Atletico i Arsenal niech plują sobie w brodę. Naprawdę nie trzeba było wiele

Atletico Madryt i Arsenal miały coś do udowodnienia, ale miały też trudne zadanie, by nie zaniknąć w blasku wielkiego spektaklu, jaki rozegrano 24 godziny wcześniej. W półfinale Ligi Mistrzów w Paryżu PSG wygrało z Bayernem Monachium 5:4, natomiast w Madrycie padły tylko dwie bramki. I to z karnych. Skończyło się wynikiem 1:1, bo nikt nie chciał przesadnie ryzykować.
SOCCER-CHAMPIONS-ATM-ARS/
Fot. REUTERS/Violeta Santos Moura

Starcie Atletico z Arsenalem było potyczką dwóch drużyn, które mają wiele do udowodnienia. Madrytczycy podczas trwającej od prawie 15 lat kadencji Diego Simeone wygrali już prawie wszystko, co było do wygrania, jednak ich korona wciąż czeka na główną perłę - Ligę Mistrzów. Dwukrotnie byli dosłownie o krok, jednak zarówno w 2014, jak i w 2016 roku ich marzenia niszczył Real Madryt. Tym razem pierwszy raz od dziewięciu lat weszli do półfinału, dostając ponownie okazję do tego, by dopisać jedyny brakujący rozdział swej historii. 

Zobacz wideo Gamrot: Tęsknię za tym, by nie być rozpoznawalnym

Niespełnieni zagrali w cieniu parysko-monachijskiego blasku 

Po drugiej stronie stanął Arsenal, który z kolei nigdy nie wygrał żadnego znaczącego europejskiego pucharu, bo Puchar Zdobywców Pucharów, zdobyty przez "Kanonierów" w 1994 roku to jednak nie ten poziom prestiżu. W dodatku Londyńczycy pojechali do Madrytu krótko po utracie miana lidera Premier League na rzecz Manchesteru City. Stali się znów obiektem żartów i drwin, ponieważ zajrzało im w oczy widmo kolejnego sezonu bez trofeum, mimo że w pewnym momencie wydawało się, iż tytuł mistrzowski jest dla nich niemal już niemożliwy do wypuszczenia. 

Poza tym, pomijając już historie indywidualne, ten dwumecz po prostu elektryzował znacznie mniej niż starcie PSG z Bayernem Monachium. Co więcej, 24 godziny przed meczem w Madrycie, Paryżanie i Monachijczycy rozegrali spektakularny mecz, który na zawsze zapisał się w historii całej Ligi Mistrzów. Dali nam święto ofensywnej piłki, okraszone dziewięcioma golami. To właśnie ich rywalizację nazywano przedwczesnym finałem i po niej oczekiwano rzeczy wielkich oraz efektownych. Mecz Atletico - Arsenal miał być tym mniej ciekawym, a bardziej taktycznym. Przystawką, którą w tym tygodniu terminarz zaserwował nam dopiero po daniu głównym. 

Arsenal już raz zniszczył Atletico. Jednak tu nikt nie miał ochoty nikogo rozbijać

W fazie ligowej trwającej edycji Champions League Arsenal pokonał u siebie Atletico aż 4:0. To byli jednak "Kanonierzy" w zupełnie innej formie. Tacy, którzy oddali na bramkę rywali 19 strzałów, w tym osiem celnych i mieli tzw. expected goals na poziomie 2,20. Teraz przystępowali do półfinału LM jako zespół, który w ostatnich dziesięciu meczach tylko dwa razy strzelał więcej niż jednego gola. Było to zresztą widać od początku meczu, bo Arsenal przerosło oddanie celnego uderzenia przez pierwsze pół godziny. 

Zresztą cała pierwsza połowa przez dłuższy czas wyglądała tak, jak można się było spodziewać. Oba zespoły z nisko ustawioną defensywą, grające na bardzo ograniczonym ryzyku. Gdyby nie Noni Madueke i jego dryblingi, o Arsenalu nie dałoby się powiedzieć nic ciekawego. Była jeszcze indywidualna akcja Viktora Gyokeresa, ale wysiłek człowieka, który zamknął Polsce drogę na mundial, zmarnował Martin Odegaard, zaliczając za dużo kontaktów z piłką w polu karnym. Altetico zaś miało Juliana Alvareza, który w 14. minucie świetnie obrócił się z piłką na granicy pola karnego i poważnie przetestował Davida Rayę. 

Sztuka czekania na błąd (i doczekania się)

Alvarez zasłużył na brawa za celny strzał, ale długo zanosiło się na to, iż będzie to jedyna celna próba w całej pierwszej połowie - i to licząc obie drużyny. Symboliczna była sytuacja z 39. minuty, gdy Arsenal wyszedł spod pressingu Atletico, dzięki czemu miał wiele przestrzeni, by ruszyć z kontrą, ale zamiast tego wyhamował zanim akcja na dobre się rozkręciła. W tych okolicznościach mogła się wydarzyć jedna z dwóch rzeczy: 0:0 do przerwy lub czyjś błąd i gol znikąd. 

Stało się to drugie. David Hancko dał się wyprzedzić w polu karnym Gyokeresowi, a gdy próbował interweniować, faulował Szweda. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to dość miękki faul, ale VAR nawet tego za długo nie sprawdzał. Gyokeres sam wykorzystał jedenastkę mocnym strzałem i od 44. minuty Arsenal prowadził 1:0. Czy zasłużenie? Można mieć pewne wątpliwości, choć z drugiej strony nikt w pierwszej połowie za wiele nie zrobił, by tego gola strzelić. 

Ręce przy sobie! Wszak licho nie ma w zwyczaju spać

W ostatnim meczu ligowym Atletico też przegrywało 0:1 do przerwy, ale po niej do 54. minuty wbiło dwa gole Athletic Bilbao (ostatecznie wygrało 3:2). Tym razem nieco później, bo w 56. minucie gospodarze otrzymali rzut karny. Ben White z jednej strony zachował się głupio, bo zostawił lewą rękę dziwnie wyciągniętą, a z drugiej miał dużego pecha, gdyż piłka trafiła go w nią po tym, jak odbiła się od nogi, a w dodatku nie leciała nawet w światło bramki. W świecie niezrozumiałych interpretacji sędziowskich dotyczących ręki, znalazłby się pewnie arbiter, który by tego nie gwizdnął, ale Danny Makkelie po analizie VAR akurat to zrobił. Alvarez huknął tak mocno, że Raya nawet się nie ruszył. 

Arsenal po tym golu wyglądał trochę, jak jego bramkarz przy karnym. Goście stanęli w miejscu, a Atletico się rozkręcało. Na skrzydle szalał Lookman, Griezmann sprawdził wytrzymałość poprzeczki. Mikel Arteta szalał z kolei przy linii, żywiołowo reagując na praktycznie wszystko. Jego zawodnicy nie podzielali jednak tego entuzjazmu. Wyglądali w drugiej połowie, jakby chcieli już wyłącznie przetrwać. Gol? Co najwyżej znów po jakimś prezencie od Atletico. I prawie go dostali. 

Arsenal był o krok od kolejnego prezentu

Niewiele brakowało, a Hancko trzeba byłoby obwołać słowacką odpowiedzią na Św. Mikołaja, bo Arsenal mógł mieć drugą jedenastkę po jego faulu. Pierwotnie to nawet miał, bo w pierwsze tempo Danny Makkelie uznał, że Słowak "ostemplował" w 78. minucie Eberechiego Eze. Gdy jednak obejrzał to sobie jeszcze raz na monitorze VAR, uznał ostatecznie, iż kontakt był, lecz zbyt lekki, by podyktować tu jedenastkę i odwołał karnego. 

Ten moment znów zmienił nam trochę dynamikę meczu. Arsenal jakby przypomniał sobie, że choć w gruncie rzeczy wyjazdowy remis to dla niego dobry wynik, to zwycięstwo wcale nie jest daleko i można spróbować. Przy czym wiele z tego nie wyniknęło - raptem jeden strzał Cristhiana Mosquery prosto w Oblaka. Choć w sumie to był dopiero drugi celny strzał Arsenalu, a pierwszy z gry, więc może warto bardziej docenić...

Ciut więcej odwagi i być może ktoś by wygrał

Atletico też nie potrafiło zadać decydującego ciosu. Mecz skończył się remisem 1:1 i jest to w pewnym sensie wynik pasujący do tego, co zobaczyliśmy w środę na boisku. Spotkały się dwie drużyny, które były w stanie przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Owszem, gospodarze mieli więcej dobrych szans, lecz ich nie wykorzystali. Arsenal z kolei nie chciał lub nie potrafił mocniej zaryzykować. Brakowało nuty szaleństwa, których wiele zagrano w Paryżu dzień wcześniej. Być może w Londynie tej odwagi będzie ciut więcej, bo to może być coś, co przesądzi tu o wszystkim.  

Więcej o: