Wyścig na Imoli był pierwszą rundą nowego sezonu długodystansowych mistrzostw świata (WEC). Choć przez cały weekend było kilka momentów, gdy Robert Kubica i jego zespołowi koledzy pokazali się z dobrej strony, wynik rywalizacji w niedzielę mógł rozczarować kibiców. Problemy z samochodem, a w efekcie długie chwili jazdy Polaka wręcz przykro się oglądało.
Załoga z numerem 83 do wyścigu startowała z ósmego pola startowego. Po treningach i kwalifikacjach wydawało się, że wyjściowa pozycja będzie znacznie wyższa, ale w Hyperpole to rywale okazali się lepsi. Dlatego po starcie przebijać się przez stawkę miał Phil Hanson - Brytyjczyk jako pierwszy usiadł z kierownicą żółtego Ferrari. Niestety, początek wyścigu nie poszedł do końca po jego myśli. Stracił jedną pozycję, a potem długo nie był w stanie utrzymywać takiego tempa, żeby odrobić straty czy awansować w klasyfikacji wyścigu. Udało mu się jednak zaoszczędzić nieco paliwa i dzięki temu później zjechać do alei serwisowej. Taki manewr przyniósł szóstą pozycję tuż przed wyjazdem samochodu bezpieczeństwa.
Ten pojawił się na Imoli ze względu na awarię załogi numer 87 - Lexusa w klasie LMGT3. Po dwóch godzinach jazdy nastąpiły zmiany kierowców i Hansona zastąpił Chińczyk Yifei Ye. Chwilę później z toru po zmianie opon wypadł Cadillac oznaczony nr. 93, a ilość żwiru, jaką naniósł na nawierzchnię, spowodowała drugą neutralizację. Wtedy procedurę żółtej flagi naruszyły samochody Ferrari (50) i Cadillaca (12), a sędziowie przyznali im kary przejazdu przez pit lane. Tym samym po wznowieniu rywalizacji załoga 83 zyskała dwie pozycje i awansowała na czwarte miejsce. Wydawało się, że to może być kluczowy moment dla ewentualnej walki o podium. Radość nie trwała jednak długo. Ye niedługo później popełnił prosty błąd przy hamowaniu, przejechał przez żwir i stracił dwie pozycje na rzecz Toyoty z numerem 7 i BMW z numerem 15. "83" znów była szósta.
Po serii postojów na 2,5 godziny przed końcem wyścigu zespół Kubicy awansował na czwarte miejsce - jego pit stop był minimalnie krótszy niż innych, a zatrzymywały się wówczas niemal wszystkie hypercary. Sytuacja na dłuższą chwilę się uspokoiła, ale dziesięć minut przed upływem czterech godzin od startu rywalizacji nad torem Imola pojawiły się pierwsze deszczowe chmury. Wszyscy czekali, aż zacznie padać, ale nie stało się tak przed serią pit stopów i kolejnych zmian kierowców. Na godzinę i 45 minut do mety w samochodzie numer 83 wreszcie usiadł Robert Kubica. I zapowiadało się, że będzie musiał pokazać swoje umiejętności jazdy na mokrej nawierzchni.
Po pit stopach "83" znalazła się na piątym miejscu. Przed Kubicą jechały dwie załogi Toyoty - 7 i 8, fabryczne Ferrari 51 i BMW 15. Do podium Polak tracił wówczas ponad 18 sekund. Na półtorej godziny przed końcem wyścigu kibice na trybunach włoskiego obiektu wyciągnęli płaszcze i parasolki. Niestety, na start jazdy po mokrej nawierzchni Kubicę wyprzedziło Alpine z numerem 35, prowadzone przez Charlesa Milesiego, a chwilę potem Rene Rast z BMW oznaczonego "20". Zaczęło się zatem koszmarnie, ale zmienne warunki - raz zapowiadało się na spory deszcz, raz na suchy tor do końca jazdy - i fakt, że pozostało jeszcze sporo czasu, dawały nadzieję, że to nie koniec walki o dobry wynik.
Tempo Kubicy było jednak bardzo słabe - to pewnie wina złych ustawień wobec zmiennych warunków i stanu ogumienia, które, gdy wsiadł do auta, były już bardzo zużyte. Na blisko godzinę pozostałej jazdy załogę numer 83 wyprzedziło też drugie fabryczne Ferrari - 50. Polak zjechał do boksu na dotankowanie i zmianę opon, na których załoga przejechała ponad 100 okrążeń, po czym wrócił na 12. pozycję. Po zjazdach do alei serwisowej pozostałych samochodów był dziesiąty. Jazda Kubicy nie wyglądała, jakby samochód prowadził się w pełni swobodnie i dobrze. Nie dostaliśmy żadnych potwierdzeń w sprawie jego problemów, ale wygląda na to, że nie uniknął kłopotów ze stanem auta.
Taka jazda i wynik Kubicy oraz całej załogi z numerem 83 były wręcz dramatyczne. Na ostatnie pół godziny jego tempo nieco się polepszyło, a na tor spadło trochę kropli deszczu, ale sytuacji Polaka to już nie zmieniło. Gonił jeszcze załogę numer 007 Astona Martina, ale zabrakło mu 0,4 sekundy. Minął metę na dziesiątym miejscu, zdublowany przez zwycięzców.
Rywalizację w kategorii hypercarów wygrała Toyota z numerem 8, prowadzona przez Sebastiana Buemiego, Brendona Hartleya i Ryo Hirakawę. Po nieudanym pościgu do mety 13,3 sekundy za nimi znalazła się załoga numer 51 Ferrari (James Calado, Antonio Giovinazzi, Alessandro Pier Guidi), a podium uzupełniła druga Toyota, z "8" (Mike Conway, Kamui Kobayashi, Nyck de Vries), ze stratą 27,8 sekundy. W kategorii LMGT3 triumfowało BMW Teamu WRT z "69" - Dan Harper, Anthony McIntosh, Parker Thompson.
Wynik Kubicy i AF Corse Ferrari to rozczarowanie, bo po nieudanym Hyperpole wydawało się, że żółte Ferrari odegra się na rywalach i powalczy o coś więcej - może obecność na podium. Tymczasem po dwóch niezłych stintach bez błysku, gdy za kierownicą auta usiadł Roberta Kubica, nic nie poszło po myśli jego zespołu. Problemy z samochodem, brak tempa i w efekcie mamy kiepski rezultat.
On nie powinien jednak zupełnie zdeterminować tego, jak będziemy patrzeć na najbliższą przyszłość Polaka. W końcu przed nami już tylko wyścig w Belgii, na torze Spa (9 maja), a potem 24-godzinna walka w Le Mans, gdzie rok temu załoga z "83" świętowała zwycięstwo, swój ogromny sukces. Na Imoli dostaliśmy kilka znaków, że teraz też może liczyć się w grze, być w walce z najlepszymi. Różnice pomiędzy poszczególnymi zespołami są niewielkie i liczyć będzie się każdy błąd i możliwość stworzenia przewagi. To dlatego z takimi problemami we Włoszech Kubica i jego koledzy nie mogli liczyć na finisz w dobrym stylu. Trzeba mieć nadzieję, że już w Belgii będzie zupełnie inaczej. Takiego potwierdzenia przed połową czerwca bardzo potrzebujemy.