Wisła nie testuje na COVID. Kubacki musi szczególnie uważać. "Łudzę się"

- Gdybym chciał uniknąć ryzyka, to musiałbym w ogóle nie wracać do domu, nie być ani trochę z żoną w końcówce ciąży i ani trochę nie uczestniczyć w pierwszych dniach życia córki - mówi Dawid Kubacki. W piątek w Wiśle start nowego, pandemicznego sezonu Pucharu Świata. Nasz najlepszy skoczek ostatniej zimy chce i osiągnąć sukces, i realizować się w roli ojca.

Pierwsze konkursy zimy 2020/2021 odbędą się w sobotę (drużynowy) i niedzielę (indywidualny) o godzinie 16. Kwalifikacje w piątek o 18, przed nimi, od 15.45, dwie serie treningowe. Relacje na żywo na Sport.pl, a na transmisje w Eurosporcie zaprasza ambasador stacji, czyli Dawid Kubacki.

Zobacz wideo "Wielu ekspertów uważało Kubackiego za skoczka bez talentu"

Łukasz Jachimiak: Za chwilę zaczniesz kolejny sezon Pucharu Świata i za chwilę po raz pierwszy zostaniesz ojcem. Chyba wobec tej drugiej sprawy wszystko schodzi na dalszy plan?

Dawid Kubacki: Nie do końca może być tak, że wszystko inne zejdzie na drugi plan. Staram się teraz iść dwutorowo, ani trochę nie zaniedbać swojej pracy. A oczekiwanie na dziecko jest z jednej strony bardzo fajne, ale z drugiej nerwowe. Przez pandemię wszystko jest skomplikowane. Musimy się razem z żoną przygotować i bardzo się pilnujemy, żeby dotrwać w jak najlepszym zdrowiu. Staramy się nic nie złapać, nawet się nie przeziębić. Już niedużo zostało, musi nam się udać. Czekamy z dozą niepewności jak to będzie i co to będzie, ale też z radością, że to już zaraz.

Nie boisz się, że jeżdżąc po świecie i wracając co kilka dni do domu możesz zachorować i zarazić żonę?

- Mamy świadomość, że jest takie ryzyko. Ale wiem, że raczej wszędzie na Pucharach Świata będziemy testowani i gdyby się gdzieś zdarzyły zakażenia, to raczej zostaną szybko wyłapane i chorzy będą oddzieleni od zdrowych. Gdybym chciał zupełnie uniknąć ryzyka, to musiałbym od startu sezonu w Wiśle w ogóle nie wracać do domu. To by było chyba jeszcze gorsze, bo trudno byłoby nie być ani trochę z żoną w końcówce ciąży i ani trochę nie uczestniczyć w pierwszych dniach życia córki. Zwłaszcza że to będzie nie tylko piękny, ale i trudny czas. Przecież trzeba żonie pomóc i trzeba się uczyć opiekować dzieckiem.

Boisz się, że to będzie trudniejsze od skakania na nartach?

- Na pewno żona będzie miała łatwiej. Ona już się opiekowała dziećmi, na przykład małym kuzynem z rodziny. Marta ma doświadczenie, a ja nie mam. Będę musiał wszystkiego powoli się uczyć, ale dam radę. I na pewno to, że chociaż czasami będziemy razem, będzie dla żony dużą pomocą.

Zbigniew BoniekBoniek podsumował kadrę: Cel został spełniony. Twitter nie będzie zwalniał trenera

Poród wypada akurat wtedy, kiedy w kalendarzu Pucharu Świata jest przerwa? To będzie w okresie Bożego Narodzenia?

- Tak, ale ze szkoły rodzenia wiemy, że dziecko może chcieć wyjść na świat nawet dwa tygodnie przed albo po dacie, którą przewiduje lekarz.

W razie czego jesteś gotów wyjechać z Planicy w połowie mistrzostw świata w lotach i pędzić do swoich dziewczyn?

- Wszystko zależy od tego, na ile będzie pozwalała sytuacja w szpitalach. Teraz jest tak, że ja jako mąż mogę co najwyżej zawieźć żonę pod drzwi szpitala. Dalej nie wejdę. Później też nie ma żadnych odwiedzin. Możesz tylko za kilka dni znów przyjechać pod szpital, żeby zabrać żonę i dziecko do domu. Ale oczywiście chciałbym chociaż tak pomóc. I boję się, żeby z datami nie wyszło tak, że Marta urodzi w okolicach świąt, a ze szpitala nie wyjdzie zanim ja pojadę na Turniej Czterech Skoczni. To by było tym trudniejsze, że z Turnieju wrócimy tym razem wyjątkowo późno.

Wyjedziecie dzień po Bożym Narodzeniu, a wrócicie prawie w połowie stycznia?

- Tak, bo już dwa dni po Turnieju będą kwalifikacje do pierwszego z konkursów w Titisee-Nuestadt. Nie ma sensu wracać z Austrii do Polski i właściwie od razu z Polski ruszać na zawody do Niemiec. Plan już jest taki, że prosto z Bischofshofen przeniesiemy się do Titisee. Niezbyt fajnie by było, gdybym żonę i córkę zobaczył dopiero kilkanaście dni po porodzie.

Mówisz o szczegółach logistyki w okolicach Turnieju Czterech Skoczni i wiem, że nasza kadra lubi mieć wszystko zaplanowane, ale chyba w tym sezonie realnie da się planować tylko z dnia na dzień?

- Na tę chwilę na pewno nikt nie wie, jak będzie wyglądał cały sezon. Wiadomo, że nasz sztab i ludzie z Polskiego Związku Narciarskiego próbują zaplanować jak najwięcej rzeczy, żebyśmy mieli jak najwięcej spokoju. Oni wyszukują różne połączenia do kolejnych konkursowych miejsc po Wiśle, starają się organizować dla nas bazy w różnych miejscach i awaryjne opcje takie jak transport samochodowy z jednych zawodów na drugie, jeśli nie wszędzie da się polecieć.

Możliwe, że bardzo długa wyprawa samochodami czeka Was już kilka dni po Wiśle - do Kuusamo, prawda?

- Jeszcze nie wiadomo. Sytuacja zmienia się z dnia na dzień, wszystko zależy od obostrzeń wprowadzanych przez rządy różnych państw. Najlepiej jest wiedzieć o czymś wcześniej, jak na przykład o tym, że już odwołane zostały konkursy w Sapporo, które miały się odbyć na początku lutego. Ale na pewno będzie też tak, że dopiero przed zawodami X sytuacja tak się pogorszy, że rząd tego kraju ogłosi lockdown i dziękuję, nie będzie skakania. Musimy być przygotowani na dynamiczne zmiany sytuacji.

Wiadomo, że nie będzie Sapporo, chyba też wiadomo, że dla Ciebie, Kamila Stocha i Piotra Żyły nie będzie Niżnego Tagiłu, bo pomysł jest taki, żeby liderzy kadry nie jechali do Rosji tuż przed mistrzostwami świata w lotach?

- Chyba tak, choć też jeszcze na 100 procent to nie jest przesądzone. Ale z Niżnym Tagiłem sytuacja jest niekomfortowa, właśnie dlatego, że starty tam są zaplanowane na kilka dni przed mistrzostwami w Planicy. Do Niżnego jest długa, męcząca podróż, jest też duża niepewność, co się tam zastanie. Trenerzy mają zagwozdkę, muszą analizować wszelkie niedogodności. Na pewno w tym sezonie w Pucharze Świata wysoko będą ci, którzy zdołają wystartować w jak największej liczbie konkursów, więc odpuszczanie czegokolwiek na własne życzenie nie jest dobrym pomysłem. Ale w tym wypadku jest coś za coś i chyba lepiej do Niżnego nie jechać, jeśli się chce powalczyć w Planicy.

Wchodząc w pandemiczny sezon przypominacie sobie zasady, które przed igrzyskami Pjongczang 2018 wprowadził Stefan Horngacher? Wtedy trzeba było się z Wami witać nie przez uścisk dłoni, tylko przez stuknięcie łokciami, bo trener bał się, że ktoś Wam sprzed infekcję.

- Tak, musimy dokładnie przemyśleć, jak ograniczać kontakty i przez to zmniejszać zagrożenie. Już wiemy, że na skoczniach kibiców za bardzo nie będzie, więc z ich strony ryzyko zarażenia jest zminimalizowane. A te wszystkie osoby akredytowane, które będą przyjeżdżały na zawody, czyli obsługa i dziennikarze, wejdą na skocznię pod warunkiem przejścia testów.

Zdaje się, że to warunek stawiany wszędzie, tylko nie w Wiśle.

- Tak, w Wiśle testów nie ma. Ale już każdy kolejny Puchar Świata ma testy. Mając świadomość, że każdy z uczestników zawodów będzie przebadany, wiem, że ryzyko, że się zarażę jest dużo mniejsze. Zostaje jeszcze kwestia hoteli i pracowników z ich obsługi. Tam po prostu musimy bardzo uważać, bardzo dbać o higienę, jak najczęściej dezynfekować ręce, chodzić w maskach i na posiłki, i nawet po hotelowych korytarzach. Będziemy też musieli ograniczyć obecność na konferencjach prasowych i zachowywać odległość w rozmowach z dziennikarzami po skokach, jeszcze na terenie skoczni. Łudzę się, że uda nam się przetrwać sezon bez złapania wirusa.

Co Ty na to, że wszyscy będą testować, a Wisła nie? Najpierw FIS zapowiadał, że testy będą wszędzie obowiązkowe, później zanosiło się na solidarny bunt ze względu na koszt takiego testowania, a teraz chyba tylko my wpuścimy wszystkich chętnych, nie sprawdzając czy są zdrowi.

- Nie ma odgórnego wymogu z FIS-u, więc organizatorzy mogą zrobić zawody bez robienia testów uczestnikom. Ale pozostałe kraje rzeczywiście zdecydowały się robić testy. To nie jest fajne, że na starcie sezonu nie będzie wiadomo czy ci, którzy przyjechali są zdrowi. Liczę na to, że i skoczkowie, i dziennikarze, robią sobie testy na własną rękę. Nasza kadra niedawno miała badania na przeciwciała. Wszystko wszystkim wyszło czysto, więc wygląda na to, że nikogo nie zarazimy.

Do ciągłego testowania już się przyzwyczailiście? Sprawdzano Was, gdy na przykład jechaliście na przedsezonowe zgrupowania do innych krajów?

- Poruszaliśmy się akurat po takich krajach, gdzie na wjeździe do nich testy nie były wymagane. Nie robiliśmy więc testów tak często, jak będziemy robić w sezonie. Ale był okres, gdy Niemcy wprowadzili taką zasadę dla Czechów, że każdy obywatel chcąc wjechać na teren Niemiec musiał pokazać negatywny wynik. I trener Michal Doleżal musiał robić test, a cała reszta naszej kadry nie.

Michal Doleżal pod wrażeniem Kamila Stocha. Nie wiem, czy był kiedyś lepiej przygotowany fizycznieMichal Doleżal pod wrażeniem Kamila Stocha. Nie wiem, czy był kiedyś lepiej przygotowany fizycznie"

Zostawmy już testy na covid i pomówmy o sportowych. Na ile jesteś spokojny po ostatnim teście kadry przed Pucharem Świata w Wiśle? Przypomnijmy, że 12 listopada w Zakopanem byłeś czwarty - za Klemensem Murańką, Kamilem Stochem i Tomaszem Pilchem.

- Ostatnie dni przed sezonem, tak samo jak cały okres przygotowawczy, przepracowałem dobrze i czuję się spokojny. Skacząc w Zakopanem, miałem jeszcze bardzo ciężkie nogi. Bo robiliśmy mocny trening. Jeszcze w piątek mieliśmy ostatnie takie zajęcia. Później był weekend na wyświeżenie i po nim były treningi rozruchowe, a nie mocne. Bo już nóg nie trzeba pompować. W Wiśle mamy już korzystać z tego, co wypracowaliśmy.

Wiadomo, czego można się spodziewać po Tobie czy Kamilu, a powiedz proszę, co mogą znaczyć dobre skoki choćby Klemensa. Teraz w Zakopanem był najlepszy, niedawno w Szczyrku zdobył brąz mistrzostw Polski, które wygrałeś, więc chciałoby się w nim widzieć chociaż kogoś takiego, kogo nam bardzo brakuje w drugim szeregu, czyli zawodnika na 200-300 punktów PŚ w sezonie.

- Uważam, że to jest jak najbardziej możliwe. Na treningach widziałem, że chłopaki się dźwigają w swoim poziomie. Praca naprawdę przynosiła efekty i jeżeli chodzi o całą naszą kadrę, to powinno być lepiej niż w poprzednich latach.

W zeszłym sezonie wygrałeś Turniej Czterech Skoczni, we wcześniejszym zdobyłeś mistrzostwo świata, więc powiedz, co chciałbyś osiągnąć teraz, żebyś zimę 2020/2021 uznał za jeszcze lepszą?

- Każde zwycięstwo bardzo cieszy, a moim zdaniem nie da się zaplanować, które zawody się wygra, a w których się będzie na trochę dalszym miejscu. Może są tacy trenerzy i tacy zawodnicy, którzy to potrafią zaplanować, ale dla mnie to abstrakcja. Wiem, że dyspozycja nie jest stała, ona cały czas delikatnie faluje. Tylko chodzi właśnie o to, żeby falowała delikatnie, a nie mocno. Moim zdaniem trzeba tak podchodzić do sprawy, żeby iść na skocznię, wiedząc co i jak chce się zrobić i żeby to po prostu właśnie tak zrobić. A wynik to wypadkowa też takich rzeczy, na które nie ma się wpływu, jak na przykład pogoda. Ale jeżeli ja swoją część wykonam dobrze, to generalnie prawie zawsze wynik będzie satysfakcjonujący.

Rozumiem, że nie da się albo bardzo trudno jest trafić z formą idealnie w wybrany dzień, ale pewnie wiesz, jak pracować, żeby mieć największą moc na przykład w grudniu, gdy będą mistrzostwa świata w lotach albo jednak w lutym, gdy będą mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym?

- Przygotowywać się trzeba tak, że mając rozpisane treningi trzeba się spodziewać, że trochę słabsze skoki będą wtedy, kiedy mocno się obciąża organizm. Wtedy technicznie może być wszystko super, ale jednak nogi będą zmęczone, mniej dynamiczne. Przed większymi imprezami można trochę trening odpuścić, zregenerować nogi i one powinny w odpowiednim momencie dobrze pracować. Ale nie da się odpuścić z mocnym treningiem przed każdym startem, bo w końcu wyszłoby, że w ogóle porządnie nie trenujemy. Trzeba znaleźć balans. I wydaje mi się, że nasza grupa potrafi to robić. Od kilku lat idziemy takim systemem, że przygotowujemy się do całego sezonu zimowego, że chcemy być w stanie skakać na wysokim poziomie od początku do końca, od listopada do marca. Na pewno w ostatnich sezonach błędy nam się przytrafiały. Ale drobne. Generalnie idzie dobrze, a teraz postaraliśmy się przygotować jeszcze lepiej, żeby jeszcze skuteczniej skakać od początku do końca sezonu.

Równe, dobre skakanie od pierwszego do ostatniego startu to najlepszy przepis na Kryształową Kulę. W ubiegłym sezonie po serii 10 podiów z rzędu byłeś w walce o wygranie Pucharu Świata, ale ostatecznie zająłeś czwarte miejsce. Pewnie teraz chciałbyś się poprawić i wygrać?

- Ja sobie tego życzę. I wierzę, że mnie na to stać. Ale to jest kawał ciężkiej pracy. I jeśli się chce być w marcu na szczycie, to teraz o marcu nie można myśleć. Teraz trzeba się ukierunkować na ciężką pracę. Trzeba robić swoje. Czyli trzeba dobrze trenować, startować tak, żeby był banan na gębie i żeby z tym uśmiechem wracać po kolejnych weekendach do domu.

Jan BłachowiczBłachowicz ostrzega mistrza UFC: To zły pomysł. Poznasz legendarną polską siłę

Zagrajmy w otwarte karty: zgodzisz się, że najlepszym, najbardziej utytułowanym polskim skoczkiem w historii jest Kamil Stoch, najważniejszym Adam Małysz, bo od niego zaczęły się wielkie sukcesy, a aktualnie najlepszy jesteś Ty? Trochę Cię prowokuję, ale poprzedni sezon PŚ skończyłeś przed Kamilem i pewnie znowu chciałbyś być górą w pojedynku z kumplem?

- To nie jest pojedynek, tak tego nie traktuję. Mamy rywalizację, ale jadąc na zawody rywalizuję ze wszystkimi. Jeden to kolega, a drugi nie, to nie ma większego znaczenia. Oczywiście są takie konkursy, w których z Kamilem walczymy o zwycięstwo i później po takiej fajnej walce lubimy się pośmiać. Żarty między kolegami są fajne, na pewno obaj się ucieszymy, jeśli znów będzie ich sporo. Ale ja nie nie przywiązuję specjalnie wagi do tego czy finalnie będę najlepszy w grupie, czy nie. Żeby było dobrze, to trzeba się skupiać tylko na tym, co trzeba zrobić. W skokach tak to naprawdę działa.