Syn miliardera całował Tajnera w rękę. "Ludzie byli pod ogromnym wrażeniem" [nieDawny Mistrz]

- W Willingen po skoku Adama na 151,5 metra RTL nas zaprosił do swojego pleksiglasowego studia. Kufle z piwem rzucane przez Niemców się o te szyby rozbijały - mówi Apoloniusz Tajner. Miesiąc wcześniej prowadzony przez niego Adam Małysz wygrał Turniej Czterech Skoczni z największą przewagą w historii. Wtedy Tajnera po rękach całował syn austriackiego miliardera, a Małysz płakał, bojąc się dopingowej wpadki. Wtedy zaczęła się wspaniała era polskich skoków, która trwa do dziś.

Apoloniusz Tajner, urodzony w 1954 roku. Najpierw zawodnik i trener kombinacji norweskiej, później trener skoków narciarskich. Obecnie, od 2006 roku, prezes Polskiego Związku Narciarskiego.

Jako trener Tajner doprowadził Adama Małysza m.in. do:

  • trzech Pucharów Świata z rzędu (2001, 2002 i 2003 rok)
  • trzech złotych medali MŚ (Lahti 2001 oraz dwa razy Val di Fiemme 2003)
  • srebrnego medalu MŚ (Lahti 2001)
  • srebrnego i brązowego medalu igrzysk olimpijskich Salt Lake City 2002
  • zwycięstwa w Turnieju Czterech Skoczni (2001)
Zobacz wideo Kamil Stoch wymownie skomentował zamieszanie z wykluczeniem polskich skoczków

Łukasz Jachimiak: Czy 20 lat od wybuchu Małyszomanii minęło jak jeden dzień?

Apoloniusz Tajner: Zdecydowanie tak. Mnóstwo historii pamiętam, jakby się zdarzyły wczoraj. Na przykład początek sezonu 2000/2001 w Kuopio i jak wiązaliśmy Adama do klamki i do kaloryfera, żeby go rozciągnąć, wydłużyć.

Zostawmy na chwilę Adama i najpierw pomówmy o panu. To prawda, że pod koniec lat 90., przed objęciem kadry, prowadził pan sklep spożywczy?

- Nie, nie - miałem wypożyczalnię kaset, sklep ze sprzętem rtv i odzieżowy.

Aż trzy biznesy?

- Wszystko było w jednym sklepie. Taki miszmasz w centrum Wisły.

I nagle tak po prostu ktoś panu zaproponował wyskoczenie z tego miszmaszu do kadry skoczków?

- Najpierw była propozycja, żebym został przedstawicielem Śląsko-Beskidzkiego Związku Narciarskiego w zarządzie Polskiego Związku Narciarskiego. Jak wszedłem do zarządu PZN, to Śląsko-Beskidzki mnie zaproponował na wiceprezesa. Zostałem nim. To był 1994 rok. Wróciłem po kilku latach. W 1990 roku skończyłem z kombinacją norweską, przestałem być trenerem kadry [Tajner był z nią m.in. na igrzyskach olimpijskich Calgary 1988]. Wtedy, w czasach przełomu, wszystko się rozpadało, nam się się finansowanie skończyło. Nikt nie wiedział, co ma robić. Otwierały się granice, wielu ludziom się rodziły fortuny. Moja się nie urodziła, ale może to lepiej. Ten sklep ze wszystkim funkcjonował bardzo dobrze, a ja miałem czas, żeby zostać wiceprezesem klubu w Wiśle, a później wiceprezesem PZN. Polska się zmieniała w oczach. W 1999 roku w naszych skokach skończył się czas współpracy z Pavlem Mikeską. Szkoda, że to się nie stało rok wcześniej, przed igrzyskami w Nagano. W każdym razie nie mogliśmy znaleźć trenera w jego miejsce. Nie było ani pieniędzy, ani chętnych. Już tego Mikeskę kilka lat wcześniej ledwo ściągnąłem. To było tak, że poprosiłem go, żeby nam kogoś polecił, pojechałem do niego do domu, on mnie przyjął, wysłuchał i zapytał: "to kiedy mam zaczynać?". W 1994 roku to był odpowiedni człowiek w odpowiednim momencie. A pięć lat później już nie. I razem z Leszkiem Nadarkiewiczem się zastanawialiśmy, co zrobić.

Wtedy uznaliście, że pan jest właściwym człowiekiem we właściwym miejscu?

- "Leszek, może ty to weź na rok. Bo jak nie ty, to ja. Leszek, bierzesz to?" - tak powiedziałem. Odparł, że nie. Też miał sklep z artykułami gospodarstwa domowego, tylko że w Zakopanem. I jeszcze siedział w organizacji Pucharu Świata w Zakopanem. Nie chciał zostać trenerem, to ustaliliśmy, że ja wezmę kadrę na rok, a przez ten czas kogoś znajdziemy. Leszek mnie poparł i mnie powołano. Naprawdę miałem pociągnąć tylko jakiś czas.

Piotr Fijas i Adam Małysz"Małysz powinien wygrać złoto igrzysk. Nigdy nie zapomnę jego błędu. Nie mogę go przeżyć" [nieDawny Mistrz]

Ale od razu zaczął pan budować sztab. Z asystentem Piotrem Fijasem, psychologiem Janem Blecharzem i fizjologiem Jerzym Żołądziem.

- Blecharz już w kadrze był od roku, bo Adam mówił Mikesce, że chce pomocy psychologa.

A Mikeska pytał, czy aby nie psychiatry.

- Tak było. My kontakt z Blecharzem złapaliśmy przez Tomasza Zimocha i psychologa trochę grupie narzuciliśmy. Mikeska podchodził do Blecharza na zasadzie: chcieliście go, to go macie. I z nim nie współpracował. To był taki trener, który uważał, że jest też fizjologiem, psychologiem, mamą, tatą - wszystkim. Ja po swoich trenerskich latach w kombinacji widziałem potrzebę współpracy z ludźmi z różnych dziedzin. Kiedyś też wszystko chciałem sam, ale po czasie zdałem sobie sprawę, ile błędów popełniłem. Od pracy trenerskiej miałem osiem lat przerwy. To mi dobrze zrobiło.

Blecharz i Żołądź zgodzili się praktycznie nie zarabiać? Bo pieniędzy na sztab przecież PZN nie miał.

- Oni nie stawiali żadnych warunków finansowych. Dla nich to była frajda, coś nowego. Żołądź, naukowiec z doświadczeniem z cenionych uniwersytetów [m.in. z Uniwersytetu Amsterdamskiego], powiedział jedynie, że interesują go wyłącznie zwycięstwa. Wszędzie: w Pucharach Świata, na mistrzostwach i na igrzyskach. A ja na to: "Ależ oczywiście Jurek! Tylko takie wyniki nas interesują". Natomiast czułem, że szansa jest tylko na to, że się z Małyszem wróci do czołowej dziesiątki i jak będzie korzystny układ, to raz czy drugi on się gdzieś zakręci koło podium. Ale Żołądź widział potencjał do uwolnienia dzięki ogromnym zmianom w treningu motorycznym. A ja szybko poczułem, że ma rację. Przez lata chłopcy strasznie, katorżniczo pracowali, a im gorszy był efekt, tym mocniej im dowalał Mikeska. Myśmy to zupełnie odwrócili. W technice też. Nagle zawodnicy zaczęli się odbijać do tyłu, a nie do przodu.

Jak to do tyłu?

- Odbicie na progu musi wyglądać tak, jakby człowiek stał w kajaku metr od brzegu i musiał tak wyskoczyć, żeby się nie skąpać. Gdyby wyskoczył do przodu, to kajak by się cofnął i byłaby kąpiel. Odbicie musi pójść 90 stopni do podłoża i mieć rotację, która wyrzuci człowieka na brzeg. Mówiło się im "w przód!", a trzeba było ich cofnąć. Oni tak to odczuwali, że zaczęli się odbijać do tyłu.

Ale w kajaku nie ćwiczyliście?

- Nie, ale wprowadziliśmy wózeczek bez hamulców, z niego trenowaliśmy odbicie na materac. Tak mieli się odbijać, żeby wózek się nie ruszył, nie pojechał ani kawałeczek. Później wózkiem jeździliśmy po pochylni. Wykonał nam ją w Wiśle stolarz. I po kilkadziesiąt takich wyskoków robiliśmy na każdym treningu. Teraz takie pochylnie mamy wszędzie - w COS-ie w Zakopanem, w Wiśle na skoczni, w Szkołach Mistrzostwa Sportowego.

Jak bardzo zmieniło się pana życie po wybuchu małyszomanii?

