Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Cichy bohater Legii Warszawa, który rośnie z każdym meczem. Pomogło odejście Niezgody

Gdyby pół roku temu odszedł z Legii, nikt by za nim nie płakał. Co innego teraz: Domagoj Antolić wyrasta na czołową postać w drużynie Aleksandara Vukovicia. - Obecny styl gry bardzo mi odpowiada - mówi chorwacki pomocnik, strzelec pierwszego gola w sobotnim meczu z Cracovią (2:1).

Najpierw Aleksandar Vuković wyściskał go na murawie, a później jeszcze w korytarzu poklepał po głowie, kiedy obaj wychodzili do dziennikarzy. Trener Legii, by porozmawiać z nimi na górze - w sali konferencyjnej, a Domagoj Antolić na dole - w strefie wywiadów. - Od początku mieliśmy większe posiadanie piłki, dominowaliśmy na boisku. Próbowaliśmy kreować sytuacje. Myślę, że w pierwszej połowie zagraliśmy najlepsze 45 minut w tym sezonie - komentował Antolić sobotnie zwycięstwo Legii nad Cracovią (2:1).

Zanim jednak zaczął mówić, swoje zrobił też na boisku. W 19. minucie to on zgubił w polu karnym Tomasa Vestenicky’ego i pokonał Michala Peskovicia. A potem zaczął się cieszyć. Z resztą zespołu, w bardzo niecodzienny sposób.

- Skąd taka cieszynka? To był taniec, który nagraliśmy wcześniej dla kibiców - tłumaczył dziennikarzom Antolić. Niektórzy te wygibasy mogli zobaczyć już wcześniej, bo kilka dni przed meczem na Facebooku grupy "Nieznani Sprawcy”, która na stadionie przy Łazienkowskiej odpowiada za atmosferę i oprawy, pojawiło się wideo właśnie z Antoliciem i Tomasem Pekhartem w rolach głównych. - Jestem szczęśliwy, że ostatnio zdobywam bramki [Antolić trafił też w meczu z ŁKS]. Jednak nie jest to moje główne zadanie. Dla mnie najważniejsze jest grać tak, aby drużyna miała ze mnie pożytek i robić to, czego wymaga ode mnie trener - dodawał po meczu z Cracovią.

Antolić rośnie w Legii z każdym meczem, ale nie zawsze tak było

Antolić w Legii jest od dwóch lat. Początki były dość łatwe, bo z Dinama Zagrzeb do Warszawy ściągał go Romeo Jozak. Chorwacki szkoleniowiec w pierwszych meczach stawiał na rodaka, ale ten szybko wykluczył się sam, bo w czwartym spotkaniu wyleciał z boiska już w 14. minucie. Antolić w meczu z Jagiellonią (0:2) - za brutalny faul na Przemysławie Frankowskim - wyleciał z boiska i dostał trzy mecze dyskwalifikacji. Potem wrócił do składu, zdobył z Legią dublet i znowu zaczęły się jego kłopoty. Po przyjściu Ricardo Sa Pinto znalazł się na marginesie, nie zawsze łapał się nawet na ławkę rezerwowych. Zaufał mu dopiero Vuković, ale też w pewnym momencie wydawało się, że Antolić to zaufanie stracił. Bo gdyby przed sezonem odszedł z Legii, nikt by za nim nie płakał. Zresztą na początku lata też nic nie wskazywało, że będzie aż tak ważną postacią, bo sezon w Legii zaczął jako rezerwowy.

Teraz Antolić jest podstawowym piłkarzem i jego rola cały czas rośnie. Wykonuje stałe fragmenty, po sprzedaży Jarosława Niezgody do USA strzela rzuty karne, a do tego rozgrywa piłkę, bierze na siebie ciężar gry. W sobotę wymienił najwięcej podań ze wszystkich legionistów (71), a piłkę stracił tylko raz. Dla porównania drugi w tym zestawieniu Mateusz Wieteska trzy razy. - Próbuję dać z siebie jak najwięcej. Staram się grać tak, by zespół miał z tego korzyść, bo to on jest najważniejszy. Ale nie będę ukrywał, że obecny sposób gry też mi bardzo odpowiada. Mamy jak najdłużej utrzymywać się przy piłce, wymieniać wiele podań, atakować. A ja lubię ryzykować, grać szybko, kombinacyjnie. To zupełnie inna filozofia niż za czasów poprzedniego trenera. Wtedy najważniejsza była agresja na murawie, walka i przebitki. Teraz to się zmieniło i nie będę ukrywał, że bardzo mi to odpowiada - mówi Antolić, który ostatnio rośnie z każdym meczem. Też pod względem ich liczby, bo z obecnego składu więcej spotkań od niego w Legii rozegrali tylko Artur Jędrzejczyk, Inaki Astiz i Igor Lewczuk. - Aż trudno w to uwierzyć - uśmiecha się.

Legia zrobiła duży krok w kierunku mistrzostwa. "Nie myślimy o tym"

W sobotę kluczem do zwycięstwa Legii był środek pola, a więc miejsce, gdzie porusza się Antolić. Najczęściej razem z Andre Martinsem, który przed tygodniem w meczu z Jagiellonią (4:0) był oszczędzany, by nie zobaczyć czwartej żółtej kartki (zobaczył ją za to w spotkaniu z Cracovią). Ale tym razem także z Walerianem Gwilią, który obok Antolicia był chyba najjaśniejszym punktem. To właśnie Gruzin strzelił Cracovii drugiego gola, choć mógł ich strzelić jeszcze więcej. - Czy to był mój najładniejszy gol w Legii? Chyba tak, ale jeszcze muszę zobaczyć powtórkę - śmiał się Gwilia, który po spotkaniu z Cracovią także wyszedł do dziennikarzy.

Legia po sobotnim zwycięstwie powiększyła przewagę nad Cracovią do sześciu punktów. - Na razie nie możemy jeszcze myśleć o tytule. Trzeba dalej robić swoje. Iść krok po kroku właśnie tym kierunku, czyli utrzymać przewagę, a może nawet ją powiększyć. Doskonale jednak wiemy, że to wcale nie będzie takie proste. Że ekstraklasa jest ligą, w której wszystko może się zdarzyć. Dlatego spokojnie. Najważniejsze jest, by nadal grać tak, jak z Cracovią. Dalej budować swoją pewność siebie, która dzisiaj też była kluczem do zwycięstwa - powiedział Antolić.

Dla Legii sobotnia wygrana była dziewiątym zwycięstwem z rzędu na własnym stadionie. - Cieszymy się, że tak dobrze idzie nam przy Łazienkowskiej. To nasza twierdza. Mamy świetną serię zwycięstw, a kibice mogą cieszyć się każdym spotkaniem. I o to chodzi. Dla nas to też duże zwycięstwo. Teraz jedziemy do Gdańska i to będzie inny mecz. Nie mamy zbyt wiele czasu, ale zrobimy wszystko, by się do niego solidnie przygotować - mówi Antolić przed meczem z Lechią, z którą Legia zagra w środę o 20.30.

Więcej o: