Dani Alves został skazany na 4,5 roku więzienia za napaść seksualną na kobietę w klubie nocnym. Dodatkowo nałożono na niego zakaz zbliżania się do poszkodowanej przez 9,5 roku, a także wypłacenie jej odszkodowania w wysokości 150 tys. euro. Wyrok jest nieprawomocny, w związku z czym Brazylijczyk złożył apelację. A od pewnego czasu cieszy się pewną swobodą.
Po wpłaceniu kaucji w wysokości miliona euro Alves wyszedł z aresztu. Ale że sam nie dysponował taką kwotą, to pojawiają się liczne spekulacje dotyczące tego, kto wyłożył tę ogromną sumę. Nowe informacje w tej sprawie przekazano w programie "Fiesta".
Według dziennikarki Marisy Blazquez kaucję za Alvesa wpłaciła nie osoba fizyczna, a firma. Chodzi o brazylijski magazyn, cieszący się międzynarodowym uznaniem za sprawą doniesień na temat ważnych osobistości.
Magazyn dokonał wpłaty pod warunkiem uzyskania pierwszego, ekskluzywnego materiału z udziałem Alvesa. Negocjowanie płatności polegało na zaakceptowaniu przez zawodnika propozycji udzielenia wywiadu w formie wideo, w którym głośna historia zostanie opowiedziana z jego perspektywy. Sam piłkarz poprosił o to, aby w nagraniu wzięła udział jego żona Joana Sanz. Negocjacje nie trwały długo, a pewne opóźnienie w potwierdzeniu płatności wynikało z kwestii proceduralnych zachodzących przy przelewach międzynarodowych.
Obecnie Alves korzysta z ograniczonej swobody i po wyjściu z aresztu spotyka się ze znajomymi oraz imprezuje. Przy tym musi pamiętać o regularnym stawianiu się w sądzie (raz na tydzień), co niedawno skończyło się dla niego niezbyt przyjemnie. "Gwałcisz i masz pieniądze, żeby za to zapłacić?" - wykrzykiwał do Brazylijczyka jeden z przechodniów. Były piłkarz m.in. FC Barcelony, Juventusu i PSG może czekać na prawomocny wyrok nawet 13 miesięcy.