Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Piotr Obidziński w pierwszym wywiadzie po zwolnieniu z funkcji prezesa Wisły. "Byłem tutaj naprawdę szczęśliwy"

- Moja wspaniała i wyrozumiała partnerka sama mówi mi, że widziała, że byłem tu szczęśliwy. Bo byłem - niezaprzeczalnie, to fakt. Ale w pełni rozumiem tę zmianę - mówi Piotr Obidziński, który przestał pełnić obowiązki prezesa Wisły Kraków.

Bartłomiej Kubiak: Biurko już posprzątane?

Piotr Obidziński: Ale które biurko?

A to było więcej niż jedno?

- W sumie zawsze mam posprzątane - taki styl, ale i tak dużo czasu zawsze spędzałem z teamem w open space, gdzie teraz wciąż pracuję z resztą zespołu.

Od kogo dowiedziałeś się, że nie będziesz już dłużej prezesem Wisły?

- Zgodnie z kanonami sztuki, a więc od rady nadzorczej. Wiem, że teraz wiele osób pracuje zdalnie, ale tutaj wszystko odbyło się tak, jak należy. Było w klubie fizyczne spotkanie rady nadzorczej, na którym zostałem poinformowany, że nie będę już pełnił obowiązków prezesa Wisły.

Spodziewałeś się?

- W sumie ta zmiana jest całkiem naturalna, przewidywalna. I z tego, co wiem, bardzo głęboko przemyślana. Dawid Błaszczykowski, ale też Kuba Błaszczykowski to prawdziwi faceci, którzy zawsze biorą pełną odpowiedzialność za to, co robią. Także za Wisłę. Za jej sukcesy, ale i porażki. Dlatego było dla mnie dość logiczne, że w momencie, kiedy dojdzie do pełnego przejęcia klubu to przede wszystkim Dawid, bo Kuba przecież gra jeszcze w piłkę, będzie chciał mieć większy wpływ na bieżące zarządzanie. I za tę decyzję, bez szukania żadnych wymówek, należy mu się ogromny szacunek.

Wiadomo, że teraz Dawid wskakuje od razu na głęboką wodę, ale wierzę, że ze swoimi zdolnościami osobistymi i interpersonalnymi - tzw. miękkimi kompetencjami, które są u niego na bardzo wysokim poziomie - poradzi sobie z tym wszystkim. Ma także doświadczenie w branży eventowej, a tym właśnie jest klub piłkarski od strony biznesowej i pod taką filozofię budowałem w Wiśle wiele procesów. Zresztą uważam, że w dłuższym okresie Wiśle ktoś taki jest właśnie potrzebny i rozumiem, że Dawid będzie jej docelowym prezesem. Ja do tej pory, nie licząc swojej rodzinnej firmy hotelarskiej, nigdy nie występowałem w roli prezesa - zwykle w roli doradcy, konsultanta albo pełnomocnika. Wisła była dla mnie pierwszym tego typu projektem. Formalnie pełniłem obowiązki prezesa przez dziesięć miesięcy, ale realnie zarządzałem spółką od lutego zeszłego roku. Wiele przez ten czas udało się zrobić, ale ogólnie cały czas strategia klubu była taka, że budujemy dopiero model docelowy. I przejęcie Wisły przez trio ratowników oraz prezesura Dawida jest krokiem właśnie w tym kierunku.

Poza tym wystarczy spojrzeć na moje dotychczasowe dokonania zawodowe, by zobaczyć, że brałem się w życiu za projekty, które średnio trwały od trzech do sześciu miesięcy. Dobrze sprawdzałem się w warunkach bojowych, czasach sztormowych. Jako doradca i człowiek odpowiadający za procesy restrukturyzacyjne, kiedy trzeba było podejmować trudne, szybkie i przede wszystkim trafne decyzje. W sytuacjach, w których ludzie i partnerzy potrzebują czuć twarde przywództwo.

Wypisz wymaluj prezes klubu piłkarskiego.

- Dlatego właśnie ta branża tak mi się podoba. W zarządzaniu klubem piłkarskim jest wszystko, co lubię: biznes, sport, polityka, a do tego ryzyko i adrenalina.

Zobacz wideo Błaszczykowski pojedzie na Euro 2020?

Pojawiają się głosy, że wasze rozstanie nie należało do najprzyjemniejszych.

