Bruno Banani nabrał cały świat. "Perwersyjny pomysł" wypalił

Paweł Karpiarz
To była historia jak z bajki i tylko bajką się okazała. Spełniło się marzenie królewny z Tonga, pacyficzna wysepka zadebiutowała na zimowych igrzyskach olimpijskich. Sportowy świat usłyszał romantyczną opowieść o saneczkarzu, który przeszedł do historii. Ale żeby tego dokonać, sprzedał swoją tożsamość producentowi kosmetyków i bielizny.

Tonga. Malutkie królestwo oblane głębokimi wodami Oceanu Spokojnego. 100 tysięcy mieszkańców żyje tam w upale, średnia temperatura w tamtych rejonach to około 27 stopni. Nie jest to klimat, w którym marzy się o uprawianiu sportu na śniegu lub lodzie.

Ale nawet takie kraje mogą wystawić sportowców na zimowe igrzyska olimpijskie - występ bobsleistów z Jamajki w Calgary w 1988 roku był inspiracją do filmu "Reggae na lodzie", sportowcy z egzotycznych krajów, niepasujących do wyobrażeń o danym sporcie, często zyskują sympatię kibiców. Również media uwielbiają takie historie.

Ale co, jeśli jedna z takich historii okaże się zbyt dobra, żeby była prawdziwa?

Zobacz wideo Horngacher rozpętał prawdziwą wojnę tuż przed IO. "Perfidne zbliżenia"

Ta historia zaczyna się bajkowo, właśnie w Tonga. Był sobie syn właściciela farmy kokosów. Nieśmiały chłopak, student informatyki, który myślał o karierze rugbisty. W 2008 roku zgłosił się jednak na casting, żeby zostać pierwszym saneczkarzem w historii swojego kraju. Według opowieści córka tamtejszego króla wymarzyła sobie zobaczyć sportowca z Tonga na zimowych igrzyskach. Ów niedoszły rugbista casting wygrał i rozpoczął treningi w Niemczech. Był pod znakomitą opieką – wskazówki dawał mu między innymi Georg Hackl, który w latach 90. zdobył trzy złota olimpijskie.

- Kocham szybkość, dlatego kiedy w Tonga przedstawiono nowy sport, saneczkarstwo, pomyślałem: "Oho, to coś dla mnie". Na początku trochę się bałem, ale to było tak emocjonujące, że strach nie przeszkodził mi podjąć dalszych prób. W końcu to pokochałem i chyba się uzależniłem - mówił Tongijczyk w rozmowie z gazetą "Metro".

Był rok 2009. Bruno Banani szykował się do igrzysk w Vancouver, na których miał zrobić furorę.

Chwyt marketingowy rodem z kabaretu

Wydaje się wam, że kojarzycie jego imię i nazwisko? Jeżeli wpiszecie frazę "Bruno Banani" w wyszukiwarkę internetową, zobaczycie oferty kosmetyków oraz bielizny. Bo właśnie tak nazywa się niemiecka firma zajmująca się ich produkcją. Szybko okazało się, że firma Bruno Banani będzie sponsorować saneczkarza. Zbieg okoliczności wydawał się idealny - ojciec Bruna uprawiał przecież kokosy, które niemiecka firma często wykorzystywała do produkcji kosmetyków.

Media podchwyciły tę niesamowitą, bajkową wręcz historię. O Bruno Bananim zaczęło być coraz głośniej. Do tego stopnia, że dziennikarze zaczęli interesować się nim wnikliwiej i szczegółów jego sportowej drogi szukać głębiej. Bo według nich historia brzmiała zbyt dobrze, żeby była prawdziwa.

Zaczęło się ustalanie faktów. Tak, Tonga zorganizowała casting na saneczkarza. Tak, córka króla chciała, żeby jej rodak wystąpił na zimowych igrzyskach. Tak, student informatyki zgłosił się na ten casting. Wygrał go, a potem trenował w Niemczech pod czujnym okiem tamtejszych szkoleniowców. Tak, wsparła go marka Bruno Banani.

Tylko że on sam wcale się tak nie nazywał. Bruno Banani to w rzeczywistości Fuahea Semi.

Ustalanie życiorysu trochę trwało, Tongijczyk jako Bruno Banani uparcie walczył o igrzyska. Ostatecznie w Vancouver nie wystartował, nie wywalczył kwalifikacji - przewrócił się w ostatnim starcie. Rok później kanadyjski "Vancouver Sun" napisał o jego prawdziwym imieniu, ale tamten artykuł pozostał z jakichś powodów niezauważony. "Najwyraźniej zmienił nazwisko, chociaż temu zaprzecza. Podczas przypadkowego spotkania upierał się, że Bruno Banani widnieje w jego paszporcie i akcie urodzenia, których nie miał jednak przy sobie. Media w jego kraju opublikowały jednak jego zdjęcie jako Fuahea Semi, kiedy w grudniu 2008 roku został zwerbowany do saneczkarstwa" – pisali Kanadyjczycy.

W styczniu 2012 roku wyniki swojego małego śledztwa ujawnili dziennikarze "Der Spiegel". Co się okazało? Na wspomnianym castingu w Tonga obecna była agencja, której specjalnością był tak zwany "guerilla marketing", czyli marketing partyzancki, wykorzystujące niekonwencjonalne chwyty do promocji marek. Jej dyrektor generalny, Mathias Ihle, znał jednego z doradców tongijskiej księżniczki. I wymyślił bajkę.

Ale czar w końcu prysł. Banani nie nazywał się Banani, a jego ojciec nie hodował kokosów, tylko maniok. Cała akcja marketingowa, była jednak nieźle zaplanowana. Negocjacje z władzami Tonga trwały pół roku, po czym saneczkarz otrzymał nowy paszport i nawet akt urodzenia. Mathias Ihle ostatecznie przyznał się do wszystkiego. Wyjaśnił, że jego agencja nie miała wówczas prawie żadnych zleceń, a on chciał pokazać, że ma nietuzinkowe pomysły.

Po tym jak cała sprawa wyszła na jaw, Bruno Banani, który wciąż funkcjonował pod tym nazwiskiem, nie zrezygnował ze startów i za cel postawił sobie awans na igrzyska w Soczi. I ta sztuka mu się udała! Tylko że w mediach rozpoczęto dyskusje o tym, czy należy go dopuścić do startu. Akcję marketingową skrytykował ówczesny wiceprezydent MKOl Thomas Bach. Stwierdził, że jest ona "niesmaczna", a cały pomysł nazwał "perwersyjnym".

Ale MKOl stać było tylko na takie opinie. Za Bananim wstawili się koledzy z reprezentacji Niemiec. Nawet niektóre media przekonywały, że historia Bananiego nie kłóci się z olimpijskimi ideami. Banani zmienił bowiem imię i nazwisko całkowicie legalnie. Mógłby wystartować nawet jako Calvin Klein albo Giorgio Armani.

Historyczny start i koniec sławy. Ale pomysł wypalił, bo wszyscy byli zadowoleni

8 lutego 2014 w Soczi po raz pierwszy w historii reprezentant królestwa Tonga wystąpił na zimowych igrzyskach olimpijskich. Na trybunach siedziała tongijska delegacja, ale Banani furory oczywiście nie zrobił. Zajął 32. miejsce. Wszystkie złote medale w saneczkarstwie zdobyli wówczas jego nauczyciele, czyli Niemcy.

Gdy emocje opadły, pojawiło się pytanie "Co dalej?". Szybko się jednak okazało, że pięć minut Tongijczyka już minęło. Firma Bruno Banani nie była zainteresowana dalszym wspieraniem sportowca, bo osiągnęła już swój cel – było o niej głośno. Władze Tonga również były zadowolone – Banani rozsławił na cały świat to malutkie, wyspiarskie państewko. Rodacy byli dumni z Bananiego i nikomu zdawał się nie przeszkadzać fakt, że stał się "produktem".

Sam Banani również spełnił swoje marzenie i przeszedł do historii jako pierwszy Tongijczyk na zimowych igrzyskach olimpijskich. Po utracie sponsora nie przykładał się też tak bardzo do saneczkarstwa. Sportowe ambicje odeszły na dalszy plan. Banani korzystał po prostu z tego, że jest po prostu znany. W 2015 roku powstał o nim nawet film dokumentalny "Being Bruno Banani". Kilka lat później Tongijczyk próbował jeszcze zakwalifikować się na igrzyska w Pjongczangu, ale bezskutecznie.

Paweł Karpiarz
Więcej o: