Choć Tyson Fury ma w rekordzie 34 zwycięstwa, to zasadniczo można by mu żartobliwie dopisać jeszcze kilka. Chodzi o triumfy nad emeryturą, bo przejście na nią ogłaszał już nieraz, a efekt zawsze jest taki sam. Przy czym tym razem można było być zaskoczonym. Wszak "Gypsy King" nie wrócił wcale na walkę z Ołeksandrem Usykiem, o której się mówiło, czy choćby Deontayem Wilderem lub Anthonym Joshuą. On wybrał Arslanbeka Makhmudova.
Oczywiście Rosjanina nie należało przesadnie deprecjonować. Swego rekordu 21-2 nie nabił na samych przypadkowych zbójach, których ktoś znalazł gdzieś w jakimś barze. Na rozkładzie ma pewne całkiem solidne nazwiska, w tym m.in. Mariusza Wacha. "Wiking" w 2022 roku jeszcze był testem (w przeciwieństwie do tego, co widzimy dziś), a Machmudow zadał mu pierwszą w karierze porażkę przed czasem. Niemniej żadne jego osiągnięcie nie mogło się równać z tym, co na koncie ma Fury. Potężnie zbił go np. Agit Kabayel, wymieniany obecnie w gronie pretendentów dla Usyka (Rosjanin witał się z deskami trzy razy). Na papierze wyglądało to więc na walkę, którą Fury miał efektownie wygrać, a potem rzucić znów wyzwanie komuś wielkiemu.
Makhmudov na początku miał jedną taktykę. Ruszać ostro do przodu, zadać kilka ciosów i wpaść w klincz. Ponawiał to przez większość pierwszej fazy tego pojedynku, choć swoje też przyjął, bo w tych szarżach średnio się zasłaniał. Poza tym Fury wyprowadzał znacznie więcej szybkich, prostych ciosów. W wielu przypadkach celnych. Ciosy Rosjanina były o wiele bardziej obszerne. Wraz z upływem czasu stawało się jasne, że Makhmudov nie ma raczej tutaj umiejętności, by wypunktować "Gypsy Kinga". Jego zadaniem było upolowanie go jakimś potężnym ciosem.
W 4. rundzie Fury zabawił się w torreadora i po prostu zrobił unik przed nacierającym rywalem, karząc go przy okazji dwoma potężnymi ciosami. Już wtedy jego przewaga trafionych ciosów mocno się zarysowywała (44:26), a z czasem tylko powiększała. Problemem Rosjanina była jednowymiarowość. Chciał urwać Fury'emu głowę niemal każdym ciosem. Brakowało ciosów na tułów w klinczu (których Brytyjczyk wyprowadzał sporo), a w wyprowadzonych jabach, najszybszych, najprostszych ciosach, w połowie walki było 105:46 dla Fury'ego.
Kolejne rundy mijały, a nic się nie zmieniało. Trzeba było oddać Rosjaninowi, że nie dawał się złamać. Przyjmował sporo i na ciało, i na głowę, ale ani razu nawet nie był blisko wylądowania na deskach. Nawet przy seriach ciosów ze strony Fury'ego. Brytyjczyk w końcowych rundach zasadniczo robił, co chciał. Wyglądał na podobnie świeżego, co na początku walki. Co w połączeniu ze zmęczonym Makhmudovem dawało mnóstwo ciosów lądujących na głowie Rosjanina. Bolesna lekcja boksu od byłego mistrza świata.
Sporty walki różne werdykty widziały, ale tutaj nikt nie miał wątpliwości, że jeśli sędziowie oglądali tę samą walkę, co wszyscy, Fury zostanie zdecydowanym zwycięzcą. Tak też się stało. 120:108, 120:108, 119:109 - karty punktowe powiedziały wszystko. "Gypsy King" wrócił w bardzo dobrym stylu! Po walce Fury wziął do ręki mikrofon i rzucił wyzwanie człowiekowi obecnemu przy ringu. Tym kimś był Anthony Joshua. "AJ" odpowiedział mu, żeby przyszedł potem do niego i przedstawił swoje warunki. - Ja tu jestem szefem - stwierdził Joshua. Z czym oczywiście Fury się nie zgodził. Czy zobaczymy "walkę o Wielką Brytanię"? Przekonamy się.