Kyrgios wypalił po finale: Byłem na mieście i wiem, że ona za dużo wypiła

- Gdybym dziś wygrał, to miałbym problemy z motywacją - stwierdził po przegranym finale Wimbledonu Nick Kyrgios. Australijski tenisista już przyzwyczaił do zaskakujących lub kontrowersyjnych wypowiedzi i nie inaczej było tym razem. Odniósł się też do kwestii kobiety, która przeszkadzała mu podczas meczu. - Byłem kilka razy w życiu na mieście i wiem, że ona za dużo wypiła - zaznaczył z uśmiechem.

Nick Kyrgios to połączenie miłego dla oka tenisa z wybrykami na korcie. Jedni go uwielbiają, inni woleliby, żeby zniknął z turniejowych drabinek. Australijczyk przez lata uchodził za wielki talent, który na własne życzenie marnował. Teraz w jego karierze nastąpił przełom - po raz pierwszy wystąpił w finale wielkoszlemowym. Postawił twarde warunki Serbowi Novakowi Djokoviciowi, ale niespodzianki nie sprawił - faworyt wygrał 4:6, 6:3, 6:4, 7:6 (7-3).

Zobacz wideo Tajemnica kortów Wimbledonu. Dlaczego tak bardzo różnią się od innych?

- Z pewnością jestem bardzo rozczarowany. Miałem wrażenie, że trofeum było dzisiaj zdecydowanie do zdobycia. W pierwszym secie zagrałem piekielnie dobrze i postawiłem się w sytuacji, gdzie mogłem powalczyć o zwycięstwo w tym spotkaniu. To dziwne, mam wrażenie, że Novak nie zagrał nic niesamowitego. Po prostu wrócił, tak jak to było widać, i był opanowany. W kluczowych momentach wydawało się, że nigdy nie był roztrzęsiony - analizował na konferencji prasowej gracz z antypodów.

Nieraz potrafił w przeszłości zaskoczyć swoimi wypowiedziami i tym razem też nie trzeba było długo czekać na to. 

- Mam wrażenie, że gdybym dziś wygrał, to miałbym problemy z motywacją. Całe życie mówiono mi, że triumf w Wimbledonie to najwyższe osiągnięcie - zaznaczył.

W niedzielę zmierzył się z Djokoviciem, który wywalczył 21. tytuł wielkoszlemowy, w tym siódmy w Londynie. 27-latek, mimo rozczarowania wynikiem, był zadowolony ze swojej postawy w pojedynku z byłym liderem światowej listy.

- Patrzysz na to, co zrobił Novak innym rywalom i to nie jest miłe uczucie. Ale ja nie przegrałem różnicą ośmiu piłek. Grałem w finale Wielkiego Szlema przeciwko jednemu z najlepszych zawodników w historii i byłem na tym poziomie. Ludzie pewnie spodziewali się, że coś się ze mną stanie, ale wyszedłem na pierwszego seta i wyglądałem, jakbym to ja rozegrał wcześniej wiele finałów. Uważam, że dobrze poradziłem sobie z presją - ocenił.

Do niedzielnego pojedynku przystępował z bilansem 2-0 w dotychczasowych konfrontacjach z Serbem. W pierwszym secie finału zaprezentował się świetnie i objął prowadzenie, ale potem on robił się coraz bardziej nerwowy, a Djoković konsekwentnie robił swoje.

- Grając do trzech wygranych setów z nim, Nadalem i Federerem po wygraniu pierwszego czujesz, że wciąż musisz się wspiąć na Mount Everest. Wcześniej grałem z Novakiem do dwóch wygranych partii, a po zwycięstwie w pierwszej miałem odczuwalną przewagę i wciąż wywierałem na nim presję - wspominał.

Kyrgios zaprzeczył jednak przy pytaniu, czy zawodnik z Belgradu jest najtrudniejszym przeciwnikiem, z jakim kiedykolwiek się mierzył.

- On nie sprawia, że czujesz się tak źle jak robi to Roger Federer. Szwajcar potrafi sprawić, że chcesz opuścić kort. Nadal i Djoković pozwalają ci na nieco więcej gry z głębi kortu - dodał.

Od drugiego seta w jego poczynaniach widać było coraz więcej złości i frustracji. Przyznał, że wystąpiło kilka utrudniających mu swobodną grę okoliczności. Wśród nich była stawka niedzielnego meczu, niepokój związany z dniem wolnym zamiast półfinału (Nadal wycofał się z powodu kontuzji) oraz niespokojna ostatnia noc. Gdy jeden z dziennikarzy spytał, czy to właśnie opanowanie jest tym, nad czym musi popracować, najpierw wypalił, że tym powinno się zająć pozostałych 126 zawodników w drabince, którzy nie dotarli do finału. Potem jednak przyznał, że w towarzyszyła mu złość.

- Bo miałem na uwadze, że jak wygrywasz ten turniej, to stajesz się nieśmiertelny w świecie tenisa. Pojawiła się przede mną szansa, na którą ludzie pracują całe życie. Gdybym wygrał czwartego seta, to kto wie, co by się dalej wydarzyło. Z pewnością mogę poprawić wiele rzeczy w mojej grze, nie tylko opanowanie. Mój forhend przy returnie potrzebuje tego. Wiele nad tym pracuję. Zawsze można być silniejszym i sprawniejszym - wyliczał.

W pewnym momencie pojedynku bardzo wzburzony zwrócił się do sędziego, skarżąc się na przeszkadzającą mu kobietę z trybun. Zasugerował arbitrowi, że jest ona pijana. Na konferencji nadal trzymał się tej wersji.

- Nie powiedziałbym, że przez nią straciłem gema. Ale gram finał Wimbledonu przeciwko jednemu z najlepszych zawodników w historii i nie potrzebuję wtedy kogoś, kto gada do mnie w trakcie gry. Byłem kilka razy w życiu na mieście i wiem, że ona za dużo wypiła - zaznaczył z uśmiechem.

Australijczyk, który w przeszłości miał problemy z alkoholem i narkotykami, zapewnił, że podczas Wimbledonu był bardzo zaangażowany i kładł nacisk na profesjonalne podejście. 

- Starałem się wysypiać i dobrze odżywiać. Nie wypiłem ani jednego piwa. Starałem się być skupiony na treningach i pracować na poszczególnymi rzeczami - wskazał.

Zwrócił też uwagę, że w porównaniu z tenisistami starszego pokolenia ci współcześni mierzą się z dodatkowym utrudnieniem, które wynika z większej presji i negatywnych komentarzy internautów.

- Nie sądzę, by dawni zawodnicy i starsi ludzie to pojmowali. Nie rozumieją, jak wiele negatywnych rzeczy i opinii pojawia się na twojej drodze. Trudno się z tym mierzyć. Dlatego tak podziwiam Federera, Djokovica i Nadala. To, z czym oni się mierzą, musi być wariactwem. To według mnie pokazuje, kto jest mistrzem - ocenił.

Kyrgios zaznaczył, że w trakcie finału miał poczucie, że należy do światowej czołówki. Z drugiej strony, powtarzał też, że patrząc z boku na jego losy, należałoby stwierdzić, że nie powinno go tu być.

- Jestem dzieciakiem z Canberry. Dosłownie miesiąc czy półtora miesiąca temu grałem w domu z paroma kumplami w koszykówkę. Powiedziałem do jednego z nich "Wydaje mi się, że będę się dobrze bawił i może wygram Wimbledon". A teraz jestem tu jako finalista. Trenowałem maksymalnie godzinę dziennie, to wszystko. Teraz patrzę wstecz i myślę: "Jak się tu dostałem? - opowiadał.

Więcej o: