli zaledwie raz i to po trzech dogrywkach z Anaheim Ducks. Za ''Skrzydłami'' przemawia też doświadczenie i umiejętność gry zespołowej mimo obecności w składzie wielu gwiazd (w tym Mariana Hossy). 30-letni Słowak już zaciera rękawice i zamawia u lokalnego fotografa sesję z Pucharem. Tymczasem 12 czerwca 2009 ''Pingwiny'' wygrywają w Detroit decydujący pojedynek 2:1 i Hossa znów patrzy, jak przeciwnicy wywożą Puchar z jego własnej hali.

Słowak został uznany za największego pechowca finałów i największą ofiarę transferowych pomyłek od czasu, gdy Marek Citko uznał, że zachód może na niego poczekać i najlepiej dla jego kariery będzie pozostać w Widzewie. Tymczasem według nas warto podkreślić, że pechowi też trzeba pomagać, a Hossa pomagał dość skutecznie. W sezonie zasadniczym grał świetnie i w 74 meczach zgromadził aż 71 punktów (40 goli, 31 asyst), w playoffs było już gorzej, bo w 23 meczach zanotował punktów 15 (6 goli, 9 asyst). Szczególnie słabo szło mu jednak w siedmiu meczach finałowych, w których zdołał zaliczyć tylko trzy asysty.

Gdyby zagrał skuteczniej możliwe, że jego nazwisko znalazłoby się na Pucharze Stanleya. Zresztą Hossa nawet po porażce broni swej decyzji o przeprowadzce do Detroit i twierdzi, że ma zamiar tam zostać, by dalej czekać na Puchar i dalsze obniżki cen samochodów. Trochę tego czekania jeszcze może mieć, bo 30 lat dla hokeisty zdecydowanie nie jest wiekiem emerytalnym i parę sezonów na wysokim poziomie Słowak zapewne pogra. Do takiego Dave'a Andreychuka sporo mu jeszcze brakuje, bo ten swe nazwisko na hokejowym Świętym Graalu wyrył po raz pierwszy i ostatni w 2004 - gdy miał niemal dokładnie 41 lat i 22 sezony doświadczenia w NHL.

Jeszcze większe prawo do doła głębszego niż wykopki pod autostradę A5 ma inny uczestnik zeszłorocznych finałów, który w tym sezonie znów wylądował po tej bezpucharowej stronie - rezerwowy bramkarz Ty Conklin, który ma 33 lata, trzy finały NHL za sobą i 0 (słownie: zero) pucharów. W 2006 bronił w Edmonton Oilers, którzy przegrali z Carolina Hurricanes, w 2008 jako zmiennik Fleury'ego w Pittsburghu poległ przeciw Detroit, a teraz zza pleców Osgooda obserwował, jak Pingwiny rewanżują się Skrzydłom za zeszłoroczne niepowodzenie. Głowy nie damy, ale wydaje nam się, że Conklin może przynosić pecha i ma swój udział nawet w bankructwie General Motors.

bazyl&miszeffsky