Innowator polskiego sportu. "Pamiętam fakturę na 6400 zł. Robiła ogromne wrażenie" [nieDawny Mistrz]

- Historia Bubki trochę mi pozwoliła zaakceptować ten mój srebrny medal olimpijski - mówi Artur Partyka. - Ludzie byli przyzwyczajeni, że zawsze coś przywożę. Jechać, tylko żeby zaliczyć? To się nie mieściło w moim kodeksie samuraja - dodaje. Dziś działa w branży winiarskiej, jest mówcą motywacyjnym, a z pasją opowiada też o quantitative easing.

Artur Partyka, urodzony w 1969 roku. Multimedalista wielkich zawodów w skoku wzwyż. Zdobył m.in.

  • srebrny medal igrzysk olimpijskich Atlanta 1996
  • brązowy medal igrzysk olimpijskich Barcelona 1992
  • srebrny medal MŚ Stuttgart 1993
  • srebrny medal MŚ Ateny 1997
  • brązowy medal MŚ Goeteborg 1995
  • złoty medal ME Budapeszt 1998
  • srebrny medal ME Helsinki 1994
  • srebrny medal halowych MŚ Sewilla 1991
  • złoty medal halowych ME Glasgow 1990
  • złoty medal halowych ME Walencja 1998

Drugi najlepszy sportowiec Polski w plebiscycie "Przeglądu Sportowego" za rok 1998, trzeci za rok 1993 i 1994.

Zobacz wideo "To, co robił Lewandowski, jest niepojęte. To nie może być przypadek"

Łukasz Jachimiak: Czy to prawda, że był Pan pierwszym, wielkim innowatorem współczesnego, polskiego sportu?

Artur Partyka: W Polsce przechodzącej wielkie przemiany ustrojowe na miano wielkich innowatorów pracowaliśmy obaj z Robertem Korzeniowskim. W latach 90. zrobiliśmy sporo takich rzeczy, które nam się sprawdziły, więc inni się na nas wzorowali i pewne rozwiązania są stosowane do dziś.

Przed igrzyskami Barcelona 1992 zaczął Pan współpracę z psychologiem, przed MŚ 1993 - również z dietetykiem, a mniej więcej wtedy sprowadził Pan też do Polski maszynę do krioterapii. Czy patrzono na Pana trochę jak na dziwaka?

- Z psychologiem spotkałem się już w 1989 roku. I, co ciekawe, pierwszy kontakt to była inicjatywa Polskiego Związku Lekkiej Atletyki. Byliśmy juniorami, było trochę śmichów-chichów, gówniarzeria się za bardzo nie interesowała tym, co pani psycholog próbowała przekazać. Ale dwa lata później już świadomie się zainteresowałem psychologią i wtedy zaczęła się moja stała współpraca ze specjalistą. A skoro przypomniał mi pan Barcelonę, to proszę sobie wyobrazić, że ja wtedy zabrałem trenera i swojego doktora na zgrupowanie przed igrzyskami na 10 dni przed ich startem i my już tam - w San Cugat pod Barceloną - zostaliśmy. Nie zamieszkałem w wiosce olimpijskiej. To było moje ryzyko. Sytuacja zrobiła się bardzo napięta. Kosztowało nas to też mnóstwo pieniędzy - aż pięć tysięcy dolarów.

Germany Soccer BundesligaDzięki Lewandowskiemu Bayern oszukuje resztę świata. Tak źle nie było od dekady

Pan był inwestorem?

- Mój pierwszy sponsor, firma ubezpieczeniowa z Łodzi. To wszystko wywołało ogromny konflikt z PZLA. W związku jeszcze panowała mocna komuna i szefom się w głowach nie mieściło, że można sobie jechać nie ze wszystkimi, mieć jakieś własne pomysły. A ja wziąłem ten pomysł od francuskiego dziesięcioboisty Christiana Plaziata. On w roku 1990, też w atmosferze konfliktu z federacją, postanowił zamieszkać poza miejscem wyznaczonym dla lekkoatletów startujących w mistrzostwach Europy w Splicie. Sprawdził wcześniej, że warunki nie są najlepsze, że nie ma klimatyzacji, a Chorwacja w sierpniu wiadomo, czym grozi. Tam są bardzo podobne warunki jak w Barcelonie. Plaziat postawił na swoim i zdobył złoto. Też postawiłem na swoim, bo do Barcelony wcześniej jeździłem na obozy i starty, więc wiedziałem, jaki piec musi być w wiosce olimpijskiej. Ona była położona przy morzu, na prawdziwej patelni. A w budynkach nie było klimatyzacji. I ogólnie w wiosce nie było spokoju. Zamieszkaliśmy 30 km od Barcelony, w bardzo zielonym, spokojnym miejscu. W pokojach, w których była świetna, chłodząca posadzka. I mieliśmy wewnątrz temperaturę 21-22 stopni, gdy na zewnątrz było 35. Mieliśmy po prostu fantastyczne warunki. To była innowacja, która po latach weszła do obyczaju PZLA. Rekonesanse, mieszkanie poza miejscem, w którym się startuje - teraz się uważa, że to bardzo korzystne, bo się nie przesiąka atmosferą. Razem z Robertem nauczyliśmy tego PZLA.

Czym konkretnie groziła Panu związkowa komuna za ten barceloński pomysł? Dyskwalifikacją?

- Oj, było wesoło. Przełom lat 1989 i 1990 to było przejście kraju w inną rzeczywistość, ale w związkach sportowych to się tak szybko nie stało. Miałem wtedy mnóstwo pomysłów i nie bałem się ich realizować, więc mocno się stawiałem. Działacze odpowiadali tym samym. Tak, była groźba dyskwalifikacji. Już wcześniej tym mi grożono. Stało się tak, kiedy chciałem mieć swojego menedżera, który by mi organizował starty zagraniczne. Ludzie ze związku protestowali. Dawali do podpisania jakieś porozumienia między PZLA a zawodnikiem a propos takich wyjazdów, kazali tworzyć raporty - no cyrk, Bareja.

Ale pieniędzy z nagród Wam nie zabierali, jak za czasów Jacka Wszoły?

- Na szczęście już nie. Za to jak sobie znalazłem pierwszego sponsora, to pytali mnie, dlaczego ja mam od tego sponsora dostać pieniądze, a związek nie. Dzisiaj to jest śmieszne, ale w 1991 to była naprawdę potężna walka. Gdyby nie mój medal olimpijski w 1992 roku [brąz], to różnie by się wszystko mogło potoczyć. Walka niekoniecznie byłaby przeze mnie wygrana. Na szczęście zacząłem odnosić sukcesy, a i w PZLA pojawili się w końcu ludzie widzący, że te moje różne posunięcia są korzystne. Najwięcej się zmieniło, gdy szefem szkolenia został pan Jerzy Skucha, człowiek otwarty na innowacje. On też dużo ciekawego wniósł do naszych przygotowań, zastosował sporo naszych pomysłów.

Jak to było z krioterapią? Zdaje się, że wydał Pan na nią fortunę?

- Na początku 1994 roku kupiłem maszynę do krioterapii, bo taka forma leczenia urazów wcześniej kilka razy mnie ratowała na obozach w Hiszpanii. Korzystałem też z takich urządzeń w Niemczech, dokąd często jeździłem na halowe starty. Kupienie własnej maszyny to rzeczywiście była poważna inwestycja. Pamiętam fakturę - na 6400 złotych. Robiła ogromne wrażenie. To był taki wydatek, jakby się teraz wyłożyło z 10 razy więcej. Nasz zestaw do krioterapii był dopiero czwartym albo piątym w Polsce. Stacjonował w Spale, to była spora maszyna i użyczaliśmy jej całej lekkoatletycznej kadrze. A nawet woziliśmy sprzęt po kraju, na przykład na zgrupowania do Zakopanego.

Pan płacił za to leczące zimno?

- Miałem wtedy kolejnego sponsora. To była jedna z pierwszych, dużych firm w polskim sporcie.

Opoczno?

- Tak, producent płytek ceramicznych kupił maszynę. Na ten zakup nakłanialiśmy sponsora większą grupą - ja, trener i pion medyczny, który z nami pracował. Obaj z trenerem zawsze szukaliśmy nowych metod treningowych i rehabilitacyjnych oraz jak najlepszych możliwości odnowy biologicznej. Wszyscy byliśmy bardzo kreatywni. Ludzie z fabryki też. Z nimi zrobiliśmy pierwsze wielkie zawody w nowej Polsce. Nasz mityng był wydarzeniem wyjątkowym.

Przebieg choroby był niemal identyczny. Ojcowie umierali, zostawały po nich zdjęciaPrzebieg choroby był niemal identyczny. Ojcowie umierali, zostawały po nich zdjęcia

Jak coś takiego się robiło w Polsce sprzed ćwierć wieku?

- Świetnie! Udało się nam stworzyć przedsmak tego, co Adaś Małysz rozpoczął od 2001 roku. Dawaliśmy ludziom zetknięcie z wielkimi sportowymi emocjami. Wreszcie ci nasi sportowcy mieli szanse walczyć z najlepszymi, którzy przyjeżdżali do nas. W latach 90. zorganizowaliśmy osiem edycji zawodów naprawdę podobnych do późniejszych Pucharów Świata w skokach w Zakopanem. Na to też się czekało, też ludzie bardzo to chcieli zobaczyć na żywo, a dostanie biletów czy zaproszeń było dużym wydarzeniem. My wtedy zrobiliśmy też wielką robotę w uwiarygadnianiu naszego kraju. Pokazaliśmy, że można u nas zorganizować zawody z poważnym budżetem, takim na kilkadziesiąt tysięcy dolarów. Kiedy po mistrzostwach świata 1993 w Stuttgarcie powiedzieliśmy, że chcemy zrobić taki mityng, to oczywiście różni promotorzy z zachodu się z nas śmiali. Zwłaszcza jak usłyszeli, że chcemy, żeby przyjeżdżali do nas Javier Sotomayor, Patrik Sjoberg, Stefka Kostadinowa, czyli top. Wszyscy wiedzieli, ile oni kosztują, dlatego dziwnie na nas patrzyli. Ale w 1994 roku odbył się pierwszy mityng. I był wielkim sukcesem, chociaż wszyscy się tego wielkiego świata dopiero uczyli. Pamiętam, jak Włodek Szaranowicz prowadził całe wydarzenie. Dla niego i dla telewizji to też było coś zupełnie nowego. Opoczno było początkiem poważnych mityngów w Polsce. Dzięki niemu powstały później te zawody, które teraz są naszymi największymi.

Czy Opoczno płaciło wtedy lekkoatletom tak jak teraz Orlen?

- Oj tak, to były bardzo dobre pieniądze.

Kogo Opoczno sponsorowało? Pana kojarzę z tą firmą bardzo dobrze, ale chyba grupa nie była tak liczna jak dziś ta Orlenu?

- Początkowo ograniczała się do skoku wzwyż. Przez pierwszy rok byłem tylko ja, później to poszerzyliśmy. A z czasem doszli pięcioboiści z Arkiem Skrzypaszkiem i Dorotą Idzi, doszli zapaśnicy, którzy później tak wspaniale wypadli na igrzyskach w Atlancie. Dobre porównanie pan dał, to był sponsor jak dziś Orlen. Fabryka Opoczno w latach 90. była poważną firmą. Wtedy wszyscy w domach mieliśmy ich płytki.

Czytał Pan może rozmowę Pawła Wilkowicza z Mariuszem Fyrstenbergiem, w której tenisista opowiada, jak w tamtych czasach Roger Federer pojechał z kontuzjowanym rodakiem do szpitala w Zabrzu?

- Tak! Kolega Federera uznał, że jednak już go nic nie boli.

Czy gwiazdy zapraszane przez Opoczno miały podobne historie w tej naszej brzydkiej jeszcze wtedy Polsce?

- Nie, właśnie odwrotnie! Spała, pan dyrektor Tomkowski w COS-ie, firma Opoczno, wszyscy postarali się, żeby impreza utkwiła w pamięci gościom. Cała otoczka tego mityngu była na nieprawdopodobnym poziomie. Zaczynało się od wielkiego ogniska dla trenerów i menedżerów. Zawodnicy mieli fantastyczną opiekę, Kubańczycy z Javierem Sotomayorem zawsze mnie zagadywali o ten mityng, przypominali, powtarzali, że chcą przyjechać. Oni przylatywali do nas trochę wcześniej, mieli absolutnie wszystko podawane na tacy, nawet na zakupy byli wożeni, jeśli tylko mieli ochotę cokolwiek kupić. Oczywiście Spała prawie 30 lat temu wyglądała troszkę inaczej niż dziś. Ale pierwsza edycja była wtedy, gdy ruszył nowy hotel i chociaż to nie był obiekt pięciogwiazdkowy, to na pewno był miejscem porównywalnym do tych niemieckich, do których jeździłem na halowe starty. Nie było żadnej różnicy. A jeśli chodzi o jedzenie, to od nas teamy towarzyszące zawodnikom zawsze wyjeżdżały cięższe. Dziczyzna, różne polskie specjały - wszystko było na najwyższym poziomie.

Pewnie szczególnie po zawodach?

- O tym nawet nie mówię. Wtedy, to wiadomo, pokazywaliśmy czym chata bogata. Piękne wspomnienia. Moje i moich dawnych rywali. Gdy robiliśmy ostatnią edycję, to Kubańczycy przywieźli cygara, żeby jakoś podziękować. Javier rozdawał tych cygar mnóstwo.

Ma Pan z Sotomayorem kontakt?

- Sporadyczny. Był niedawno na mityngu w Bydgoszczy i tam sobie długo porozmawialiśmy. Z innymi, na przykład z Charlesem Austinem, mam kontakt przez Facebook'a.

Z Sotomayorem wygrywać było trudno, bo to najlepszy zawodnik w historii, ale taki Austin pewnie zawsze będzie się Panu kojarzył z niedosytem z igrzysk w Atlancie?

- Soto to rzeczywiście najlepszy skoczek wzwyż w historii, ale jednak ze skazą. Pod koniec kariery miał wpadki i to jest rysa na jego wizerunku. Mam z nim trochę kłopot, bo wiem, że nie da się przez 15 lat skakać na dopingu. Pierwsza wpadka to była kokaina, ale druga, to już ordynarny "anabol", ostra sprawa, bez wątpliwości. Ale, tak jak mówię, od 1986 do 2001 roku nie mógłby ciągle czegoś przyjmować. Musiałby być koniem, żeby to wytrzymać. Doping ma to do siebie, że trzeba bardzo często zmieniać to, co się przyjmuje i jeszcze trzeba zwiększać dawki. Zwłaszcza w tamtych czasach, gdy doping był chamski, oczywisty.

Może zaczął się wspomagać dopiero w końcówce kariery, nie mogąc się pogodzić z tym, że przemija.

- Możliwe. To nam może tylko on powiedzieć.

Ale raczej nie będzie chciał.

- Pewnie to są tajemnice, które zachowa dla siebie. Na pewno z kontrolowaniem Kubańczyków był kłopot. Pod koniec lat 90. powstały lotne brygady antydopingowe i trzeba było podawać, gdzie się przebywa. Odpowiedni ludzie mieli mój numer telefonu i wielokrotnie na obozach czy prywatnie, gdy byłem poza sezonem, przyjeżdżały komisje ze Sztokholmu czy z Niemiec. Tylko że do mnie miały dostęp, a do skoczków z krajów poradzieckich i z Kuby nie, bo te kraje żądały wiz. Na wizę kubańską czekało się kilka tygodniu.

A w kilka tygodni można spokojnie wszystko z organizmu wypłukać.

- Dlatego Kuba mówiła, że serdecznie zaprasza, że oczywiście nie ma nic do ukrycia, że wszystkich można sprawdzać kiedy tylko się chce.

Był Pan kiedyś u Sotomayora?

- Byłem na Kubie dwukrotnie, ale jego gościem nie byłem. Pojechałem na zawody i widziałem, gdzie mieszka, ale wtedy jeszcze nie byliśmy tak znani, byliśmy juniorami. Widziałem tam przede wszystkim skromne, ale piękne warunki do treningu. Pozazdrościłem im siłowni z otwartymi oknami, wspaniałej pogody. Warunki są nieosiągalne w wielu innych miejscach na świecie. A wracając do dopingu, muszę powiedzieć, że obserwowałem kariery mnóstwa skoczków, którzy pojawiali się znikąd i szybko znikali. To byli zawodnicy głównie radzieccy i rosyjscy. Bywało, że pierwszy raz chłopa na oczy widziałem, a on od razu skakał 2,36 czy 2,37 m. Ale po roku, dwóch, już go nie było. Tu można i trzeba było mieć wątpliwości. A nasz Javier był na topie za długo, żeby to tłumaczyć dopingiem. Pamiętam rok 1986 i swoje pierwsze mistrzostwa świata juniorów. Ja tam skakałem po oranżadę, odpadłem w eliminacjach, a on już zrobił rekord świata juniorów wynikiem 2,36. Pewnie już igrzyska w Seulu w 1988 roku by wygrał, ale Kuba zbojkotowała imprezę.

Porozmawiajmy o Austinie. W trakcie igrzysk Atlanta 1996 byłem dzieckiem, które zarwało noc, żeby zobaczyć, jak Pan zdobywa olimpijskie złoto i po tym Pana pięknym skoku na 2,37 z zapasem pewnie na rekord świata (francuscy lekarze od biomechaniki wyliczyli, że Partyka przefrunąłby nad poprzeczką nawet gdyby wisiała na wysokości 2,48 m, rekord świata wynosił i wciąż wynosi 2,46 m), byłem przekonany, że Pan wygrał.

 

- Ano właśnie, być może ja też byłem przekonany! Czułem, że jest bardzo ładnie, a tu nagle kolega załatwił mnie w taki sposób, w jaki ja wiele razy innych załatwiałem. Wielokrotnie w ostatniej próbie wygrywałem albo zapewniałem sobie medal. Ktoś mi wtedy powiedział: "Widzisz, w twoim stylu cię kolega przeskoczył". Przez kilka dni byłem mocno sfrustrowany, czułem wielki niedosyt. Wiedziałem, że coś mi nie zagrało w sferze mentalnej. A przecież tak długo nad nią pracowałem. Ale w końcu zdałem sobie sprawę z tego, że igrzyska to nie jest łatwa rzecz. Pokazał mi to Siergiej Bubka, z którym wiele razy startowaliśmy w tych samych miejscach i znaliśmy się też z paru wspólnych zgrupowań w San Cugat koło Barcelony. Widziałem na żywo wiele jego rekordów świata, wiedziałem, że jest największy, a przecież na igrzyskach on się męczył. Warto zobaczyć jego zwycięski skok z Seulu [5,90 w ostatniej próbie]. Polecam wszystkim państwu. Słabo skakał, a jak zaliczył, to się niesamowicie z ulgą wydarł. Mówił mi, że bał się wtedy zwłaszcza Mirka Chmary i Mariana Kolasy. Ten ratowniczy skok dał mu złoty medal. Później była Barcelona, która wiadomo, jak się skończyła [Bubka nie zaliczył żadnej wysokości] i Atlanta, która wiadomo, jak się skończyła [nie wystartował z powodu kontuzji], a następnie Sydney też bez sukcesu [odpadł w eliminacjach]. Historia Bubki trochę mi pozwoliła zaakceptować ten mój srebrny medal olimpijski. Wytłumaczyłem sobie, że to jednak jest coś, co ma wartość.

Znów może Pan wskazać coś, co Pana łączy z Adamem Małyszem.

- Zdecydowanie tak. Adaś został dwukrotnie załatwiony przez Simona Ammanna, mimo że był w świetnej formie. Był skoczkiem kompletnym, ale czegoś mu zabrakło. A ja? Przegrałem, tak - przegrałem z Charlesem, który obudził się po pięciu latach. Został mistrzem świata w Japonii w 1991 roku, później spał, aż nagle ta piłeczka z Austin w Teksasie wyskoczyła.