- Rozstaliśmy się z dużym szacunkiem, po dżentelmeńsku i uczciwie biznesowo. I, jak mówię, uważam, że z perspektywy spółki ta decyzja była racjonalna i optymalna. Ale oczywiście rozstania, jak to rozstania w emocjonalnych związkach, nigdy nie są przyjemne, a dla mnie to był i zdecydowanie nadal jest emocjonalny związek.

Twoja misja w Wiśle dobiegła końca?

- Jeszcze przez najbliższy miesiąc będę pomagał i pracował z Dawidem oraz całym zespołem, by przekazać spółkę. Później też nie wyłączę telefonu. Mam w Wiśle wielu ludzi, z którymi wzajemnie darzymy się sympatią i którzy znają mój numer. Zawsze mogą zadzwonić.

Czyli nie ma takich planów, byś pracował w Wiśle dłużej - na innym stanowisku?

- Nie ma, ale już mówiłem, że dla mnie to jest całkowicie zrozumiałe. Ja zawsze, jako profesjonalny konsultant, doradca i menedżer, służę radą. Także Dawidowi, który teraz jest prezesem i bierze wszystko na klatę. I jak mówiłem, duży szacunek za tę decyzję.

Nie będzie ci brakować piłki?

- Na pewno będzie, ale myślę, że po koronawirusie gospodarka już nie będzie taka sama i wiele firm będzie szukało pomocy, by jakoś się przemodelować i przetrwać, więc może będą jeszcze jakieś emocjonujące wyzwania i przygody w moim życiu.

Wisła przetrwa?

- Jest na dobrej drodze, bo światełko w tunelu już widać. Oczywiście, by się z niego wydostać, potrzeba jeszcze dużo pracy i energii, ale realny dług spółki, jak ja go nazywam, nie jest już przytłaczający, został zmniejszony o prawie połowę. Oprócz tego zmienionych zostało wiele procesów, poszerzona została trwale strona komercyjna, np. o osiem bezgotówkowo pozyskanych i wyremontowanych lóż. Są też pewne zaawansowane, bardzo korzystne tematy do domknięcia i, co jest w mojej opinii najistotniejsze, jest też nowa struktura organizacyjna i kultura pracy. Skupiająca w dużej mierze młodych, zdolnych i ambitnych ludzi. Oparta na filozofii delivery, a więc filozofii dostarczania projektów i zadań. Przede wszystkim dobrego produktu, co teraz wszyscy w Wiśle rozumieją i potrafią robić. Pracuje tu fantastyczny zespół, który ciągnie ten wózek w jedną stronę. I wierzę, że sobie poradzi. Ale wyzwanie jest duże, bo na wszystko negatywnie nałoży się teraz efekt koronawirusa.

Ile Wisła straci na dograniu końcówki sezonu przy pustych trybunach?

- Sumy idące w miliony złotych, ale dziś trudno oszacować ile konkretnie, bo do końca nie wiemy, jak to się dalej potoczy. Nie znamy niestety stanowiska nadawców, telewizji. Nie wiemy, co będzie prawnie po 30 czerwca, kiedy wygasają umowy 16 naszych piłkarzy. W jaki sposób i czy rozwiąże to Ekstraklasa oraz PZPN, ale też, co dziś zrobi UEFA, bo to problem, który dotyka nie tylko Wisłę, ale też wiele innych klubów w Europie. Na razie zupełnie nie ma tam na to pomysłu. Do tego dochodzą jeszcze sponsorzy. Na tę chwilę są wspaniali, bo deklarują chęć pozostania z Wisłą, ale wiadomo, że obecna sytuacja dotknie wszystkich, nie ominie żadnej gałęzi gospodarki. Będzie trzeba reagować na bieżąco. I wyzwanie na pewno jest ogromne, ale Dawid ma w Wiśle super zespół, który dobrze potrafi zarządzać kryzysem - dla tych ludzi to norma.

Do tej pory, gdy odchodził z Wisły prezes, towarzyszyła temu najczęściej ulga. Teraz sam czytam i widzę, że jest inaczej - kibice Wisły już za tobą tęsknią, wielu z nich uważa, że powinieneś zostać klubie.

- To miłe. Tym bardziej że właśnie na tym polegała moja misja, by zrobić coś dobrego i dla Wisły, i dla jej kibiców, i pokazać, że w piłce nożnej można coś zmienić poprzez ciężką pracę i pełne zaangażowanie.

Do Krakowa przyjechał człowiek z Warszawy, który zakochał się w Wiśle?

- Wisła to fenomenalny klub. Byłem na wielu stadionach w Polsce, ale z ręką na sercu mówię, że o taką atmosferę jak na Reymonta - bez względu na to, czy Wisła tam wygrywa, czy przegrywa - ciężko w większości wypadków. To są rzeczy, których nie kupisz. Najcenniejsze. Moja wspaniała i wyrozumiała partnerka sama mówi mi, że widziała, że byłem tu szczęśliwy. Bo byłem - niezaprzeczalnie, to fakt. Ale powtarzam jeszcze raz, że ta decyzja jest dla mnie w pełni zrozumiała i dobra dla klubu.

W jakim momencie zostawiasz klub, gdzie dziś właściwie jest Wisła?

- W zupełnie innym miejscu niż pięć kwartałów temu. To już jest inny klub organizacyjnie, biznesowo, ale też sportowo. I to jest zasługa bardzo wielu osób - w tym też ciężkiej pracy Dawida, o której nie było głośno, bo to na dodatek jest bardzo skromny facet.

Ale ja sam też wiele się nauczyłem. I o tej branży, która jest ciekawa i łączy wszystko, co kocham. I podszkoliłem się też menedżersko w pracy z ludźmi. Działanie choćby z Tomkiem Jażdżyńskim to była dla mnie duża przyjemność. I duża nauka, bo Tomek to jest ekstraklasa polskiego zarządzania. Ścisły top, z którego doświadczenia teraz na pewno będzie mógł korzystać Dawid.

Oprócz tego nie zapominajmy też o Bogusławie Leśnodorskim, który dał mi dużo pewności siebie w świecie piłki i też przecież był swego rodzaju katalizatorem, przyczynkiem akcji ratowniczej w Wiśle.

Twój największy sukces?

- Zmiana sposobu myślenia ludzi w klubie na wspomnianą filozofię "dostarczania". To, że wszyscy w Wiśle zrozumieli, o co mi chodzi. Na niedawnym spotkaniu "Wisła Biznes", na którym uruchamialiśmy nowy koncept funkcjonowania klubu biznesu, mogłem podczas przemówienia jednego z członków naszego teamu powiedzieć Tomkowi [Jażdzyńskiemu]: "wow, o to właśnie mi chodziło we wdrożeniu rozumienia naszej filozofii".

Ale żeby nie było: przychodząc do Wisły, zastałem już fajny zespół, który kocha ten klub, więc wystarczyła zmiana w sposobie myślenia, trochę ulepszeń w organizacji pracy oraz sporo świeżości i młodych twarzy, które rozumieją, że Wisła to wielki klub, duma Krakowa i całego regionu. Dzięki tej pracy, przywiązaniu, pasji, inni też zobaczyli, że pracują tu sensowni ludzie, a jeszcze wielu wpływowych i ciekawych można tutaj spotkać. I to cieszy najbardziej.

Co dalej, wracasz do Warszawy?

- W Warszawie mam synka, za którym bardzo tęsknię i który tylko czasami przyjeżdżał do mnie na mecze Wisły. Na pewno teraz będę chciał poświęcić mu dużo więcej czasu. Ale jest też Scamp - sportowy team żeglarski, w którym pływam, i który ogłosił właśnie, że zmienia łódkę na szybszą i większą. Aktualnie jesteśmy brązowymi medalistami mistrzostw Europy, ale chcemy powalczyć o coś więcej. Już teraz mamy świetnie wyszkoloną załogę, która cały czas się rozwija. Zarówno ci profesjonalni członkowie, którzy są na kontraktach, jak i ci półprofesjonalni, czyli np. ja i kilku moich kolegów, którzy łączą tę pasję z inną pracą zawodową. I to pewnie też częściowo mnie pochłonie.

Żeglarstwo to jest sport, który wbrew pozorom ma duże zasięgi medialne, szczególnie w środowiskach biznesowych. Temu projektowi wciąż jednak potrzeba jeszcze trochę wsparcia w zakresie menedżerskim. Sam trening żeglarski też wymaga dużo poświęcenia i zaangażowania. Dlatego teraz pewnie będę też spędzał trochę czasu na Pomorzu. No i czekał - jak to się mówi w slangu trenerów piłkarskich - aż zadzwoni telefon z biznesu.

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .