Ten uścisk po meczu mówi wszystko. Lukas Podolski dotrzymał słowa

Dawid Szymczak
To były lata wypełnione miłością, ale niespełnioną i nieodwzajemnioną. Aż do teraz. Górnik Zabrze w finale Pucharu Polski wreszcie dał swoim kibicom radość. Z Rakowem zagrał tak, że rosło serce - z odwagą, entuzjazmem i odpowiedzialnością. Wygrał 2:0. Kibic, który przełożył własny ślub, by być na tym meczu, musi być teraz w siódmym niebie.
Lukas Podolski
L / PAP

Narodowy nigdy nie jest piękniejszy niż w to majowe popołudnie, gdy gości finalistów Pucharu Polski. Przeżywanie tego finału zawsze rozpoczyna się długo przed pierwszym gwizdkiem, a godziny spędzone w okolicach stadionu, wspólne nakręcanie się i odliczanie do szesnastej, już są dla kibiców nagrodą. W powietrzu miesza się wtedy zapach grilla i nadziei, że nadchodzi coś wielkiego.

Zobacz wideo Żelazny mocno o trenerze Arsenalu: Arteta to trener z Instagrama

Trudno to zmierzyć i obiektywnie rozstrzygnąć, ale podekscytowanie i pragnienie widoczne u kibiców Górnika Zabrze wydawało się znacznie większe niż u fanów Rakowa Częstochowa. Wystarczyło spędzić kilkanaście minut wokół stadionu, by zgadnąć, który klub dłużej czeka na sukces. W pragnieniu Górnika było coś więcej.

Żeby przeżyć to wszystko osobiście, jeden z jego kibiców przełożył zaplanowany na 2 maja ślub. Zaczął przekonywać narzeczoną jeszcze na początku listopada, zaraz po wygranym meczu z Arką Gdynia, że w tym sezonie oczekiwanie na triumf wreszcie się skończy i przegapić tego po prostu nie może. To była 1/16 finału, Narodowy był jeszcze daleko, ale Górnik odrobił wtedy straty, w 88. minucie strzelił zwycięskiego gola i obudził nadzieję. W nim, w jego wyrozumiałej narzeczonej i tysiącach innych kibiców. 

- Pamiętam, że potem spotkałem trenera Michala Gasparika na stacji benzynowej i opowiedziałem mu o historii z przełożeniem ślubu. Później wspomniał o tym po półfinale z Zawiszą Bydgoszcz. Napisałem komentarz na profilu Górnika Zabrze i w taki oto sposób się tutaj znalazłem. Główny sponsor Pucharu Polski, czyli STS, zasponsorował mi bilety VIP i zaprosił na oficjalny trening na Narodowym - opowiadał TVP Sport. Dodał, że przyszła żona jest na tym meczu razem z nim.

Kibic Górnika Zabrze przełożył swój ślub. 2 maja musiał być na Narodowym

I takich kibiców, którzy coś poświęcili, by być w sobotę na Narodowym, było mnóstwo. 20- i 30-latkowie triumfy Górnika znali dotychczas tylko z opowieści dziadków i ojców. Powtarzali sobie, że jadą do Warszawy po własne wspomnienia. Po pierwsze w swoich życiach trofeum. Ale do stolicy przyjechał też Stanisław Oślizło. A nikt o Pucharze Polski i oczekiwaniu na triumf nie wie więcej od niego.

- Górnik zdobywał Puchar Polski sześciokrotnie i to ja jako kapitan sześciokrotnie go podnosiłem. To były najpiękniejsze chwile w moim życiu - powiedział we wzruszającym nagraniu dla klubowych mediów. - Tu chodzi o spełnienie zadania, o spełnienie swoich marzeń. Chodzi o dźwiganie oczekiwań tysięcy kibiców i swoich własnych. Chodzi o wielką satysfakcję. O pochłaniającą, wręcz nielogiczną momentami, miłość do tego klubu. W tym jednym momencie wszystko nabiera sensu. Nigdy nie zapomniałem tego uczucia, ale bardzo chciałbym przeżyć to jeszcze raz. Kiedy zdobywałem [ostatni – red.] puchar, miałem 35 lat. Dzisiaj mam już 88. I przez te wszystkie lata wierzyłem, że ten mój ukochany Górnik znów będzie wielki – cedził ze wzruszeniem.

Dawno ta wiara w obudowanie wielkiego Górnika nie była większa niż w tym roku. Trwa bowiem jego najlepszy sezon od lat – po dekadach zupełnie przeciętnych i rozczarowujących wreszcie awansował do finału Pucharu Polski, a w lidze zajmuje drugie miejsce i czyha na potknięcie Lecha Poznań, by sprawić niespodziankę. Ale wszystko, co osiągnie w Ekstraklasie będzie miłym dodatkiem. Tam nie dźwiga aż takiej odpowiedzialności, jak w Pucharze Polski, który od zeszłego lata był jego absolutnym priorytetem. To był też argument za zatrudnieniem Michala Gasparika w roli trenera – że "umie w puchary", bo na Słowacji trzykrotnie prowadził do triumfu Spartak Trnava, który czysto piłkarsko odstaje od Slovana Bratysława, ale Gasparik zaskakująco często znajdował sposoby, by jednak wygrywać. I miał w Górniku podzielić się wiedzą, jak to robić. Już latem zeszłego roku, podczas negocjacji z Łukaszem Milikiem, dyrektorem sportowym, ustalili, że Puchar Polski będzie ich priorytetem. Dostrzegli w nim najkrótszą drogę do triumfu. Dlatego od początku grali w nim najmocniejszym składem i nie lekceważyli żadnych meczów.

Drogę do finału mieli trudniejszą od Rakowa. Zaczęli w Warszawie meczem z rezerwami Legii. I już chwilę po jego zakończeniu obiecali sobie w szatni, że w Warszawie zaczęli i w Warszawie skończą. Później musieli wygrać na Pomorzu - najpierw przeprawić się przez mocną defensywę Arki Gdynia, a później zatrzymać atakującą Lechię Gdańsk. A w ćwierćfinale czekał ich egzamin i z atakowania, i z bronienia, bo pojechali do Poznania na spotkanie z rozpędzonym wtedy Lechem, gdy sami złapali wtedy zadyszkę. Przetrwali, mimo że od 75. minuty grali w osłabieniu po czerwonej kartce dla Maksyma Chłania. W półfinale pojechali do Bydgoszczy, gdzie czekał Zawisza i tłum jego kibiców tęskniących za wielkimi meczami. To był jeszcze inny test - z gry jako absolutny faworyt. Podołali wszystkich tym zadaniom.

Górnik Zabrze rozegrał ten mecz po swojemu. Był lepszy i wygrał

I tak zaprawiony w bojach Górnik przyjechał do Warszawy - w dobrej formie i pewny siebie. Natomiast Raków przywiózł znacznie więcej doświadczenia. W kadrze miał piłkarzy, którzy grali już w trzech finałach Pucharu Polski i dwa z nich wygrali. I widać było, że tam, gdzie trenerzy Rakowa mieli wybór między zawodnikiem doświadczonym a grającym w finale po raz pierwszy, tam stawiali na tego doświadczonego. Stąd obecność w wyjściowej jedenastce chociażby Iviego Lopeza.

I w pierwszym kwadransie kwestia doświadczenia była istotna - Raków zaczął ten mecz lepiej i spokojniej. Kontrolował grę, częściej utrzymywał się przy piłce i posyłał ją w pole karne rywali, ale nawet wtedy miał problem ze stworzeniem groźnych sytuacji. Później jednak, gdy piłkarze Górnika oswoili się już z Narodowym i zaczęli lepiej kontrolować emocje, na wierzch wyszedł entuzjazm, który prowadzi ich przez ostatnie tygodnie. Bardzo prostymi słowami o tym pragnieniu całego klubu, by wreszcie zdobyć trofeum, opowiedział dzień przed meczem Lukas Podolski, który już za trzy tygodnie powinien odkupić klub od miasta i zostać jego właścicielem. - Jesteśmy głodni, zostawimy serducho na boisku. Będziemy widzieć Górnika walczącego o wszystko, będziemy biegać aż się porzygamy - deklarował.

Koledzy najwyraźniej się z nim zgadzali, bo Górnik stopniowo zaczął przejmować inicjatywę. Grał odważniej niż Raków i w 32. minucie wyszedł na prowadzenie. Sposób zdobycia tego gola nie był dla nikogo zaskoczeniem. Gdy w ostatnich dniach rozmawialiśmy z pracownikami obu klubów, byli zgodni, że ten mecz będzie wyrównany i o zwycięstwie mogą przesądzić drobne szczegóły - stałe fragmenty gry lub indywidualne błędy. I gol dla Górnika padł właśnie z połączenia tych dwóch elementów - Erik Janża świetnie dośrodkował spod chorągiewki, a Roberto Massimo dobrze główkował, ale w międzyczasie zawodnicy Rakowa zgubili krycie i zostawili zbyt dużo miejsca przy bliższym słupku.

O ile w półfinale przeciwko GKS Katowice znakomicie reagowali na błędy i odrabiali stracone gole, ostatecznie remisując 4:4 i wygrywając w rzutach karnych, o tyle na Narodowym nie odpowiedzieli nawet na pierwszy cios. Ani do przerwy, ani po przerwie, mimo kolejnych ofensywnych zmian. Nie mieli energii ani pomysłu, by zaskoczyć dobrze zorganizowanych rywali. Przeciwnie - to Górnik wciąż był groźniejszy. I to on wykorzystał indywidualny błąd Tudora, który nieatakowany odbił piłkę prosto pod nogi nadbiegającego Maksyma Chłania. Ukrainiec przejął ją kilka metrów od pola karnego i ruszył w jego kierunku. Odważnie wbiegł między rywali i oddał płaski strzał. Oliwier Zych, który sekundę wcześniej pechowo się poślizgnął, nie dał rady go obronić. Narodowy, wypełniony głównie kibicami z Zabrza, niemal odleciał.

Ten uścisk mówi wszystko. Lukas Podolski dotrzymał słowa. Michal Gasparik też

Górnik tego popołudnia był w stanie przetrwać wszystko. Nieważne, jak zaciekle atakował Raków w samej końcówce. Nieważne, jak kotłowało się w polu karnym Marcela Łubika. Nieważne, ile stałych fragmentów mieli rywale. Nieważne, ilu napastników wprowadzili na boisko. Piłkarze Górnika zaciskali zęby i robili, co było konieczne – blokowali strzały, dopadali do bezpańskich piłek, przepychali się z rywalami. Nawet jak na koniec, już w doliczonym czasie gry Jonatan Braut Brunes brutalnie sfaulował Lukasa Podolskiego, stanęli za swoim kapitanem wszyscy razem. Gdy doszło do przepychanki, na koniec to Podolski musiał wszystkich uspokajać. Żadnej przemocy nie pochwalamy, ale ten obrazek był niezwykle symboliczny. On wiele o Górniku powiedział. Puchar Polski zdobyła drużyna zjednoczona.

Znaczący był też uścisk Gasparika i Podolskiego, gdy już spotkali się na murawie po zakończeniu meczu. Wpadli sobie w ramiona – mistrz świata z Sośnicy, który właśnie spełnił obietnicę złożoną Górnikowi, i absolutny specjalista od zdobywania krajowych pucharów, który był obietnicą samą w sobie.

Dopasowali się też do tego kibice Górnika, którzy już w ostatnich minutach meczu wywiesili transparenty z datami kolejnych triumfów w Pucharze Polski: 1965, 1968, 1969, 1970, 1971 i 1972. A gdy tylko Jarosław Przybył zakończył ten mecz, na samym środku, wielką czcionką, dopisali jeszcze jedną datę: 2026. Puchar wzniósł, siódmy raz w życiu, Stanisław Oślizło. Bo Górnik pisząc dalszą historię, pamięta o dotychczasowej. 

Dawid Szymczak
Więcej o: