- Trzeba przetrwać. Myślę, że w pewnym momencie Katerina Siniakova pomoże i zacznie się mylić - przewidywał w pierwszym secie komentujący mecz Igi Świątek Dawid Celt. Słowa kapitana reprezentacji Polski w Pucharze Billie Jean King dość szybko znalazły potwierdzenie w rzeczywiści - zaraz potem 50. w światowym rankingu Czeszka zaczęła się mylić, ale do końca grała na pełnym ryzyku. Polka przetrwała na tej tenisowej strzelnicy i może szykować się do spotkania drugiej rundy ze Słowaczką Rebeccą Sramkovą (49. WTA).
Dziewięć tytułów wielkoszlemowych, w tym dwa triumfy w Australian Open (2022, 2023) oraz cztery z rzędu sezony kończone na pierwszym miejscu na światowej liście - tak wyglądają dokonania Siniakovej. Na szczęście, dla Świątek i jej kibiców, w deblu. W singlu 28-letnia Czeszka w Wielkim Szlemie dotarła maksymalnie do 1/8 finału, i to raz - w Roland Garros (2019). W Melbourne nigdy nie przeszła drugiej rundy. W tym sezonie, za sprawą 23-letniej Polki, w swoim ulubionym turnieju nie dotrze nawet do tej fazy zmagań. Ale, zgodnie z przypuszczeniami, łatwą przeszkodą nie była.
Świątek tegoroczny występ w Australian Open rozpoczęła na John Cain Arena, trzecim co do wielkości korcie kompleksu w Melbourne Park. Przed nią w poniedziałek zmierzyli się tam rozstawiony z numerem 11. Stefanos Tsitsipas i będący 41. rakietą globu Alex Michelsen. I doszło do sporej niespodzianki. 20-letni Amerykanin wyeliminował Greka, finalistę turnieju sprzed dwóch lat. Polka - półfinalistka sprzed trzech lat - nie pozwoliła, by i jej spotkanie zakończyło się zaskakującym rozstrzygnięciem. Choć czujność była konieczna. Tym bardziej że 12 miesięcy temu sensacyjnie odpadła w trzeciej rundzie, przegrywając z inną Czeszką - Lindą Noskovą.
Teraz Polka po raz pierwszy od 2022 roku w Australian Open gra bez numeru jeden przy swoim nazwisku, który w ostatnich latach na antypodach wyraźnie jej ciążył. Widać to było w dwóch kolejnych edycjach, w których odpadła - odpowiednio - w 1/8 finału (przegrała z Jeleną Rybakiną) i wspomnianej trzeciej rundzie.
Teraz, przynajmniej teoretycznie, musiała zmierzyć się z innymi wyzwaniami. To nie tylko jej pierwszy wielkoszlemowy występ (oraz start indywidualny), odkąd pod koniec ubiegłego roku wyszła na jaw sprawa jej pozytywnego wyniku testu na obecność zakazanych substancji (uznano argumentację tenisistki dotyczącą zażycia zanieczyszczonego leku i nałożono na nią miesięczną dyskwalifikację). To także debiut w zawodach tej rangi u boku nowego trenera, ale i zmęczenie za sprawą sporej dawki meczów w poprzedzającym start w Melbourne turnieju United Cup. Ale zawodniczka, której szkoleniowcem jest teraz Belg Wim Fissette, przekonywała ostatnio, że to intensywne granie w Sydney wyszło jej na dobre.
- Grałam już trochę emocjonujących meczów, które czasem były wręcz za długie. Przerobiłam trudne i łatwe momenty oraz sytuacje, w których musiałam przycisnąć. Uważam, że to świetne przygotowanie do pierwszego turnieju wielkoszlemowego - opowiadała dziennikarzom przed rozpoczęciem Australian Open.
Można było mieć pewne obawy, bo w finałowym spotkaniu United Cup z Amerykanką Coco Gauff wyraźnie we znaki dawało jej się już zmęczenie. W poniedziałek jednak widać było, że odpoczęła przez tydzień dzielący obie imprezy i paliwa jej nie brakuje. A Siniakova zapewniła jej porządny sprawdzian z gry w naprawdę szybkim tempie.
Początkowo obie zawodniczki prezentowały tenis na bardzo wysokim poziomie i żadna nie zostawiała przeciwniczce furtki przy własnym podaniu. Trudne serwisy, zagrania wzdłuż linii. Oglądało się to naprawdę dobrze.
- Przerasta to moje oczekiwania. Są tu kapitalne uderzenia i świetne akcje - oceniał komentujący w duecie z Celtem Marek Furjan.
Pierwszy słabszy moment grającej bardzo ofensywnie Siniakovej nastąpił w szóstym gemie, a Świątek tylko na to czekała. Ostatnie dwa punkty zdobyła wtedy po błędach rywalki, która najpierw posłała piłkę na aut, a potem w siatkę. Tym, którzy myśleli, że te kilka błędów i strata podania podetną całkiem Czeszce skrzydła, szybko wybiła ona to z głowy. Kilka będących znakiem firmowym utytułowanej deblistki mocnych returnów tuż pod nogi rywalki pomogło jej zaliczyć przełamanie powrotne. Tyle że Polka zachowała spokój i odpowiedziała kolejnym "breakiem", a następnie utrzymała podanie, co dało jej zwycięstwo w pierwszym secie.
Mylił się też ten, kto sądził, że wtedy Czeszka nie podejmie już walki. Posyłała kolejne potężne tenisowe strzały i czasem trafiała, a czasem pudłowała. Tę nierówną grę oddawał też przebieg drugiej partii, którą Świątek zaczęła od prowadzenia 2:0 i była o piłkę od odskoczenia na 3:0. Ale kolejna udana szarża rywalki sprawiła, że chwilę potem był już remis. Nieraz jeszcze sprawiała kłopoty faworytce, ale ta skutecznie pilnowała swojego podania (dwa ostatnie gemy serwisowe wygrała do 0), a kluczem okazał się "break" przy wyniku 3:3.
Styl Siniakovej, która po raz pierwszy zmierzyła się ze Świątek w singlu (w deblu rywalizowały w listopadzie podczas turnieju finałowego Pucharu BJK i górą były Polki), oddają też statystyki. Zanotowała 19 uderzeń wygrywających i 23 niewymuszone błędy, a u zwyciężczyni było ich - odpowiednio - 17 i 15. Gra Czeszki zbyt mocno falowała, by pokonać tak opanowaną przeciwniczkę.
Komentarze (17)
Świątek momentami tylko rozkładała ręce. Celt przewidział, co się wydarzy
Momentami tylko?
Czyli cały czas rozkładała coś innego?
;>
Tyle pisania, jeden wielki bełkot.