- Z Adamem było tak, że bardzo źle zniósł pierwsze sukcesy, zwycięstwa i podia z 1996 i 1997 roku. Miał wtedy 18-19 lat. Mikeska wracając z zawodów zostawał w Czechach, a Adam do Polski wjeżdżał sam. Dziennikarze za nim chodzili, nie dawali mu spokoju. To mu tak odbierało wolność - a wtedy się zakochał, ożenił - że jak kiedyś do niego pojechałem jako wiceprezes związku i chciałem, żeby uczestniczył w otwarciu Olimpiady Młodzieży, to mi załamany powiedział: "Prezesie, ja to się chyba pójdę powiesić, bo ja już tego nie mogę wytrzymać". Później dziennikarze mu dali spokój, bo przestał dobrze skakać. Po igrzyskach Nagano 1998 już tak słabo było z jego formą, że chciał kończyć karierę. Był dekarzem, miał iść zarabiać pieniądze, bo z oszczędności już nic nie zostało. Rozmawiałem wtedy z Izą, z rodzicami Adama, z wujkami, z dziadkami i wszyscy ustaliliśmy, że przekonamy go, żeby jeszcze został. Był bardzo, bardzo zniechęcony, ale się udało. A jak zaczął wygrywać, to my, czterej ludzie ze sztabu, tak rozdzieliliśmy zadania między siebie, żeby Adama chronić. Odcięliśmy dostęp do niego. Do Blecharza wszyscy dziennikarze musieli dzwonić, jeśli cokolwiek chcieli.

To bardzo ciekawe, ale pytałem jak pan sobie radził.

- Życie mi się odwróciło o 180 stopni, wiadomo. Ale miałem już 46 lat, życie miałem poukładane i jako dojrzały facet sobie dobrze poradziłem. Mam taką osobowość, że jakoś się tym nie zachłysnąłem. Ale też nie miałem aż takiej popularności jak Adam. Mnie ludzie rozpoznawali, ale to jego wszędzie zatrzymywali i chcieli ściskać, całować, a nie mnie. Adam był ciągle w biegu. Jak gdzieś szedł, to biegł. I jak się ktoś zorientował, że to Małysz, to Małysza już nie było.

A jak pana traktowały sławy trenerskie obok których najpierw stawał pan pewnie niezauważany, a nagle stał się pan większy od nich wszystkich?

- Pamiętam swój pierwszy konkurs w roli trenera. To było latem w Hinterzarten, na Grand Prix. Nieśmiało wchodziłem do trenerskiego gniazda. Jak wszedłem, to się zatrzymałem i nie wiedziałem, gdzie stanąć. Reinhard Hess, który stał jak zawsze z niemiecką flagą, zauważył moje niezdecydowanie i mnie zawołał do siebie. Zaraz mnie jowialnie poklepał po plecach i stałem obok niego. Miły gest. Potem zawsze z Hessem mi się dobrze współpracowało. Chociaż na Turnieju Czterech Skoczni, który był popisem Adama, czuł się nieswojo. Widziałem po nim, że bardzo liczył, że to będzie wielki czas Martina Schmitta.

No to lećmy do tego Turnieju, do wielkich wydarzeń sprzed 20 lat.

- Wszystko się zaczęło miesiąc wcześniej w Kuopio. Bardzo dla nas nieszczęśliwie.

Dyskwalifikacją Małysza za rzekomo zbyt długie narty. To była dyskwalifikacja po wygranych kwalifikacjach. Już wtedy Adam błysnął formą.

- Dzień przed startem sezonu było mierzenie wszystkich skoczków. Myśmy mieszkali w Kuopio na skoczni, koło rozbiegu był nasz hotel. Poszliśmy na to badanie na nogach: 500 schodów w dół, a potem jeszcze kilometr. Okazało się, że Adam miał 168,3 cm wzrostu. Gdyby miał 168,5 cm, to zaokrąglono by do 169 cm i mógłby skakać na nartach o długości 247 cm. Myśmy tak zinterpretowali tabelę przygotowaną przez FIS, że żelazną piłką obcięliśmy Adamowi tyły nart o centymetr. A po kwalifikacjach powiedziano nam, że trzeba było o dwa - do 245, a nie 246 centymetrów Uważaliśmy, że to błąd, więc zażądałem od Waltera Hofera powtórnego badania. Zgodził się, badanie wyznaczono nam następnego dnia rano. Wieczorem Adama zaczęliśmy naciągać. Myśmy go wiązali do klamki, potem do kaloryfera. Złapaliśmy go za ręce i ciągnęliśmy. Za nogi i ciągnęliśmy. Fizjoterapeuta rozciągał przestrzenie międzykręgowe. Po wszystkim położyliśmy Adama spać. Rano się Adam oporządził, ja zamówiłem taksówkę i zaniosłem go do niej na plecach. Mało tego, jak zajechaliśmy pod hotel, to go wziąłem z auta na plecy i tak weszliśmy do holu, gdzie oczywiście wszyscy na nas dziwnie patrzyli. Następnie zniosłem Adama piętro w dół, pod salę, w której robiono pomiary. Koło schodów był drążek i na tym drążku Adama powiesiłem. Wisiał przez kilka minut, ile tylko mógł wytrzymać. Jak już nie nie dawał rady, to usiadł na schodach i czekaliśmy. Na badaniu Adam miał 170 cm wzrostu. Czyli o 1,7 cm więcej niż poprzedniego dnia. Po tym pomiarze badali go na wszystkie strony, szukając przyczyny. Najpierw oglądali włosy Adama, sprawdzali, czy ich sobie nie podniósł, używając żelu. Później kazali mu zdjąć skarpetki i sprawdzali, czy czegoś do nich nie włożył. W końcu musieli uznać, że urósł. To się działo kilka godzin przed pierwszymi zawodami. Chciałem, żeby cofnęli dyskwalifikację, ale Hofer się nie zgodził. Pozwolił startować Adamowi dopiero następnego dnia [w drużynówce], już bez konieczności skracania nart. Okazało się, że nawet o ten centymetr niepotrzebnie narty ucięliśmy.

Wtedy w Kuopio odbyły się jedyne starty przed Turniejem Czterech Skoczni. Przez brak zimy odwołano zawody w Ramsau, Libercu i Engelbergu, ale w Ramsau i tak rozegrały się jedne z najważniejszych scen w historii polskich skoków.

- Najpierw wszyscy pojechali do Sankt-Moritz, bo to długo było jedyne miejsce w Europie, w którym można było skakać. Tam Adam skakał koncertowo. Byli Austriacy z Goldbergerem, byli Japończycy, u których dobrze wyglądał Kasai, ale Adam od nich wszystkich o cztery rozbiegi niżej chodził, a i tak za każdym razem przeskakiwał tę 90-metrową skocznię. Skakał aż po 100-101 metrów. Tam się dalej nie dało. Pozostali przeskakiwali ledwie 90 metrów, chociaż ruszali z wyższych belek. Wszyscy patrzyli po sobie zdziwieni, widząc, co ten Adam wyprawia.

Nie tylko patrzyli. Andreas Goldberger opowiadał mi, jak dzwonił do Ediego Federera, żeby ten załatwiał RedBullowi wznowienie współpracy z Małyszem.

- Chyba on szybciej niż my z Piotrkiem Fijasem zrozumiał, co widzi. My patrzyliśmy spokojnie. "Skacze? No skacze". Była w nas zbyt mocna mentalna bariera, żebyśmy sobie zaczęli wyobrażać wielkie rzeczy. A Goldberger faktycznie już dzwonił, Federer już wszystko załatwiał i już do nas jechał. Z Sankt Moritz w drodze do domu na święta wstąpiliśmy jeszcze na trzy dni na trening do Ramsau. I tam 23 grudnia Federer przyjechał. Trochę wcześniej mówił, że przestanie nam pomagać, że już nie będzie menedżerem współpracującym ze związkiem, bo chociaż nie daje wiele, to nic z tego nie ma. Mieliśmy stracić oba samochody, które nam wypożyczał, żeby kadra miała czym podróżować na zawody. Ale jak przyjechał, to zobaczył tylko jeden skok Adama i już go wołał. Szybko dał mu do podpisu kontrakt, który przywiózł od RedBulla.

A kilkanaście dni później Federer ten kontrakt porwał. Na pana oczach.

- To było w Innbsrucku. Adam tam wygrał we wspaniałym stylu [drugi Janne Ahonen stracił do Małysza aż 44,9 pkt, to największa w historii różnica między zwycięzcą a drugim zawodnikiem na skoczni dużej]. Edi stał pod skoczną z Dietrichem Mateschitzem, właścicielem RedBulla. Ja do nich dołączyłem, schodząc z góry po zawodach. Nagle Edi mówi do Mateschitza: "Pokaż mi tę umowę". Mateschitz wyciągnął, podał mu, a Federer ją podarł i mówi: "Tej umowy już nie ma, teraz będzie zupełnie inna". Mateschitz się tylko roześmiał i powiedział, że tak, teraz Adam zasługuje na całkiem inne warunki.

Kto kogo tam całował w rękę?

- Federer mnie. Zdjął czapkę, padł na kolano i zaczął mnie całować po rękach. Oczywiście żartobliwie. To samo zrobił Carlo, syn Mateschitza. Ludzie byli pod ogromnym wrażeniem tego, co zrobił Adam. On w Innsbrucku tak przerósł, tak zdeklasował wszystkich, że nigdy wcześniej ani później czegoś takiego nie widziałem. Adam zrobił tam dokładnie to, co widzieliśmy w Sankt-Moritz na treningach. Ale my nie wierzyliśmy, że będzie robił to samo w zawodach. Nie zapomnę, jak po Sankt-Moritz i Ramsau wracaliśmy do Polski autem z Piotrkiem Fijasem. To był 23 grudnia. Siedzimy, milczymy i nagle koło Salbzurga ja się odzywam. "Piotrek, wygląda na to, że mamy zawodnika, który może wygrać Turniej Czterech Skoczni". Piotrek prowadzi, nie odzywa się ze dwie minuty. W końcu przemyślał, przekrzywił trochę głowę w moją stronę i mówi: "Ale wiesz co Polo, ty się nie martw, jeszcze będą święta, jeszcze się wszystko zdąży spieprzyć". I niewiele brakło, a spieprzyłoby się już na starcie, w Oberstdorfie.

Ma Pan na myśli historię z klinami?

- Tak, było bardzo, bardzo nerwowo. W Polskim Związku Narciarskim toczyły się wtedy rozmowy z Pocztą Polską. Ona miała zostać naszym sponsorem, ale do końca nie ,czy naprawdę tego chce. Już byliśmy po kwalifikacjach, trwał wieczór przed konkursem i czekaliśmy na wiadomość, czy mamy znaki poczty naszywać na kombinezony, czy jednak nie. Związek nas poinformował, że czekamy. Ustaliliśmy, że zawodnicy będą mieli przy sobie reklamy, igły i nici i jeżeli rano będzie decyzja, że związek i poczta podpisują umowę, to my naszywamy. Wszystko się tak przeciągało, że o godzinie 11 mieliśmy zaplanowany wyjazd na skocznię, a po 10 dostaliśmy wiadomość, że tak, mamy naszywać. Wszyscy ruszyli do pracy nad kombinezonami i w pośpiechu na skocznię Adam nie zabrał klinów, które się wkładało do butów. Nawet mi o tym nie powiedział, tylko sam zaczął chodzić przy budyneczkach skoczków, znalazł jakieś tekturowe pudła, kilka kawałków pourywał, pokleił je plastrem i z czymś takim w butach skakał. Przez to w pierwszym skoku tak zapikował, że serce mi stanęło. Jak wyszedł z progu, to myślałem, że zrobi salto, bo narty mu chwyciło powietrze z góry i myślałem, że się ich nie da wyprowadzić. Nie wiem do teraz, jakim cudem Adam to opanował. Kawałek płasko przeleciał, ale nie spadł i jeszcze dał radę zająć w tej serii szóste miejsce (116,5 m). W całym konkursie był czwarty, a już wtedy powinien nikomu nie dać szans.

W drugiej serii pobił rekord skoczni. A chyba nadal miał te prowizoryczne kliny?

- Tak, ale już skoczył normalnie, już się widocznie oswoił z sytuacją. Myśmy z Piotrkiem Fijasem prosili wtedy Hofera, żeby był niższy rozbieg. Mówiliśmy mu, że Adam skacze za daleko. Nie chciał posłuchać. Niemcy wywierali presję, żeby jechać z wysokiej belki. Tak chciał Martin Schmitt szykowany przez wszystkich do wygrania Turnieju. No i Adam tak leciał, że w locie musiał się wycofać, wyhamowywać, drastycznie skracać skok.

A i tak pobił rekord o pięć metrów - ze 127,5 na 132,5 metra.

- Tak, a zaraz po nim Schmitt sobie niskim torem lotu osiągnął 133 metry.

Nie mieliście wrażenia, że pomiar jego skoku był nieprecyzyjny?

- Wtedy jeszcze odległości mierzyli sędziowie, może zrobili to trochę niedokładnie. W każdym razie skok Adama wydawał się o wiele dalszy, bo Adam spadł z wysoka, ratował się, żeby nie spaść na płaskie i się nie rozbić.

 
 

Dopiero za jakiś czas Hofer zaczął się liczyć z tym, co mówimy o wysokości belki startowej. Jak Adam wygrał w Innsbrucku, to w Bischofshofen Hofer do mnie przyszedł i pytał, jaką belkę ma jury ustawić. W pierwszej serii tam był dla wszystkich za niski rozbieg, więc szef Pucharu Świata prosił, żebym się zgodził na podniesienie rozbiegu. Adam był wtedy na dole, wziąłem krótkofalówkę, wywołałem go i zapytałem: "Adam, ile ustoisz na tej skoczni". Powiedział, że 134-135 metrów spokojnie wyląduje. I właśnie 134 metry skoczył w finale, podkreślając swoją dominację w Turnieju. Niestety, to wcale nie był koniec problemów ze złym dobieraniem rozbiegów. Adam wygrałby w Pucharze Świata więcej niż 39 konkursów, gdyby Walter Hofer prowadził trochę inną politykę. Na przykład w 2001 roku w Engelbergu straciliśmy ewidentne zwycięstwo.

Pamiętam: wygrał Stephan Hocke, a Adam był czwarty, mimo że miał sumę odległości lepszą od zwycięzcy o 2,5 metra.

- Zgadza się: protestowaliśmy wtedy bezpośrednio po zawodach. Ale można sobie poprotestować, a decyzje są nieodwołalne. Adam był za mocny na wysoko ustawione rozbiegi. Skracał skoki, tracił przez to na notach. A ludzie rządzący Pucharem Świata mało się tym przejmowali. Myśmy odczuwali, że nagle pojawił się zawodnik, który zaczął psuć interes. Przecież w tamtym sezonie w skoki weszła telewizja RTL. Z ogromnymi pieniędzmi. Było pragnienie, żeby dalej rządził Martin Schmitt. Powiem szczerze: myśmy się obawiali, że ktoś nam będzie próbował zaszkodzić. Nawet tak robiliśmy, że jak kelner odchodził od naszego stolika, to się z Adamem zamienialiśmy na talerze. Na wszelki wypadek ja jadłem jedzenie przeznaczone dla niego, a on moje. A już ogromne, największe chwile grozy przeżyliśmy w Innsbrucku, gdzie Adam został wzięty na kontrolę antydopingową.

Baliście się, że mogą zostać sfałszowane wyniki?

- Gorzej. Już opowiadam. Adam i profesor Żołądź zostali na kontroli, a myśmy pojechali do naszego hotelu. Wieczorem wracają. Obaj wściekli. Adam najpierw na granicy płaczu, a w końcu nie wytrzymał, usiadł na krawężniku w garażu i płakał. Pytam, co jest i się okazuje, że przed wyjazdem na Turniej Adam się trochę przeziębił, więc poszedł do naszego doktora w Wiśle, ten mu przepisał leki i Adam je sobie brał. Idąc na kontrolę sobie o tym przypomniał, powiedział profesorowi i obaj się zamartwiali. A jak nam to opowiedzieli, to w całej ekipie była makabra. Proszę sobie wyobrazić, co czuliśmy. Adam właśnie wygrał w kapitalnym stylu, właśnie stało się jasne, że będzie zwycięzcą Turnieju Czterech Skoczni, bo w Bischofshofen już nikt mu nie zagrozi. Co się wydarzy, jeśli w wynikach badania będzie coś niedozwolonego? Ja już siebie widziałem wyjeżdżającego z kraju. Myślałem, że dwa-trzy lata będzie trzeba przemieszkać chociaż w Czechach albo na Słowacji, bo tu by mnie zlinczowano. Żołądź i Blecharz już widzieli swoje przekreślone kariery. Przecież im się wszyscy przyglądali. Wszyscy widzieli w nich wielkich macherów, skoro współpracując z nimi Adam nagle zaczął tak latać. Adama o doping ogólnie podejrzewano. On został zbadany na Turnieju, a po nim do końca sezonu na kontrolę brano go jeszcze aż dziewięć razy.

Długo żyliście w niepewności po tym badaniu w Innsbrucku?

- Profesor Żołądź zadzwonił do Polski, do profesora Smorawińskiego, który był wtedy szefem naszego antydopingu. Była godzina 22, gdy udało się profesorom połączyć. Żołądź uprosił Smorawińskiego, żeby tamten pojechał do Instytutu Sportu, gdzie miał komputer, i żeby sprawdził skład leków, które brał Adam. Smorawiński sprawdzał, a my cali w nerwach przenosiliśmy się z Innsbrucku do Bischofshofen. Zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, stamtąd Żołądź znów dzwonił i na całe szczęście, przyniósł dobre wiadomości - powiedział, że wszystko będzie czyste. Pamiętam, że najwięcej naszych wątpliwości budził Aspargin. Ale i on nie miał w składzie niczego niedopuszczalnego, więc ogromne napięcie nas puściło. Chociaż w Bischofshofen ja przeżyłem może nawet jeszcze większe.

Co się stało?

- Adam wygrał Turniej, wróciliśmy do hotelu, wszyscy jesteśmy przeszczęśliwi, kilka minut później wchodzę do pokoju Żołądzia i Blecharza, a tam czerwono, jakby zarżnięto jakieś zwierzę. Zbladłem, widząc te krwawe ściany, tę wybrudzoną pościel - no po prostu wszystko było czerwone. Okazało się, że sobie doktory próbowały otworzyć szampana, akurat czerwonego. Nawet sobie nie wyobrażam, jaki rachunek byśmy zapłacili za zniszczenia, gdyby nam nie pomogła polska pokojówka, która w tym hotelu pracowała.

Scena jak z "Pulp Fiction", a pokojówka jak Winston Wolfe.

- Ha, ha, ha.

Skoro tak dokładnie pamięta pan tamte skoki, to proszę wybrać: Willingen czy Trondheim? Bo chyba właśnie z tych dwóch ikonicznych rekordów Małysza trzeba wybierać, kiedy się chce wskazać najlepszy skok jego kariery?

- Ja wybieram Willingen.

Patrząc na pana reakcje wszyscy spodziewaliby się, że wybierze pan Trondheim.

 

- Ja się tam złapałem za głowę, bo okropnie się przestraszyłem. Prędkości najazdowe były tam bardzo niskie, w czołówce konkursu byli zawodnicy, którzy nie dolecieli do setnego metra. Bo w pierwszej fazie lotu była cisza, a w drugiej szedł dość mocny wiatr z dołu skoczni, odbijał się od zeskoku i kierował się w górę. Trzeba było dolecieć do tego dobrego wiatru, pod odpowiednim kątem się w niego wbić i z nim poszybować na sam dół. Właściwie wszyscy wchodzili w ten wiatr za nisko. A Adam zrobił to tak wysoko, że jak zaczął szybować, to sobie powiedziałem: "O rany boskie!". Jego tak dźwignęło, skoczył tak daleko, że się bałem patrzeć, czy wyląduje.

Skok idealny?

- Tak, z wykorzystaniem warunków. Natomiast w Willingen Adam zrobił coś jeszcze większego. On skoczył 151,5 metra na skoczni z punktem konstrukcyjnym na 120. metrze. Jak kilka lat później Janne Ahonen osiągnął tam 152 metry, to skocznia była już o 10 metrów wydłużona.

Podobno Muehlenkopfschanze nie została przebudowana, a punkt K po prostu przeniesiono dalej, bez ingerencji w zeskok.

- Nie, nie, ona została przebudowana. Właśnie o te 10 metrów została powiększona. I Niemcy jeszcze mają możliwość pogłębić zeskok.

Willingen to była wtedy spokojniejsza, niemiecka wersja Zakopanego?

- Zakopane było nieporównywalne z niczym. W 2002 roku, czyli przy pierwszej okazji zobaczenia Adama na zawodach w Polsce, kibice stali przecież przy progu i tak wymachiwali flagami, że któryś ze skoczków mógłby w nie wpaść. Chodziłem do ludzi i prosiłem, żeby się stamtąd wycofali. Zrobili to, chociaż nie bardzo mieli gdzie się przesunąć. Wszędzie był tłok, drzewa od ludzi aż się uginały. To cud, że tam się nic złego nie stało. Powiem szczerze: my się ogólnie o Adama baliśmy. Pamiętaliśmy, że niedługo wcześniej Monica Seles została zaatakowana nożem [w 1993 roku].

Przez psychopatycznego fana Steffi Graf.

- Żołądź zawsze stał na dole, czekał na Adama i chronił go, przeprowadzał przy kibicach. Ktoś szalony mógł przecież czymś rzucić. W Willingen po tym skoku na 151,5 metra RTL nas zaprosił do swojego pleksiglasowego studia. Kufle z piwem rzucane przez Niemców się o te szyby rozbijały.

"Das ist skifliegen" ("to są loty narciarskie") - to komentarz do tego skoku właśnie z RTL-u

 

- Ładne. Tego nie znałem. Dobił Niemców ten lot Adama.

Tamtej niezapomnianej zimy za swoim porzuconym biznesem w Wiśle już pan nie tęsknił?

- Interesik przez jakiś czas prowadziła żona. Ale w końcu straciliśmy lokal, ktoś nam wypowiedział umowę.

PZN szybko dał panu podwyżkę? Albo wręcz całkiem nową umowę, jak RedBull Małyszowi? Bo pierwsza była niekorzystna, prawda?

- Nie to, że niekorzystna.

Włodzimierz Szaranowicz w jakiejś transmisji sprzed wielu, wielu lat mówiąc o tej umowie ,zapytał mniej więcej tak: "Kto normalny zgodziłby się prowadzić kadrę za trzy tysiące złotych miesięcznie".

- To było 3900 złotych. I po półtora roku, po sukcesach, poprosiłem o podwyżkę. O 500 złotych.

Bardzo skromnie.

- A zostałem przez kolegów ze związku wyśmiany.

Że tak mało pan chce?

- Powiedzieli: "jaka podwyżka? Myśmy się przecież umówili". Mam wrażenie, że u niektórych się pojawiła lekka zazdrość. Dlatego się ze mnie pośmiali. "Jaka podwyżka? Co ty, głupi jesteś?". Ale i tak byłem zadowolony. Jeszcze wtedy żyłem ze sklepu. A już wkrótce z tego, co nam potrafił załatwić Federer. On w obliczu sukcesów przeskoczył na stawki w polskim marketingu sportowym niewyobrażalne. Federer z Goldbergerem już siedział na takiej półce, że jak występował do jakiejś firmy, to o 100 czy nawet 500 tysięcy, gdzie my byśmy się bali zapytać o 10 tysięcy. Nam włosy na głowach dęba stawały, jak słyszeliśmy te kwoty. On nam wynagradzał - skoczkom, trenerom - ekspozycje reklamowe. A sponsorzy, których pozyskiwał, byli zadowoleni tak jak my.

Artur PartykaInnowator polskiego sportu. "Pamiętam fakturę na 6400 zł. Robiła ogromne wrażenie" [nieDawny Mistrz]

Ale i tak nie mieliście warunków zbliżonych do tych, jakie kadra ma dziś? Na przykład na mistrzostwach świata Lahti 2001 Adam sam sobie przeszywał jedyny kombinezon, jaki mu uszył niemiecki Meininger.

- Myśmy wtedy po trzy miesiące czekali aż nam Niemcy przyślą po jednym kombinezonie dla każdego skoczka! Jak Adam zaczął tak dobrze skakać, to Meininger, jedyna firma, która wtedy szyła, zwlekała bardzo długo z realizacją naszego zamówienia. Dokładnie trzy miesiące czekaliśmy, Adam dostał strój dopiero w Lahti, już na mistrzostwach. I gdy się okazało, że kombinezon jest za obszerny, to musiał wziąć igłę, nitkę i przeszywać.

Wy się wtedy często musieliście tłumaczyć nawet z drugich miejsc. W Lahti tak było, prawda?

- Jasne. Po srebrze z Lahti pamiętam dziennikarza z Łodzi, który złapał gdzieś Adama idącego z nartami, zatrzymał go i poprosił o autograf z dopiskiem "Z pozdrowieniami dla czytelników Dziennika Łódzkiego". Adam napisał "Łóckiego" i to się ukazało w gazecie na pierwszej stronie. Ośmieszające. Miałem o to spięcie z tym dziennikarzem, przy następnej okazji wyprosiłem go z konferencji prasowej i później już nigdy z nim nie porozmawiałem. Tamto srebro wielu ludzi potraktowało jak porażkę. Nie da się zapomnieć rankingu największych porażek polskiego sportu z "Przeglądu Sportowego". A w tym rankingu na szczycie Gołota uciekający z ringu przed Tysonem i Adam ze srebrnym medalem mistrzostw świata! Adam się tym strasznie przejmował.

Jak wielka była presja przed drugim konkursem? Czuliście, że złoto to wręcz obowiązek?

- Nie. Czuliśmy bardzo dużą szansę, że Adam odskoczy Schmitta. Spokojnie czekaliśmy na ten dzień. Adam dysponował tak dynamicznym odbiciem i tak wysoki tor lotu łapał, że nawet jak po pierwszej serii był za Schmittem, to ciągle mocno w siebie wierzyliśmy. Mam nawet anegdotę pokazującą, jak Adam był tam spokojny i skoncentrowany. Konkurs był rozgrywany w wielkim mrozie, w minus 25 stopniach. Przez pogodę przesuwano godzinę rozpoczęcia. Siedzieliśmy w kontenerze i słysząc, że się wszystko ciągle przedłuża, zaczęliśmy zabijać czas. Profesor Żołądź wyciągnął monetę, rzucał, łapał, obracał między palcami i przed każdym trikiem pytał: A umiesz tak? A tak potrafisz? Adam sobie siedział w kącie, bawił się dwoma zardzewiałymi gwoździami i nic nie mówił. W końcu jak się zrobiła chwila ciszy, to Adam pyta:

- Panie profesorze, a umie profesor tak?

Żołądź na to: - Co tam mam umieć, Adam?

- Widzi pan te dwa gwoździe?

- No, widzę.

- To niech pan podejdzie i je weźmie.

Żołądź podszedł, wziął gwoździe i dalej słucha instrukcji Adama.

- A teraz proszę podejść do ściany. Bliżej. W lewo. O, dobrze. I teraz niech pan zrobi przysiad.

Profesor zrobił.

I Adam mówi: - To teraz niech pan włoży gwoździe do gniazdka.

Profesor zastygł, zbladł, rzucił gwoździe i wyszedł, a ryk w naszym kontenerze musieli słyszeć wszyscy rywale. O to chodziło, żeby utrzymać jak najlepszą atmosferę.