F1. Mała wojna w Silverstone

Od czwartku w padoku toru Silverstone panuje bardzo nerwowa atmosfera. Podczas konferencji prasowej doszło nawet do spięcia pomiędzy szefami McLarena i Red Bulla. Ziarnem niezgody są bardzo niezręcznie działania FIA w sprawie zakazu ?pompowania? dyfuzorów. Zespoły kłócą się o kwestie techniczne, bo w zależności od interpretacji przepisów, mogą zyskać lub stracić wiele czasu.

Dyskutuj z ludźmi, nie z nickami. Nie bądź anonimowy na Facebook.com/Sportpl ?

- Sądzę, że ta sytuacja jest wyjątkowo nużąca dla fanów, którzy nie mogą zrozumieć choćby w jednym procencie, o co chodzi. Nawet dla nas, kierowców, jest to czasami trudne - mówił podczas konferencji prasowej zdobywca pole position. - W ten weekend przepisy zmieniały się praktycznie co każdą sesję - dodawał Mark Webber. Faktycznie powstało ogromne zamieszanie, a zespoły od początku weekendu dyskutują pomiędzy sobą, walczą i negocjują z FIA interpretację nowych przepisów, podczas spotkań i narad w trybie nadzwyczajnym.

Chodzi o tak zwane "dmuchane" dyfuzory. W większości bolidów spaliny wypuszczane są z silnika w taki sposób, że zasilają dyfuzor - czyli urządzenie aerodynamiczne zamocowane do podłogi bolidu, które wywołuje podciśnienie, przysysając pędzące auto do ziemi. Gazy wylatujące z silnika zwiększają prędkość powietrza w dyfuzorze, a wraz z nią rośnie docisk aerodynamiczny. FIA, na wniosek kilku słabszych ekip, postanowiła ograniczyć pole manewru przy "dmuchaniu" dyfuzorów.

Federacji nie spodobał się fakt, że silnik dmucha gaz do dyfuzorów nie tylko, kiedy kierowcy przyspieszają, lecz także w trakcie hamowania. Gdy zawodnik zdejmuje nogę z gazu oprogramowanie motoru sprawia, że z wydechu wciąż wylatuje albo powietrze (tzw. "zimne dmuchanie", stosowane przez Renault) , albo spaliny (tzw. "gorące dmuchanie", które stosuje Mercedes), pompowane przez silnik do dyfuzora. Dzięki temu samochody lepiej trzymają się nawierzchni nie tylko na wyjściu, lecz także podczas hamowania i wejścia w łuki.

Tor Silverstone - perełka w kalendarzu F1

FIA postanowiła ukrócić ten proceder, ograniczając tolerowane otwarcie przepustnicy do ledwie 10 procent (potem do 20, następnie do 50, a w końcu znów do 10) za każdym razem, gdy kierowca zdejmie nogę z gazu. Zmiana regulaminu oznaczała straty docisku, a ponadto utrudniła jazdę kierowcom, zmniejszając stabilność samochodów. Zespoły zaczęły szukać sposobów, aby przekonać FIA do ustępstw - oczywiście tylko na swoją korzyść.

Najpierw udało się to McLarenowi (Mercedes), a później także Red Bullowi (Renault). Obie strony tłumaczyły, że jeśli FIA im nie ustąpi, pojawią się problemy z awariami układów napędowych. Problem w tym, że Mercedes i Renault stosują różne techniki dmuchania dyfuzorów, więc potrzebowały od FIA ustępstw w innych obszarach oprogramowania silnika. Potem zaczęły się kłócić między sobą o nadane przywileje.

FIA co chwilę zmieniała interpretację przepisów, co cieszyło jednych, a złościło innych. Federacja nie jest w stanie pogodzić skłóconych stron i znaleźć złotego środka, który zadowoli wszystkich. Po licznych kłótniach FIA postanowiła, że całkowicie wycofa przepisy, które miały na celu zakaz pompowania dyfuzorów w trakcie hamowania, ale dopiero po tym weekendzie i pod warunkiem, że zgodzą się na to wszystkie ekipy. Istnieje więc duże prawdopodobieństwo, że konflikt będzie się ciągnął do końca sezonu, bo rozpoczął się od protestów małych ekip, które nie miały pieniędzy i wystarczającej wiedzy, aby samemu opracować równie dobre systemy. Tymczasowy werdykt, który ma obowiązywać do końca tego weekendu, działa na niekorzyść Red Bulla.

FIA ma twardy orzech do zgryzienia. Zmieniając interpretację regulaminu w trakcie sezonu federacja otworzyła puszkę Pandory. Najgorsze jest jednak to, że w trakcie jednego weekendu interpretacja przepisów zmieniała się niemal z godziny na godzinę. Po całym tym zamieszaniu i konfliktach FIA oraz zespoły wrócą do punktu wyjścia.

Więcej o: