Była 97. minuta spotkania Legia Warszawa - Widzew Łódź. Wówczas zakotłowało się w polu karnym. Goście desperacko próbowali bronić dostępu do własnej siatki, ale w końcu skapitulowali. Piłkę do niej wpakował Rafał Adamski, stając się prawdziwym bohaterem stołecznej ekipy. Ta sytuacja mocno podłamała łodzian. - Kolejny raz to uczucie nam towarzyszy, że dostajemy w ostatniej minucie bramkę i przegrywamy mecz. To jest niemożliwe - mówił Mateusz Żyro. W o wiele lepszych nastrojach byli rzecz jasna warszawianie, a szczególnie strzelec decydującego gola.
- Najlepsze uczucie, jakie mogło być, to strzelić zwycięskiego gola w takim meczu, w ostatniej minucie. Nic lepszego nie mogło się wydarzyć - zaczął Adamski, cytowany przez legionisci.com, po czym przeanalizował trafienie. Jak udało mu się przełamać defensywę rywali? - To był nos napastnika w polu karnym. Fortunnie ustawiłem stopę i piłka wpadła do siatki - relacjonował.
- Nie była to najpiękniejsza bramka, ale o tym nikt nie będzie pamiętać. (...) Czy była to moja najważniejsza bramka w karierze? Nie wiem, być może. Nie potrafię sobie przypomnieć ważniejszego gola do tej pory - dodawał. Czy to zwycięstwo pomoże utrzymać się Legii w Ekstraklasie? Trudno powiedzieć, ale na pewno mocno zbliżyło ją do realizacji tego celu. Awansowała na 9. miejsce i ma cztery punkty przewagi nad strefą spadkową. Czy w związku z tym stołeczny zespół może podejść do nadchodzących spotkań nieco spokojniej?
- To zwycięstwo na pewno pomoże w naszej sytuacji. Nie myślimy o tym jednak. Na każdy następny mecz musimy wyjść skoncentrowani i dążyć do zwycięstwa. Czy presja po tym zwycięstwie będzie mniejsza? Jesteśmy Legią i ta presja jest zawsze. Powinna ona być na jak najwyższym poziomie, bo oczekuje się od nas o wiele więcej. Do tego będziemy dążyć - zapewniał Adamski, który był również na siebie zły, że nie wykorzystał innych okazji do strzelenia gola.
Zobacz też: Klub Ekstraklasy stał się wzorem. Ponad 50 lat czekania.
Jest środkowym napastnikiem, ale w trakcie niemal trzech miesięcy gry w Legii udało mu się zdobyć tylko trzy bramki. - Brałbym w ciemno 15 bramek w moich dotychczasowych 10 meczach w Legii, a nie 3. Sam stawiam sobie wyższe cele. Będę do nich dążył - deklarował. Do końca sezonu piłkarzom Marka Papszuna pozostały trzy mecze. Najpierw zmierzą się z Bruk-Betem Termaliką Nieciecza (10.05.), później z Lechią Gdańsk (15.05.), a na koniec z Motorem Lublin (23.05.). Wierzą jednak w to, że kwestię utrzymania rozstrzygną zdecydowanie wcześniej niż w ostatniej kolejce Ekstraklasy.