Władimir Semirunnij po raz kolejny zdobył serca polskich kibiców. Pochodzący z Rosji panczenista zimą wywalczył dla nas srebrny medal igrzysk olimpijskich w Mediolanie. Teraz postanowił oddać go na szczytny cel. W środku nocy z soboty na niedzielę pojawił się na charytatywnej transmisji na żywo u Patryka "Łatwoganga" Garkowskiego, który zbiera pieniądze dla fundacji "Cancer Fighters". Łyżwiarz postanowił wesprzeć akcję i przekazał swój medal na licytację.
Pieniądze z aukcji oraz całej zbiórki pomogą osobom zmagającym się z chorobą nowotworową. Dlatego też wicemistrz olimpijski postanowił dołożyć swoją cegiełkę. - Naprawdę jak to zobaczyłem, to... Po prostu uznałem, że to najlepszy moment, żeby pomóc. Igrzyska były ponad dwa miesiące temu i myślę, że teraz ten medal dzięki takiej akcji przyłoży się do wielkiej rzeczy - tłumaczył swoją decyzję w rozmowie z Interią.
"Łatwogang" zebrał już ponad 250 mln złotych, co jest absolutnym rekordem polskiego Internetu. Semirunnija do udziału w akcji namówiła jego dziewczyna, Klaudia. - Ostatni tydzień miałem bardzo aktywny, nie miałem za wiele wolnego czasu, ale Klaudia mi podpowiedziała, że trwa taka akcja i może chciałbym dać coś od siebie, na przykład koszulkę. Powiedziałem, że pomyślę, jak to najlepiej zrobić - zdradził.
Zobacz też: Tak FIFA oszukała Amerykanów. Zaraz będą bić na alarm
Gest sportowca zdążyli już docenić kibice. - Super było dołączyć do tak dobrego dzieła. Powiem szczerze, że do mnie napisało wiadomości więcej ludzi niż po igrzyskach. Naprawdę! Bardzo dużo ludzi zwróciło się do mnie. Nie wiedziałem, że taki będzie oddźwięk, a ja po prostu chciałem pomóc, dając coś od siebie - wyjawił Semirunnij.
Mimo że przez udział w akcji rozstanie się teraz z cenną pamiątką z igrzysk (o ile zwycięzca aukcji mu jej nie zwróci), to nie żałuje swojej decyzji. - Jeśli ten medal do mnie nie wróci, nie będę zły czy niepocieszony. On poszedł na bardzo dobrą akcję i świetną pomoc, więc nie ma mowy, bym to jeszcze analizował czy żałował - dodał na koniec.