Joe Kittinger: Największy wyczyn od czasów Neila Armstronga

- W zasadzie nie powinni byli pozwolić mi skakać. Raz, że żaden ze mnie skoczek, dwa, że sprzęt miałem prymitywny. Ale od tego zaczęła się era lotów w kosmos. No i w końcu ten Baumgartner. Ostatnio na wyobraźnię działała w taki sposób misja Apollo 11 - powiedział off.sport.pl Joe Kittinger, mentor Felixa Baumgartnera w misji Red Bull Stratos

Dzięki nagraniom spotkań z członkami projektu Red Bull Stratos można szybko zauważyć ważną prawidłowość. W środku wcale nie siada Felix Baumgartner. Centralne miejsce zajmuje pułkownik Joe Kittinger, człowiek, który w 1960 roku skoczył z 29 kilometrów. To na jego rekord targnął się Austriak.

Szalony Joe ''Ochotnik'' Kittinger i kąpiele w cyjanku >>

Felix Baumgartner jest nowym bohaterem świata, a ty przecież zrobiłeś prawie to samo 52 lata temu.

Joe Kittinger: Niedokładnie. Felix skoczył z nowoczesnej kapsuły, a ja z otwartego kosza. Mieliśmy jedno radio i dwie kamery z 60 mm taśmą. Dlatego jest tak mało zdjęć. Felix miał 21 kamer na pokładzie. Latające studio nagraniowe.

Twój skok nie zainteresował mediów?

To nie była żadna próba bicia jakiegoś rekordu. To był projekt wojskowy, wprawdzie nie tajny, ale niskobudżetowy. Co ja do diabła mówię! W zasadzie to budżetu nie było prawie wcale, a ja nie byłem prawie wcale skoczkiem spadochronowym. To był mój 33 skok. Felix robił to już ponad 3000 razy.

Co jeszcze się zmieniło?

Kombinezon. Mój był prymitywny, jak to prototyp. Strój Felixa to już właściwie strój astronauty. No i kapsuła. Gdyby coś stało się ze skafandrem, to ona ma zapewnić bezpieczeństwo. Ja leciałem w otwartym koszu, oślepiało mnie słońce. Kiedy opuściłem moją wspaniałą gondolę, nie miałem łączności z bazą. Byłem zdany tylko na siebie. Teraz nikt by się nie zgodził na taki skok jak mój.

Byłeś potencjalnym samobójcą?

Oczywiście, że nie. Ani razu nie zwątpiłem w mój zespół, w siebie i w to, że się uda. Poza tym, kiedy stałem tam na górze, urzeczony widokiem pod stopami, mówiłem: Boże, teraz mnie weź. Sam widzisz, proponowałem.

A twoja żona?

Jej z kolei mówiłem, że zadzwonię, kiedy będę już na ziemi.

W takim razie, czy udany skok to w ogóle zasługa Felixa? Sam mówisz, że w porównaniu z twoimi warunkami...

To był najbardziej perfekcyjny skok w historii ludzkości. Felix przygotowywał się do niego pięć lat, setki godzin ćwiczył procedury. A w samym powietrzu dokonał rzeczy arcytrudnej: przekroczył prędkość dźwięku i utrzymał stabilny lot. Od czasów misji Apollo 11 i Neila Armstronga nie było drugiego takiego wydarzenia, które działałoby tak na wyobraźnię.

Dlaczego twój rekord został pobity dopiero po 52 latach?

Przede wszystkim, to my nie chcieliśmy bić żadnego rekordu. Badaliśmy kosmos, tuż przed erą lotów załogowych. Przez ostatnie 50 lat miałem dziesiątki propozycji. Ludzie chcieli, żebym poprowadził ich misję, która miała zakończyć się, jeśli już tak mówimy, pobiciem mojego rekordu. Zawsze odmawiałem. Kosmos jest wrogi. Zmieniła się technika na Ziemi, ale w dalszym ciągu kosmos to morderca.

Kilka osób próbowało pobić ten rekord przed Felixem.

I nie żyją.

Czego im zabrakło?

O sukcesie takiego projektu decydują trzy czynniki: sprzęt, ludzie i warunki. Jedna z tych rzeczy widocznie nie zagrała. Dla nas skok Felixa był jak deja vu, bo procedury ćwiczyliśmy kilkaset razy.

Nie zareagowałeś, kiedy dowiedziałeś się, że Felix cierpi na klaustrofobię?

Na początku nie było żadnych objawów, wszystko przebiegało normalnie. Nagle okazało się, że boi się zamkniętych pomieszczeń, ciasnego skafandra. Było coraz gorzej, ale poradził sobie z tym. Duża w tym rola naszych psychologów.

Co mogło pójść źle?

Wszystko. Cała misja to jedna wielka okazja do tego, by coś poszło źle. Zaczęło się od balonu. To bardzo krucha konstrukcja i potrzeba idealnej pogody, by móc myśleć o starcie. Straciliśmy pierwszy balon. Więc został tylko drugi. Ostatni. Udało się wystartować i do 68 000 stóp wszystko szło nieźle. Wtedy odezwał się Felix i powiedział, że coś dziwnego dzieje się z jego hełmem. Wizjer zaczął mu parować. Ziścił się najgorszy koszmar. Dla skoczka widoczność jest bezcenna. Kiedy opuszcza się kapsułę na takiej wysokości, trzeba kontrolować swoje ciało, bo po kilkudziesięciu sekundach zaczynasz się kręcić. Musisz dopasować lot do horyzontu, to jedyny punkt odniesienia. A z zaparowanym wizjerem jesteś ślepy. Ja kiedyś straciłem przytomność podczas skoku. Zaplątałem się w linki od spadochronu. A raczej one zaplątały się wokół mojej szyi. Prawie się udusiłem.

I co powiedział Felix?

Nie słyszałeś tej rozmowy, bo kazałem tego nie nagrywać. Pogadaliśmy, przeanalizowaliśmy sytuację. Wszystko zależało od niego. Gdyby zechciał, natychmiast przerwalibyśmy misję. Mógł zrezygnować w każdej chwili, co byłoby straszne dla nas wszystkich (śmiech). Dzięki Bogu, nie zrobił tego i się udało. Był odważny i to się opłaciło. Był też na tyle profesjonalny, bo dobrze ocenić sytuację i dlatego wciąż żyje. Felix zgodnie z naszymi wskazówkami podłączył hełm do innego systemu ogrzewania i postanowił skoczyć. Zdał sobie sprawę, ile ludzi na niego liczy. Gdyby nie skoczył, projekt trzeba by było przenieść na kolejny rok. Denerwowałem się. Jeśli tętno Felixa wzrosło do 160, to moje serce waliło 200 razy na minutę. Uspokoiłem się dopiero, kiedy przestał się kręcić.

A co jeśli powiedziałby, chodźcie tu i złapcie mnie? Tak jak ty, kilkadziesiąt lat temu, kiedy dostałeś rozkaz powrotu na ziemię. Dowództwo podobno przez moment pomyślało, że zwariowałeś.

Ciężko byłoby go dorwać na takiej wysokości. Poza tym, to był tylko żart (śmiech).

Co z rekordem Baumgartnera? Szybko zostanie pobity?

Nie wiem, ile będziemy musieli czekać, ale myślę, że następnym razem skoczek poleci rakietą.

Co dalej z tobą?

Poszukam sobie czegoś, ale taka frajda zdarza się tylko raz.

Rozmawiał w Salzburgu Dominik Szczepański