Robert Karaś pod koniec lutego tego roku wziął udział w pięciokrotnym Ironmanie, który odbył się w Cletmont na Florydzie. Zawodnik spisał się w nim świetnie i podbił rekord świata, który należał do Adriana Kostery. Polak miał czas 60 godzin, 21 minut i 24 sekund. Zawodnicy mieli do przepłynięcia 19 km, 900 km musieli przejechać na rowerze, a ostatnie 211 km przebiec.
Po zawodach Karaś przeszedł badania antydopingowe, podczas których w jego organizmie po raz drugi wykryto zabronione substancje - drostanolon i klomifen.
Po kolejnej wpadce dopingowej na Roberta Karasia wylało się morze krytyki. "I co z tego, że złapany dwa razy na dopingu? Za chwilę zapewne walka w Fame MMA, znów promowanie w mediach, podcasty u celebrytów i udawanie sportowca. Piękny wzór do naśladowania dla młodzieży" - stwierdziła tenisistka Urszula Radwańska.
Teraz Karasia skrytykował w kpiący sposób Maciej Najman, który słynie z tego, że często udziela się w mediach społecznościowych.
Muszę Wam powiedzieć, że Karaś się bardzo ładnie zachował po tej całej sytuacji, no bo jednak wszystkim podziękował za doping - to najważniejsze. To nadczłowiek, nadczłowiek, 10 razy zrobił ironmana, a doping utrzymuje się u niego dziesięć razy dłużej niż u wszystkich innych. To jest po prostu nadczłowiek. Pozdrawiam - powiedział Najman na nagraniu na Twitterze.
"Otrzymałem informacje z USADA, że w moim organizmie nadal znajdują się pozostałości substancji, które wykryto u mnie po zawodach w Brazylii. Nie miałem możliwości przeprowadzenia badań antydopingowych przed ostatnim startem w USA. To niedozwolone. Niestety nadal mam w sobie pozostałości po tych substancjach" - tłumaczył się Robert Karaś na Instagramie. Niemal nikt nie daje jednak wiary jego słowom. Wyliczono nawet, że musiałby przyjąć dawkę niedozwolonej substancji większą, niż wynosi masa Wszechświata.
Po raz pierwszy o dopingowiczu Karasiu kibice usłyszeli w lipcu ubiegłego roku, gdy wpadł on na stosowaniu środków dopingujących na zawodach w Brazylii.