Po brązie w Barcelonie i srebrze w Atlancie wydawało się, że w 2000 roku wywalczy Pan złoto w Sydney, ale na igrzyska do Australii postanowił Pan nie jechać. Justyna Kowalczyk napisała kiedyś w felietonie dla "Gazety Wyborczej", że płakała przez tę Pana decyzję. I że dopiero po latach ją zrozumiała.

- Justynka słusznie zauważyła, że jeżeli nie ma się za sobą takiej drogi, to się nie zrozumie. A ona też stanęła przed takimi dylematami. I poczuła to, co ja czułem. Ja zawsze bardzo dużo od siebie wymagałem, zawsze jeśli przegrałem, analizę zaczynałem od siebie. Mój trener był taki sam - myśmy obaj nie tolerowali wymówek, szukania tłumaczeń. To był wstyd. Mieliśmy prawdziwy, samurajski honor. Szukaliśmy błędu w nas, tygodniami grzebaliśmy w dzienniczkach i zawsze zdiagnozowaliśmy, co było złe. I przed Sydney musieliśmy szczerze wszystko przeanalizować. Miałem wtedy już 31 lat i 13 sezonów w światowej czołówce. Nie startowałem w poprzednim roku w mistrzostwach świata, bo postanowiliśmy troszeczkę odpuścić, co chyba nie było najlepszą decyzją. Z drugiej strony sezon halowy w 2000 roku pokazał, że jest efekt. Byłem wtedy najlepszy na świecie, już wtedy skakałem 2,37, wygrałem w Opocznie, byłem wyraźnie numerem jeden. I wtedy mi wszyscy wieszali na szyi olimpijskie złoto. Mówili: "Chłopie, wreszcie!"

Dodajmy, że Wy sami w to mocno wierzyliście. Pana trener mówił, że w Sydney będzie Pan gotowy na rekord świata, zapowiadał wynik 2,46.

- Tak, my żeśmy szli w tę stronę. To było absolutnie możliwe! A nawet gdybym rekordu nie pobił, to sprawę złota bym załatwił, gdyby tylko przygotowania poszły normalnie. W Sydney wygrał Siergiej Kliugin wynikiem 2,35. No, naprawdę bym to wygrał. Ale przestańmy, bo przecież ilu nasz sport miał już specjalistów od imprez, na które nie pojechali, prawda? Ha, ha, ha. Niestety, pod koniec marca na treningu siłowym na obozie w Sierra Nevada stało się coś, co moje szanse przekreśliło. Formę miałem doskonałą. Kilka dni wcześniej byłem na wycieczce na najwyższą górę w okolicy, Veletę, położoną 3396 m n.p.m. Doskonała aklimatyzacja, super wydolność, najwyższa dyspozycja i nagle przy zarzucie sztangi z ciężarem 80 kg doszło do przesunięcia kręgów. Bardzo mocny ból, nadwerężenie i dwa miesiące przerwy. To był newralgiczny moment. Jeszcze tylko przez trzy tygodnie miał trwać mocny trening i już byłoby przejście na okres startowy. Wtedy już tylko się pielęgnuje to, co się wypracowało i dba się, żeby nie było kontuzji. Przez tamtą kontuzję zacząłem cokolwiek robić dopiero pod koniec maja. Formę straciłem, w sezonie letnim nie byłem w stanie skoczyć 2,30. Pamiętam do dziś rozmowę z trenerem i z szefem szkolenia Jerzy Skuchą. To było na zawodach w Grudziądzu. Wiedziałem, że już nic z tego nie będzie, to już nie była ta głowa, czułem, że coś się we mnie stało i zeszło ze mnie wszystko. Sezon skończyłem z wynikiem 2,27. Do Sydney nie mogłem jechać, bo tego nie czułem. A zawieść kibiców bym nie umiał. Ludzie byli od dekady przyzwyczajeni, że zawsze coś przywożę, że coś pozytywnego się dzieje. Jechać tylko po to, żeby zaliczyć? To nie dla mnie. To się nie mieściło w tym moim kodeksie samuraja.

Oglądanie Sydney bardzo bolało?

- Nie. Tak bardzo nie, że aż byłem zaskoczony. Często gościłem wtedy w studiu TVP. Patrzyłem i myślałem: "Nie ma mnie? No, nie ma mnie". Pogodziłem się z tym. A to przyspieszyło decyzję, którą zmaterializowałem pół roku później - o rezygnacji z kariery. Mój kolega, Robert Kołodziejczyk, powiedział, że to ja zrezygnowałem ze sportu, a nie sport zrezygnował ze mnie. Panowie Olewicz i Markowski z Perfectu mieli rację - trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Może niepokonany nie zszedłem, ale rozpoznałem moment, w którym coś się zmieniło. I odszedłem już w wieku 32 lat. To była bardzo dobra decyzja.

Teraz ma Pan trochę więcej niż 32 lata, ale nie myśli Pan czasem, że gdyby chwilę potrenował i wrócił, to znów byłby mistrzem Polski?

- Nie mówmy tak, nie narzekajmy na chłopaków. Jest Sylwek Bednarek, jest Norbert Kobielski. Ma kłopoty, ale wierzę, że wróci. I że jeszcze kilka olimpijskich startów przed nim. A Sylwka mi bardzo szkoda. W 2009 roku, gdy zdobył brąz MŚ, byłem pewny, że do igrzysk w Londynie w 2012 roku, pobije mój rekord Polski. Zrobiłby to, ale złapał tyle poważnych kontuzji, że ja po takich dwóch bym już przestał trenować. A on wrócił, ustabilizował się powyżej 2,30 m, zdobył złoto halowych ME. Wielka szkoda, że później znów miał kłopoty. Jesteśmy teraz w takim momencie, w jakim była choćby tyczka przed pojawieniem się Piotrka Liska i Pawła Wojciechowskiego. I w jakiej jest teraz - po Ani Rogowskiej i po Monice Pyrek - tyczka kobiet. Są takie fale, teraz nasz skok wzwyż ma gorszy okres, ale przyjdzie i lepszy.

A co u Pana? W jednej z rozmów na swoje 50. urodziny zapowiadał Pan kampanię rodzinnej firmy z branży winiarskiej. Pandemia Was zablokowała?

- Na razie się troszeczkę wstrzymaliśmy, ale działamy. Branża winna mnie pochłonęła. Oczywiście nie zabierając miejsca lekkoatletyce, bo nią też ciągle się bardzo interesuję, od lat z Przemysławem Iwańczykiem komentuję Diamentową Ligę w Polsacie Sport. Jestem też zaangażowany trochę w projekt mityngu Orlen Cup w Łodzi.

Wina produkujecie czy importujecie?

- Sprowadzamy. Z Hiszpanii, z Włoch. Przy okazji różnych wizyt w Hiszpanii wina bardzo polubiłem. Rioja i inne wina stamtąd są moimi ulubionymi. Nas wszystkich pozarażał tą pasją wuj, który od lat jest we Francji. Zaczął się tą branżą interesować, zrobił potężne dossier rejonów, w których mieszka - Langwedocji i Doliny Rodanu. Dzięki niemu powstała idea, później sklep, hurtownia. I do kilku lat interes się kręci. I cieszy, bo to bardzo wdzięczna branża.

Algierskie wina też sprowadzacie? Wiem, że kraj pańskiego taty wina produkuje, choć nie dla siebie.

- Tak, Algieria robi wina, nawet niedawno o tym z ojcem rozmawiałem. Może spróbujemy je kiedyś pościągać. To wina podobne do francuskich, też mają swoją jakość.

A czy w obecnych, szalonych czasach da się inwestować, czy lepiej taką pasję na razie zawiesić?

- Zależy, w co inwestować.

To pan jest wilkiem z Wall Street - proszę doradzić.

- Nie przesadzajmy, absolutnie! Natomiast czasy do inwestycji są wymarzone, bo dzieje się bardzo dużo. Choć oczywiście dzieje się mnóstwo rzeczy oderwanych od rzeczywistości. Od 20 lat mamy eksperymenty związany z quantitative easing, czyli drukowaniem pustego pieniądza. To tak zwane new economy. Chociaż według mnie po tych deficytach i długach które mamy, jest to stara ekonomia w nowym opakowaniu. Jeżeli popatrzymy na rynek kapitałowy, na wycenę różnych firm, to zobaczymy, że wzrost jest bardzo wybiórczy. Rosną firmy innowacyjne, jak Tesla. One są teraz wyceniane bardzo ponad to, co są warte. Kiedyś musi się to skorygować, ale nie wiadomo kiedy. Będzie jednak jak było z Kodakiem czy Xeroxem. Kiedyś to były firmy jak dziś Netflix, Facebook, Twitter - nikt sobie nie wyobrażał świata bez Xeroxa czy Kodaka. Wszystko jest płynne, bardzo wiele rzeczy może się wydarzyć w obliczu rewolucji technicznej. Bardzo wiele rozwiązań przyspieszy, co będzie katalizatorem przejścia na to, co było zapowiadane od kilku lat. Pamiętam prezentację Samsunga, w której uczestniczyłem w 2012 roku, przy okazji igrzysk w Londynie. Wtedy zostałem zaproszony do uczestnictwa w sztafecie olimpijskiej i przy okazji oglądałem zapowiedź trendów na najbliższe lata. One teraz rzeczywiście zaczynają obowiązywać.

Co przewidział Samsung?

- Choćby to, że urządzenia będą nas rozpoznawały po twarzach. To się dzieje w Chinach i w Korei Południowej, ojczyźnie Samsunga. Tam też rozwiązania technologiczne bardzo ułatwiają walkę z pandemią. Aplikacje pokazujące, że jest się w strefie szczególnie zagrożonej to właśnie rozwiązania zapowiadane lata temu. Tak jak to, że przez dotyk wiele rzeczy będziemy otwierali. Ta rewolucja będzie tylko przyspieszała.

Pan się z tego cieszy czy przeciwnie?

- Mam dużo wątpliwości. Może to będzie Wielki Brat wersja 2.0? Zahaczając o rynek finansowy - w ciągu kilku miesięcy pandemii skokowo wzrosły płatności online i na najbliższym światowym forum ekonomicznym w Davos ma być dyskusja czy będziemy mieli pieniądz już tylko elektroniczny. To byłby zamach na nasze prawa, wolności. Jestem zwolennikiem spowolnienia pewnych rzeczy. Oczywiście nie w medycynie i nie w nauce. W kluczowych sprawach high-tech niech też nowe rozwiązania wchodzą jak najmocniej. Ale czy nam, zwykłym ludziom, jest tak bardzo to wszystko potrzebne? Czy jest nam potrzebna aż taka moc obliczeniowa tych małych urządzeń, przez które do siebie dzwonimy? Ona jest kilkadziesiąt czy już nawet kilkaset razy większa niż była moc komputerów, których używano, gdy człowiek leciał na Księżyc. Wszyscy mówią: tak, postęp! Tak, automatyzacja! A może by tak się zastanowić? My jesteśmy wszystkim zasypywani i to trudno znieść. Kiedyś przeczytałem, że w każdym pojedynczym wydaniu "Washington Post", "New York Times" czy inne wielkiej gazety jest zawartych tyle informacji, ile w XVII wieku ludzie dostawali przez kilkadziesiąt lat. Oczywiście bez postępu żyć się nie da, ale trzeba umieć z niego korzystać, trzeba szukać złotego środka.

Wygląda na to, że nadal jest Pan mówcą motywacyjnym.

- Ostatnio nie, bo przez pandemię branża się totalnie zawiesiła. Ale jak najbardziej służę łączeniami internetowymi.

Duże ma Pan doświadczenie?

- Spore, przez lata miałem bardzo dużo różnych wystąpień. Sporo spotkań z pracownikami różnych firm było bardzo ciekawych. I dużych. Mówiłem na przykład do 600 osób z firmy Nutricia w Opolu.

O czym Pan mówi? O swojej karierze?

- Tak, mam ciekawą prezentację z mnóstwem analogii między biznesem a sportem. Bardzo wiele mechanizmów jest bardzo podobnych. Wiem to również dlatego, że prowadzę firmę. Pewne rzeczy są uniwersalne. A bardzo mnie też cieszą spotkania z młodzieżą w szkołach. Z nimi się trochę inaczej rozmawia, ale poprzeczka też wisi bardzo wysoko.