Sylwia Gruchała tłumaczy swoje zniknięcie: Zawsze byłam pod ostrzałem [nieDawny Mistrz]

Łukasz Jachimiak
- Teraz jestem matką, zwykłą kobietą. Jestem z tego zadowolona, tylko nie widzę, żeby ktoś chciał słuchać, jak o tym opowiadam. Dziś się sprzedaje zupełnie inne rzeczy - mówi Sylwia Gruchała w rozmowie z cyklu "nieDawny Mistrz".

Sylwia Gruchała, urodzona w 1981 roku. Jedna z najlepszych florecistek świata przełomu XX i XXI wieku. Jej największe sukcesy to:

  • srebrny medal igrzysk olimpijskich Sydney 2000 w drużynie
  • brązowy medal igrzysk olimpijskich Ateny 2004 indywidualnie
  • złoty medal MŚ 2003 w drużynie
  • złoty medal MŚ 2007 w drużynie
  • srebrny medal MŚ 2003 indywidualnie
  • srebrny medal MŚ 1999 w drużynie
  • srebrny medal MŚ 2002 w drużynie
  • srebrny medal MŚ 2010 w drużynie
  • brązowy medal MŚ 1998 w drużynie
  • brązowy medal MŚ 2004 w drużynie
  • złoty medal ME 2000 indywidualnie
  • złoty medal ME 2002 indywidualnie
  • złoty medal ME 2005 indywidualnie
  • złoty medal ME 2002 w drużynie
  • złoty medal ME 2003 w drużynie
  • brązowy medal ME 2000 w drużynie
  • brązowy medal ME 2006 w drużynie
Zobacz wideo Robert Lewandowski pobił rekord Gerda Muellera! "Historia dzieje się na naszych oczach" [ELEVEN SPORTS]

Łukasz Jachimiak: Co u Pani słychać? Nie widać Pani ostatnio.

Sylwia Gruchała: Wycofałam się ze świata medialnego. Bo nie ma w nim wartości. Nie ma pozytywnego przekazu. Ale też kiedy byłam czynnym sportowcem, to mogłam coś ludziom przekazać, a teraz jestem matką, zwykłą kobietą. Jestem z tego zadowolona, tylko nie widzę, żeby ktoś chciał słuchać, jak o tym opowiadam. Dziś się sprzedaje zupełnie inne rzeczy. Takie, które z moją filozofią życia się nie zgadzają.

Swoją filozofię przekazuje Pani chętnym w ramach coachingu motywacyjnego?

- Z powodu pandemii wszystko zostało zawieszone. Firmy tną budżety na takie rzeczy. Rozumiem to, muszą szukać oszczędności. I ja się absolutnie nie napinam. Tak naprawdę zgadzam się na wystąpienia dopiero jak komuś bardzo zależy, jak oglądał szermierkę, lubi sport, docenia ciężką pracę sportowców. Jeśli ktoś mnie pamięta, ma firmę i chce, żebym zainspirowała jego pracowników, żebym przełożyła dla nich doświadczenia ze sportu na biznes, to wtedy jestem. Z 15, może 20 takich dobrych wykładów miałam. Wierzę, że za każdym razem trafiłam choć do jednej osoby ze stu, które słuchały i że pomogłam komuś żyć lepiej. Właśnie - ja się teraz delektuję życiem. W końcu. Po 25 latach na planszy szermierczej. Po trudnym czasie. Bo jak się wejdzie na szczyt, to trudno jest się na nim utrzymać, a ja weszłam szybko i musiałam długo tam wytrwać. Oczywiście szermierka nigdy nie była w kraju bardzo popularna, ale mimo to zawsze byłam pod ostrzałem.

Sylwia GruchałaSylwia Gruchała Archiwum prywatne Sylwii Gruchały

Zwłaszcza gdy przychodziły igrzyska.

- Tak, wtedy wymagania wobec mnie były ogromne. To było obciążenie, ale też wyzwanie. Zawsze lubiłam trudne sytuacje. Pewnie dlatego trener, fechmistrz Tadeusz Pagiński, stawiał na mnie jako na tę zawodniczkę, która w naszej drużynie kończyła mecze. To ja brałam odpowiedzialność za całą drużynę. I odbierałam to jako wielki komplement. Gwarantuję panu, że ci sportowcy, którzy teraz jadą do Tokio z obciążeniem, bo mają wysoką pozycję i są wobec nich oczekiwania, tak naprawdę to lubią. Sportowiec wysokiej klasy kocha adrenalinę, pozytywny stres. Ale dziś ja już tej adrenaliny w tak dużym stopniu jak kiedyś nie potrzebuję.

Czyli nie skacze Pani ze spadochronem albo na bungee?

- Absolutnie nie. Aczkolwiek zostało mi - i chyba już z tym umrę - to, że w dalszym ciągu lubię podejmować trudne decyzje. Mnie to po prostu kręci!

Jaką trudną decyzję ostatnio Pani podjęła?

- Pandemia zmobilizowała mnie w końcu do tego, żeby zrobić operację stóp.

Co się z nimi stało?

- Haluksy mi bardzo mocno dokuczały. Szczególnie w lewej stopie, podczas biegania. Ból był bardzo duży. Kiedy trenowałam szermierkę, to biegać nie lubiłam. Ale poza zakończeniu kariery uznałam, że jakiś sport muszę uprawiać, bo serce jest przyzwyczajone do wysiłku, bo głowa potrzebuje ruchu dla resetu. Dla mnie ruch jest jak medytacja. Zaczęłam więc biegać. I po kilku latach stopy trzeba było naprawić, żebym dalej mogła się cieszyć sportem. Na pewno szermierka też się mocno do tego przyczyniła. Ortopeda powiedział, że u mnie haluksy to wada wrodzona i jednocześnie nabyta. W ogóle to fantastycznie trafiłam. Do doskonałego specjalisty od stóp, doktora Ryszarda Stawickiego. Jeśli pan może, proszę napisać, że ten fachowiec pracuje w szpitalu Medicus w Poznaniu. Może naszą rozmowę przeczyta ktoś, kto się boryka z takim problemem, jaki ja miałam. Jeśli możemy sobie polepszyć jakość życia, to należy to zrobić. Chcę wrócić do biegania, do jazdy na nartach i na rowerze. Nie chcę mieć przy tym dyskomfortu. A jestem też taką kobietą, która lubi się wbić w szpilki, więc nie było wyjścia - musiałam się na operację zdecydować.

Paweł CzapiewskiMaść ze świstaka i stymulowanie stopy. "Cuda-wianki się działy" [nieDawny Mistrz]

Trochę się dziwię, że o tej Pani operacji nie przeczytałem w tabloidach. Kilka lat temu pewnie na wyścigu by informowały, że Sylwia Gruchała postanowiła sobie coś poprawić.

- Tak, to by było bardzo w ich stylu!

Kolorowa prasa nie przestała się Panią interesować. Szykując się do naszej rozmowy, trafiłem na relację z chrztu Pani córki.

- To jest przykre. Generalnie mam teraz spokój. Żyję w cieniu, nie prowokuję, nie zaczepiam. Ale chrzest córki stał się dla niektórych wydarzeniem, bo jak to - chrzczona w wieku siedmiu lat? Sensacja! Trzeba było to zrobić w Gdańsku, tam gdzie mieszkamy, i by było inaczej. Zdecydowaliśmy się na Warszawę, bo w niej mieszkają Julki tata i dziadkowie, a Julka też przyszła na świat w Warszawie, w szpitalu na Wilanowie. I bardzo blisko tego szpitala znajduje się Świątynia Opatrzności Bożej, w której był chrzest.

Widziała Pani podczas uroczystości, że wprosił się na nią paparazzo?

- Ludzie robili zdjęcia telefonami. Wiadomo, jak to jest na takich uroczystościach - każdy chce mieć pamiątkę. A kiedy zobaczyłam zdjęcia w gazecie, to powiem szczerze, że złapałam się za głowę.

A jak Pani reagowała, gdy Julka była niemowlakiem i obie wystąpiłyście w kampanii promującej karmienie piersią i walkę z HIV, za co Pani się dostało, bo uznano, że niepotrzebnie pokazała Pani zbyt ładną drugą pierś?

- Ja to zrobiłam z pełną premedytacją! Chciałam, żeby było głośno. W kampanii chodziło o to, żeby kobiety się badały. I żeby karmiły dzieci w sposób naturalny. Uważam, że należy to robić. I nie uważam, żeby pokazanie piersi przy tej okazji było czymś obrzydliwym, jak niektórzy twierdzą. Niestety, to cały czas jest problem. Niedawno, krótko przed pandemią, czytałam, że gdzieś w kraju z restauracji została wyproszona matka, która karmiła dziecko. Wyproszono ją, bo inny klient zgłosił, że mu to przeszkadza.

W 2008 roku zrobiła Pani sobie sesję w czasopiśmie dla mężczyzn, wystąpiła w "Tańcu z gwiazdami" i w teledysku bardzo wtedy popularnego zespołu Feel. Jak się Pani żyło w roli celebrytki?

- Podczas "Tańca z gwiazdami" mieszkałam w Warszawie w hotelowym mieszkaniu na Marszałkowskiej. I byłam tam oblegana. Przez show telewizyjne zdobyłam taką popularność, jakiej nawet nie byłam blisko, gdy zdobywałam medale olimpijskie. To było przykre, choć generalnie jestem pogodzona z tym, że szermierka to mało popularny sport. Nieczytelny dla ludzi, bo tam się wszystko dzieje tak szybko, że czasami nawet sędzia i zawodnik nie wie, komu się należy punkt. Wtedy gdy byłam tak aktywna medialnie, z premedytacją realizowałam swój plan na zdobycie popularności. To była po prostu część mojej pracy. Byłam jedną nogą w starych czasach sportu, ale drugą już w nowych czasach.

27.07.2012 LONDYN , TOMASZ WIKTOROWSKI (L) , URSZULA RADWANSKA (CL) , AGNIESZKA RADWANSKA (CP) I PIOTR RADWANSKI (P) NA TRENINGU PODCZAS IGRZYSK OLIPIMJSKICH W LONDYNIE . FOT. KUBA ATYS / AGENCJA GAZETA SLOWA KLUCZOWE: LONDON 2012 LONDYN 2012 REPREZENTACJA TENIS WIMBLEDONAgnieszka Radwańska: Reakcje są przeróżne. Niektórzy nie mogą uwierzyć, że ja to ja [nieDawny Mistrz]

Lepiej się Pani czuła w nowych?

- Tak, mocniej stałam tą drugą nogą. Widziałam i rozumiałam, że bardzo ważny staje się sponsoring, że się rozwija medycyna sportowa i na sukces pracują sztaby, w których trenerowi pomagają psycholog, trener od przygotowania fizycznego, masażysta, lekarz zawsze dostępny, żeby sportowca szybko zoperować i rehabilitant, który pomoże sportowcowi jak najszybciej wrócić. Otworzyłam się na media, żeby tych wszystkich fachowców móc wokół siebie mieć. A że ludzi nie interesowała szermierka, tylko interesowało ich moje życie prywatne, to musiałam ich trochę do mojego życia wpuścić. Takie prawa szołbiznesu. Gdybym uprawiała popularną dyscyplinę sportu, nie musiałabym tego robić. Na przykład Iga Świątek nie musi dziś nic zdradzać ze swojego życia, bo tenis i tak ludzie będą oglądać. To jest zupełnie inna bajka.

Żałuje Pani niektórych rzeczy z tamtego okresu?

- Popełniłam mnóstwo błędów jako młoda, niedoświadczona dziewczyna. Nie miałam menedżera, który kreowałby mój wizerunek. Ale dzięki otwartości na media udawało mi się pozyskiwać sponsorów. A dzięki sponsorom mogłam się skupiać wyłącznie na szermierce. Mogłam walczyć o swoje marzenia. Ci wszyscy sponsorzy, a miałam ich naprawdę mnóstwo, pomogli mi osiągnąć sukcesy. W sumie więc nie żałuję. Jak człowiek chce być w czymś doskonały, to musi się temu oddać bez reszty. Ja przez długi czas poświęcałam się szermierce 24 godziny na dobę. Żeby dążyć do perfekcji. Jej się nigdy nie osiąga, ale trzeba na nią pracować. Muszę tu podać przykład mojego przyjaciela z Krakowa, Radka Zawrotniaka. Niestety, nie zakwalifikował się igrzyska w Tokio, ale miał naprawdę fantastyczny sezon. Na liście światowej jest 14., był pierwszym zawodnikiem, który się nie zakwalifikował na igrzyska, a na turnieju ostatniej szansy, który trzeba było wygrać, był trzeci. On się nie poddaje. Jest w moim wieku, to rocznik 1981, a myśli o igrzyskach w Paryżu w 2024 roku. Mówi, że cały czas się uczy, że ma jeszcze w sporcie mnóstwo do odkrycia. I ja widzę, że on się naprawdę rozwija.

Nie nasycił się srebrnym medalem olimpijskim z 2008 roku.

- Tak, już mógłby się poczuć spełniony, a on planuje start na igrzyskach w wieku 43 lat. Ma wspaniałe bliźniaki, spełnia się jako ojciec, a do tego ma pasję, jaką jest szermierka. Ubolewam bardzo nad tym, że on i nasze szpadzistki, które mają olbrzymią szansę na medal w Tokio, nawet na złoto, nie mają takiego wsparcia od sponsorów, jakie ja miałam. Na pewno ja miałam dużo szczęścia, że tak mi się wszystko potoczyło. Ale też pamiętam, że odbieranie każdego telefonu uznawałam za swój obowiązek. Odpowiadałam dziennikarzom na te same pytania. Pokazywałam wielką cierpliwość, mimo że miałam w sobie irytację.

Monika Pyrek nieDawny mistrz"Miałyśmy czarne paski na oczach i przedstawiono nas jako dziewczyny Gołoty" [nieDawny Mistrz]

I po iluś latach miała Pani dość. Musiała się Pani w końcu wyłączyć?

- Tak było. Przed igrzyskami w Atenach w 2004 roku nie udzieliłam żadnego wywiadu przez ostatnie pół roku przed startem. Byłam naprawdę zmęczona kilkoma latami omawiania sukcesów i znoszenia presji. Byłam młoda, miałam 23 lata, ale już bardzo utytułowana i wyeksploatowana przez media. Musiałam się wyciszyć.

Miała Pani sześć lat, gdy mama na zawsze wyjechała do USA i 15, gdy zmarł tata. To są powody Pani szybkiego wejścia w dorosłość, prawda?

- Były dwie drogi. Pierwsza: być kimś i robić coś sensownego w życiu, czyli pójść w stronę szermierki, gdzie trenerzy dostrzegli mój talent i pomogli mi bardzo szybko rozwijać skrzydła. I druga: stoczyć się. Poszłam w sport. Ze złością, którą w sobie miałam. Sport dawał mi emocjonalne oczyszczenie. I upust emocji. Mogłam się wykrzyczeć. Byłam bardzo mocno zdeterminowana. A dziś jak ktoś pyta: "A kochałaś tę szermierkę?", to mam duży problem, jak odpowiedzieć. Bo kochałam te stany euforyczne, stany flow. Ale z drugiej strony to wszystko mnie spalało. I dlatego teraz nie mogę na to patrzeć.

Było tak, że przez ileś lat nic Pani nie zatrzymywało - ani przejścia w życiu osobistym, ani kontuzje - tak Pani była naładowana energią i chęcią walki, ale w pewnym momencie to zgasło?

- Parłam do przodu, bo nie miałam wyjścia - tak. A dziś mam do tego awersję, bo to mnie dużo zdrowia psychicznego kosztowało. I fizycznego też. Miałam floret wbity w nos, miałam przebitą dłoń, cały czas nadrywałam ścięgno Achillesa i robiło mi się zapalenie w kaletce. I tak przez kilka lat, przez nienaturalną pozycję szermierczą. Z tego powodu miałam też artroskopię kolana, bo pękła mi łąkotka. Ale uczciwie oceniając, to miałam ciało idealne do sportu. Miałam zdrowie, wysoką wydolność, byłam jakby urodzona do sportu. I miałam szczęście do trenerów, których spotkałam. Wstrzeliłam się w idealny moment - trenerzy już mieli doświadczenie, starsze koleżanki już wiedziały, o co chodzi w szermierce, a ja weszłam młoda i od nich wszystkich chłonęłam jak gąbka.

Renata Mauer25 lat temu była największą gwiazdą polskiego sportu. Pracowała z ludźmi, którzy później stali za sukcesem Małysza [nieDawny Mistrz]

Olimpijskie srebro w Sydney zdobyła Pani jeszcze przed 19. urodzinami.

- Tak, bardzo szybko zaczął się wyczyn na najwyższym poziomie. I przez lata było bardzo intensywnie, cały czas ten poziom utrzymywałam. Dlatego teraz zupełnie nie mam ochoty na szermierkę. Jestem nią przejedzona. Miałam prośby, żebym przyszła na trening i z kimś powalczyła. Odmawiałam i był do mnie żal, że nie chcę komuś dać tej przyjemności. Ale dojrzałam do tego, że trzeba też pomyśleć o sobie, a nie tylko o innych. Czasem człowiek czuje się lepiej ze sobą, gdy odmówi, gdy da sobie prawo do tego, żeby na coś nie mieć ochoty.

Jakiś czas po "Tańcu z gwiazdami" stwierdziła Pani, że wstydzi się swojego występu. Jakiś czas po rozbieranej sesji powiedziała Pani, że jej żałuje. Czyli wtedy nie do końca w zgodzie ze sobą Pani postępowała?

- Dzisiaj tego nie żałuję. Dlaczego miałam nie zarabiać pieniędzy, mimo że nie osiągnęłam sportowo tego, czego od siebie wymagałam i czego inni ode mnie wymagali? Bo ja sportowo w 2008 roku byłam przegrana. Ale skoro ktoś i tak mnie do czegoś zapraszał, to znaczy, że doceniał wszystko, co zrobiłam wcześniej. To było wynagrodzenie z innej strony.

Sylwia GruchałaFORUM/Krzysztof Jarosz

W przypadku sesji to była raczej inwestycja tego pisma. Wszystko działo się przed igrzyskami, więc szefowie gazety zapraszali atrakcyjną kobietę, która już była dwukrotną medalistką olimpijską i kandydatką do podium zbliżających się igrzysk. Byli mocno zmotywowani, żeby Panią namówić?

- Tak. A ja kiedyś miałam ładne ciało, więc dlaczego miałabym go nie pokazać?!

Powiedziała Pani, że w 2008 roku była sportowo przegrana. Wtedy na gorąco, jeszcze na igrzyskach w Pekinie, oceniła Pani, że słabe wyniki to efekt problemów alkoholowych trenerów i działaczy.

- Jeśli mamy o tym mówić, to podkreślmy jedno: mimo że w polskiej szermierce był alkohol, to były też wyniki. Wtedy był prezes, pan Adam Lisewski, któremu zależało na wyniku sportowym. On chciał wygrywać. Był człowiekiem starej daty i chciał być najlepszy na świecie, mimo że Polska zawsze była gdzieś w cieniu, że my sami sobie nie dawaliśmy pozwolenia na bycie najlepszymi na świecie. Teraz w szermierce od wielu, wielu lat wyników nie ma. Całą dyscyplinę ciągnie tylko szpada kobiet. Działacze w polskich związkach sportowych nie są rozliczani za wyniki. Jest wynik czy nie ma, im się pensja należy. To jest chore, dlatego ja jestem z dala od tego. Jak patrzę z perspektywy na czasy prezesa Lisewskiego, to była skuteczność. Czyli mimo problemów zarządzanie było dobre. A teraz od lat związkiem rządzą ci sami ludzie. Ten sam prezes, ten sam sekretarz. Patrzę na floret kobiet i też widzę tego samego trenera, mimo że jest regres. Dlaczego trzymany jest człowiek, który nie daje wyniku? Dlaczego nie robi się zmiany? Nie jest tak, że w Polsce nie ma dobrych trenerów. Oni są, ale są zablokowani. Nie mówię, że trenerów powinno się zmieniać aż tak często, jak w reprezentacji Polski siatkarzy, gdzie co dwa-trzy lata przychodzi nowy człowiek. Ale trzeba robić wszystko, żeby był wynik. Jest dobrze - idźmy dalej tą drogą. Ale jeśli jest źle i to od długiego czasu, to muszą być zmiany.

Aneta Konieczna w jedynce na torze Eton"Na igrzyskach w Londynie bardziej niż rak bolała mnie zdrada" - Aneta Konieczna [nieDawny Mistrz]

Chwali Pani prezesa Lisewskiego, ale on w 2008 roku lekko powiedział, że może Pani skończyć karierę. Chyba wtedy też działacze nie byli skorzy do zmian?

- Ale nawet nie ma co porównywać! Naprawdę. Dziś na prezesa Lisewskiego nie powiem złego słowa, bo zawsze miałam w nim wsparcie.

Z trenerem Pagińskim jest Pani w dobrych relacjach?

- W bardzo dobrych.

Wtedy różne rzeczy mu Pani zarzucała i przez media powiedzieliście sobie kilka gorzkich słów.

- I tego żałuję. Muszę powiedzieć, że z mojej strony to było niewłaściwe. Fechmistrz Tadeusz Pagiński nauczył mnie wszystkiego. To mistrz niedoceniony. Nie rozumiem, jak można dziś nie czerpać z takiej kopalni wiedzy. Fechmistrz Longin Szmit też jest pominięty, odstawiony na bok. Nikt z nich nie korzysta, związek zupełnie o tym nie myśli.

To są ludzie niewygodni?

- Na pewno tak. Obaj mają dużo do powiedzenia, żaden z nich nie jest przytakiwaczem, a więc są niewygodni. Ale w sporcie, i w życiu, też grzeczny chłopiec na metę przybiega ostatni. Tu się rozchodzi o charakter - albo ktoś ma jaja, albo nie ma!

No to jak to w końcu było z tym Pekinem? Nie zdobyła Pani trzeciego medalu olimpijskiego w karierze, bo przygotowania zakłócały pijackie ekscesy trenerów i działaczy?

- Nie, absolutnie!

Czyli w nerwach szukała Pani łatwego usprawiedliwienia?

- Psychologia sportu jasno mówi o tym, co się wtedy stało. Drużyna się mobilizuje, wytycza sobie cel i jeśli go osiągnie, jest najedzona. U nas właśnie to się stało. I po tym w sposób naturalny doszło do rozpadu naszej drużyny. Tak to dziś widzę. Gdybyśmy dalej były na głodzie, to w Pekinie wywalczyłybyśmy medal. Ale my już wtedy miałyśmy bogatą medalową historię, więc nie byłyśmy aż tak zmotywowane.

Ale czy to znaczy, że mniej trenowałyście, że na igrzyskach pozwoliłyście sobie bardziej niż powinnyście pożyć ich atmosferą? Że się wybrałyście komuś pokibicować, zamiast się koncentrować na sobie?

- Nie, wszystko się działo w naszych głowach. Naprawdę zabrakło takiego głodu, jaki miałyśmy na wcześniejszych igrzyskach. Bardzo trudno jest przez długi czas utrzymać najwyższą motywację. Ci, którzy to robią, to są ewenementy. Jak Robert Lewandowski. Chociaż myślę, że po tym jak pobił rekord Gerda Muellera będzie można zaobserwować, że z czasem - nie od razu, ale jednak - powietrze będzie z niego schodzić. Sportowiec nie jest maszyną i to jest bardzo naturalne, że jego motywacja spada.

Nie wierzę, że Pani przestała być głodna po olimpijskim srebrze i brązie. Pamiętam, że po odebraniu brązowego medalu igrzysk w Atenach miała Pani łzy w oczach, że to nie złoto.

- No właśnie dzisiaj się sobie dziwię. Rzeczywiście byłam bardzo niezadowolona. Byłam zła na siebie! Brązowy medal nie dawał mi satysfakcji. Ale dzisiaj jak zerknę do historii polskiej szermierki, jak zobaczę, że na igrzyskach było tylko siedem polskich medali wywalczonych indywidualnie, w tym ten jeden mój, to myślę, że zrobiłam kawał dobrej roboty. W drużynie jest dużo łatwiej zdobyć medal. Musiałam być twarda, bardzo odporna psychicznie i odważna, że wywalczyłam tamten brąz. Dziś aż tak odważna nie jestem. Dziś po operacji stóp myślałam sobie, że samą siebie zaskoczyłam, że jednak jeszcze jestem odważna.

Artur PartykaInnowator polskiego sportu. "Pamiętam fakturę na 6400 zł. Robiła ogromne wrażenie" [nieDawny Mistrz]

Wtedy, z brązem na szyi, mówiła Pani tak: "Okazałam się słaba". Pamiętam, że się z tym nie godziłem i teraz przypominając sobie Pani wypowiedź z Aten, nadal się nie godzę.

- Może gdybym była mocniejsza, to w końcu pokonałabym tę Valentinę Vezzali.

Z sześciokrotną mistrzynią olimpijską przegrała Pani w półfinale 13:15.

- Z perspektywy czasu patrzę na tamtą walkę inaczej. Nie myślę, że okazałam się słaba, tylko że ona była bardzo mocna.

Trochę cyborg.

- Tak, bardzo trudno było się przez nią przebić. Do dziś trochę źle mi z tym, że nie udało mi się jej pokonać na turnieju indywidualnym w walce o najwyższą stawkę. Na mniej ważnych turniejach z nią wygrywałam. Kiedyś nawet 15:4.

Czyli w stylu trochę przypominającym zwycięstwo Igi Świątek nad Karoliną Pliskovą w finale w Rzymie.

- Dokładnie! To trochę jak 6:0, 6:0 Igi. Wygrywałam z Vezzali też w drużynie na mistrzostwach świata. Zakończyłam mecz, weszłyśmy kosztem Włoszech do czwórki. Ale bardzo często jednym albo dwoma trafieniami przegrywałam takie walki jak olimpijski półfinał. Szkoda. Jednak to nie tak, że ja byłam słaba. Ona po prostu była jeszcze mocniejsza.

Sylwia GruchałaSylwia Gruchała ADAM KOZAK

W nagrodę za tamten brązowy medal albo na pocieszenie planowała Pani kupić sobie motor. Co wyszło z tych planów?

- Miesiąc temu w Poznaniu kupiłam kask i rękawiczki. Teraz planuję kupić może nie motor, ale skuter. Piaggio - to taka fajna, włoska maszyna retro. Po Atenach też sobie piaggio kupiłam. Czarne, podobało mi się bardzo. Ale szybko je sprzedałam koleżance, bo kariera trwała, podróżowałam po świecie i wcale na skuterze nie jeździłam. Teraz będę jeździła! Mam nowe stopy, będzie moc, ha, ha! Może to jest tęsknota za adrenaliną? Chociaż ja już szybko nie jeżdżę. A jak córka będzie starsza, jak będzie miała 13-14 lat, to oddam jej to piaggio, żeby sobie do szkoły jeździła.

A może córka sama sobie coś wygra i sama sobie sprawi nagrodę?

- Ma pan rację.

Julka trenuje jakiś sport?

- Trenuje żeglarstwo. Ale nie wiem czy to się przełoży na zawodowstwo. Mieszkamy blisko klubu żeglarskiego w Sopocie, ten sport jest świetny, ale na razie córka się trochę boi pływania na optimistach. Jest jeszcze mała, zobaczymy, jak będzie. W każdym razie mamy w klubie świetnych żeglarzy - Przemka Miarczyńskiego, Piotrka Myszkę.

A pewnie i Mateusz Kusznierewicz udzieliłby jakiejś lekcji, gdyby go Pani poprosiła.

- On chyba poszedł w biznes, a nie w trenerkę?

Mateusz KusznierewiczPił z gwinta z królem Norwegii, wybierał sobie sponsorów, odrzucał zaproszenia od fanek na wakacje i na coś więcej. Mateusz Kusznierewicz [nieDawny Mistrz]

W biznes jak najbardziej, ale też opowiadał mi niedawno, że prowadzi węgierskiego żeglarza, z którym jedzie do Tokio i ma nadzieję zdobyć drugie w karierze złoto olimpijskie - tym razem jako trener.

- O, to super! Mówiłam już, że lubię podejmować trudne decyzje, to pochwalę się, że w pandemii podjęłam jeszcze jedną. To budowa domu. Na wsi. Wśród pól, lasów, jezior. Na Kaszubach. Postawiłam na miejsce, do którego jako dziecko jeździłam na wakacje z rodzicami i rodzeństwem. Moja mama była kierownikiem budowlanym i dostawała bony na wczasy pod gruszą. Wróciło to do mnie. Naprawdę najlepiej czuję się wśród przyrody. Tak mocno stawiam na naturę i ekologię, że zdecydowałam się na dom drewniany.

Dobrze pamięta Pani wakacje z mamą? Przecież ona wyjechała, kiedy Pani była zaledwie sześcioletnią dziewczynką.

- To prawda, ale dobrze pamiętam wakacje, gdy miałam pięć lat, a nawet cztery lata. A później, gdy już mamy nie było, wyjeżdżaliśmy na Kaszuby z tatą. Całe wakacje tam spędzaliśmy, nad jeziorem. Pod bardzo dużymi namiotami, które tata przywoził z Holandii. Piękne czasy! Dlatego teraz mnie na Kaszuby ciągnie. Od Gdańska, w którym mieszkam, to tylko 50 km. Kaszuby są przepiękne i niedocenione. Ale to dobrze. Dzięki temu, że nie ma w nich tłumów, one zachowują swój charakter, a nie stają się kiczowate, jak niektóre nasze kurorty nadmorskie.

Czy do nowego domu zaprosi Pani Piotra Kupichę albo kogoś z Budki Suflera, która grała na Pani weselu? A może kogoś z obsady Rodzinki.pl, gdzie się Pani pojawiła albo kogoś z "Tańca z gwiazdami"? Pytam, bo jestem ciekaw czy takie relacje są trwałe.

- Nie, są tylko powierzchowne. To relacje na chwile. Przyjaciół mam ze środowiska sportowego. Na przykład Klaudię Jans, świetną tenisistkę. Przyjaźnię się też z Olą Shelton, kiedyś Sochą. Przy niej muszę się na chwilę zatrzymać, żeby powiedzieć, że bardzo źle została potraktowana przez Polski Związek Szermierczy. Ona wyszła za mąż za Amerykanina i na igrzyskach w Tokio chciała reprezentować USA. Musiała o to walczyć ponad dwa lata w w sądzie. Kojarzy pan tę sprawę?

Oczywiście, opisywaliśmy ją na Sport.pl.

- Co naszym działaczom zależało, żeby się zgodzić? Przecież Ola nie miała żadnych szans zdobycia medalu dla Polski. Tu nie ma drużyny, nie ma z kim walczyć i trenować. Ola postawiła na klub w Stanach, żeby się rozwijać przy Mariel Zagunis, dwukrotnej mistrzyni olimpijskiej, najlepszej szablistce świata. Tam Ola ma świetne sparingpartnerki, znakomity sztab szkoleniowy. A nasz związek nie godził się na jej zmianę barw, bo nie. Ola wytoczyła proces i wygrała [przed Trubunałem Arbitrażowym ds Sportu w Lozannie wykazała m.in., że po przerwie macierzyńskiej nie dostała w Polsce wsparcia w walce o powrót do sportu]. Ale to ją kosztowało tyle czasu i energii, że nie zdążyła już się zakwalifikować do drużyny USA na Tokio. To było wojowanie nie tylko o sportową przyszłość, ale o godność człowieka. Polscy działacze robili na złość dziewczynie, która przez lata dużo wygrywała dla naszego kraju. Sąd nigdy nie spotkał się z taką sprawą, że sportowiec nie może walczyć, bo nigdzie nie przynależy. Wielka szkoda. Przecież gdyby Ola zdobyła olimpijski medal dla USA, to satysfakcję mieliby też ci wszyscy trenerzy, który w Polsce prowadzili ją przez ponad 20 lat.

Wanda Panfil (z prawej)Wanda Panfil straciła kontrakt z gigantem przez byłego męża. "Strasznie duże pieniądze" [nieDawny Mistrz]

A propos Ameryki - to prawda, że kiedy wyjeżdżała mama, schowała jej Pani paszport do tapczanu, mając nadzieję, że to pomoże?

- Tak zrobiłam. Ale nie pomogło.

To jeden z najtrudniejszych i najważniejszych momentów Pani życia?

- Zdecydowanie. To właśnie dlatego w sporcie byłam agresywna.

Odreagowywała Pani?

- Na pewno. Ale myślę, że to, co przeżyłam, przydało mi się nie tylko w sporcie. Dziś moja córka wie, że ja zawsze jestem w domu, zawsze do jej dyspozycji. Dlatego skończyłam karierę. Mając córkę, szkoda mi było z nią nie być. Przestałam wyjeżdżać właśnie dlatego, że moja mama wyjechała. Dobrze mi z tym, że tak zrobiłam. Co prawda cztery lata temu zostałam trenerką zdolnej 16-latki, Julii Besssman i to mi się bardzo podobało. Gdy razem pracowałyśmy, to ona wygrała swój pierwszy turniej w życiu. Bardzo dobrze pracę w roli trenerki wspominam, nawet za tym tęsknię. Ale ze względu na ciągłe wyjazdy zrezygnowałam. Wytrzymałam cztery miesiące i uznałam, że jednak najbardziej chcę być z córką. Wiem, że kobiety dziś mówią, że nie należy rezygnować z siebie. Ale ja już karierę zrobiłam wcześniej. Mówię szczerze - dobrze mi jest w domu. Lubię sprzątać, lubię gotować.

Naprawdę?

- Oczywiście jak nie muszę sprzątać i gotować za dużo, to jest fajniej! Ale żadnej pani do sprzątania nie mam, ja jestem taką panią.

Dużo metrów ma Pani do posprzątania?

- Niedużo.

A czytałem, że Pani w luksusie mieszka.

- Absolutnie nie. Żadnych luksusów!

No to cytat z Pani: "Mam ogromne łóżko i wielką wannę. Ostatnio kąpałam się z siostrą i koleżanką. Zmieściłyśmy się!".

- Tak było. Ale jak Julka przyszła na świat, to był generalny remont mieszkania. Teraz luksusem jest dla mnie to, że mam blisko plażę.

Czyli nie jest Pani Smerfetką?

- Smerfetką?

Podobno jako dziecko miała Pani sprecyzowany plan na życie - być Smerfetką.

- Ha, ha! Oglądałam "Smurfy", bo innych fajnych bajek nie było, jeszcze tylko "Gumisie". W "Smurfach" była jedna dziewczynka, wyjątkowa w całym tym ich świecie. A ja bardzo chciałam być wyjątkowa. Ale dziś już nie jestem Smerfetką.

Ale trochę Pani była, prawda? Lubiła Pani takie życie?

- Pewnie, że lubiłam! Uwielbiałam nawet! Ale luksus mnie kusił do czasu, kiedy go doświadczyłam. Nie powiem, że dziś nie lubię wygody, bo kto nie lubi? Ale teraz też bardzo chętnie prześpię się na karimacie w namiocie. I jeśli mam wybierać chatkę z kominkiem i widokiem na jezioro albo siedmiogwiazdkowy hotel w Dubaju, to zdecydowanie wolę chatkę.

Istnieją siedmiogwiazdkowe hotele?

- W Dubaju tak. Złote klamki, marmury - zimno tam i strach, żeby czegoś nie zepsuć! Najlepiej jest na Kaszubach. Teraz u Karola, mojego narzeczonego. A wkrótce w nowym domu. A właśnie - zaręczyłam się!

Gratulacje!

- Dziękuję bardzo.

Znów na weselu zagra Pani Budka Suflera?

- Nie! Absolutnie nie!

Więcej o: