Zielona Góra jak Moskwa i Pekin? [OPINIA]

Stoimy na rozdrożu. Tocząca się na łamach zielonogórskiej Gazety dyskusja o rowerach w mieście to najważniejsza obecnie debata o Polsce. Podejmujemy decyzję czy nasze miasta będą rozwijały się po europejsku wzorem Kopenhagi czy Wiednia, czy może będą przypominały dławiące się samochodami Moskwę i Pekin - pisze Paweł Wita

Nie chcę oskarżać władz Zielonej Góry o to, że niewiele robią, by miasto stawało się bardziej rowerowe, bardziej przyjazne do życia w nim, a nie do nieustannej jazdy samochodem. Być może na tle innych miast w Polsce (a już tym bardziej w regionie) zielonogórski magistrat robi dużo. Twarde dane pokazują jednak, że wszystkie dotychczasowe działania są dalece niewystarczające.

Według danych z 2011 r. na tysiąc mieszkańców Zielonej Góry przypadały prawie 473 samochody. Co ważne, w 2009 r. notowaliśmy 34 samochody mniej, a więc tendencja pokazuje, że aut w Zielonej Górze przybywa. Tymczasem w tym samym 2011 roku w dużo zamożniejszym Berlinie liczba samochodów na tysiąc mieszkańców wynosiła niecałe 324 i od 2006 roku zmniejszyła się o 37 aut.

Fakt, że w dużo biedniejszej Zielonej Górze już teraz jest o przeszło sto samochodów na głowę więcej niż w Berlinie, musi dawać do myślenia. Co gorsza, przewaga ta z roku na rok rośnie.

Kiedy matka trójki dzieci mówi dość

Warto sobie zadać pytanie, skąd te liczby: kto przesiada się do samochodu, a wcześniej obchodził się bez niego. Konkretne przypadki znacznie więcej mówią od statystyk i dokładniej pokazują niewydolność miasta.

Z imienia i nazwiska znam matkę trójki dzieci mieszkającą na jednym z zielonogórskich osiedli. Przez szereg lat dzielnie radziła sobie z wychowywaniem dzieci w mieście bez potrzeby posiadania samochodu. Z roku na rok było to jednak zadanie coraz trudniejsze. Podwyżki biletów komunikacji miejskiej, brak rozwiązań dla rowerzystów, przy coraz większych inwestycjach prosamochodowych.

Przed rokiem matka trójki dzieci powiedziała sobie dość. Zrobiła kurs prawa jazdy, zdała egzamin i kupiła używany samochód. W samochodzie miasto traktuje ją wreszcie jak człowieka. Matka trójki dzieci, żeby móc normalnie funkcjonować w mieście, musiała za to zapłacić, lekko licząc 8 tys. zł (koszt kursu i egzaminu na prawo jazdy plus cena samochodu). Jest to 8 tys. zł, które ta matka mogła spożytkować na setki innych potrzeb, które się ma wychowując trójkę dzieci. A przecież to dopiero początek samochodowych wydatków, które będzie trzeba odliczać od rodzinnego budżetu każdego kolejnego miesiąca.

W Berlinie statystyczna matka trójki dzieci jest nie tylko bogatsza, ale może też spokojnie funkcjonować dzięki komunikacji publicznej. W Kopenhadze ta sama statystyczna matka jest jeszcze bogatsza, ale dzięki odpowiedniej infrastrukturze jest w stanie załatwiać wszystkie sprawy swojej rodziny rowerem (dla niedowiarków polecam tę stronę ).

W Zielonej Górze zaś, matkę trójki dzieci właściwie systemowo zmuszono do zrobienia prawa jazdy i kupna samochodu. Za wizję miasta dla tych, których na samochód stać, najboleśniej płacą najbiedniejsi.

Gasnące Westerplatte

Społeczne koszta to niejedyne, jakie płaci miasto, realizując politykę prosamochodową. Zmienia się charakter miasta. Ulice, które jeszcze kilka lat temu uchodziły za istotne z punktu widzenia życia miasta, dziś są miejskimi przelotówkami.

Nigdzie bardziej tego nie widać jak na Bohaterów Westerplatte. Przed 1989 r. było to centrum miasta, jego najbardziej reprezentacyjna ulica. Nie bez przyczyny to tu otworzyła się pierwsza po wojnie restauracja, to tu rządząca partia zbudowała swój dom. Ciężko było znaleźć miejsce bardziej prestiżowe.

Czy dziś ul. Bohaterów Westerplatte kojarzy nam się z miejscem atrakcyjnym? Jak na dłoni widać zachodzącą tam prostą zależność: im więcej samochodów, tym mniej pieszych - im mniej pieszych, tym mniej sklepów, knajp i - w gruncie rzeczy - życia. Miejska przelotówka nie może być atrakcyjna.

Zapaść Bohaterów Westerplatte jest wprost proporcjonalna do zwiększającej się tam liczby samochodów. Statystyka pokazuje, że będzie jeszcze gorzej i to nie tylko tam.

Bałamutne symetrie

Obrońcy ruchu samochodowego w Zielonej Górze w obecnym kształcie alergicznie reagują na jakiekolwiek postulaty rowerzystów. Nic sobie nie robią z danych, które jasno pokazują, że coś w mieście jest mocno nie tak i że miasto można urządzić inaczej.

Co sprytniejsi z dyskutujących w obronie swoich interesów mówią tak: Bardzo dobrze, że promujecie ruch rowerowy i komunikacje zbiorową, ale to nie może odbywać się kosztem ruchu samochodowego. W miejskiej dżungli musi być miejsce dla rowerzystów i kierowców.

Jest to opinia tyleż ciekawa, co bałamutna. Dwie dekady realizacji wizji miasta przyjaznego kierowcom sprawiły, że Zielona Góra jest dziś nieprzyjazna wszystkim innym: od pasażerów komunikacji zbiorowej, przez pieszych, po rowerzystów. Realizacja tej wizji sprawiła, że na głowę jest tu już więcej samochodów niż w Berlinie.

Metafora miasta jako dżungli, którą posługują się kierowcy samochodów w obronie swoich osobistych interesów, też jest znacząca. Dżungla jest miejscem, w którym rządzą najsilniejsi, kosztem słabszych i najbiedniejszych. Czas zmienić te proporcje.

Prowincja też potrzebuje dyskusji

Zielona Góra jest w stosunkowo uprzywilejowanej sytuacji. Dyskusja o zmianie modelu miasta na przyjazny już się toczy. Tej debaty nie ma w miejscach, gdzie jest ona potrzebna jeszcze bardziej. W moim rodzinnym Sulechowie po dziś dzień nie ma nawet metra ścieżki rowerowej, a o uspokajaniu ruchu samochodowego nikt nigdy nie słyszał.

Tocząca się dyskusja jest paląca ze względu na ilość pieniędzy, jakie mamy do wydania z budżetu unijnego na lata 2014-2020. Za te pieniądze będziemy budować infrastrukturę, z którą zostaniemy na dekady. Jeśli nie zmienimy modelu rozwoju naszych miast, to będą one bardziej przypominać Wschód niż Zachód Europy.

* Paweł Wita - antropolog miasta, absolwent UAM, studiował na Uniwersytecie w Lublanie, obecnie pisze pracę dyplomową na Uniwersytecie w Münster. Szef inicjatywy Zielony Sulechów.

Artykuł pochodzi z zielonogórskiego wydania lokalnego Gazety.

Więcej o: