Najtrudniejszy tekst, jaki w życiu napisałem. Jackowi Magierze pewnie by się nie spodobał

To najtrudniejszy tekst, jaki w życiu napisałem. Tekst, który pewnie Jackowi Magierze by się nie spodobał, bo uznałby go za laurkę. Ale tak dobrego człowieka po prostu nie da się inaczej wspominać.
Jacek Magiera
Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.pl

Jacek Magiera był najlepszym człowiekiem, jakiego poznałem w środowisku piłkarskim. Nie wierzę, że muszę pisać to w czasie przeszłym. Człowiek bez nałogów, prowadzący zdrowy tryb życia od pierwszego dnia po zakończeniu kariery piłkarza, odszedł nagle w trakcie treningu. Poczucie niesprawiedliwości, ból i rozpacz po tej stracie rozrywa serce na miliony kawałków.

Na pewno nie tylko mnie, a wszystkim, którzy Jacka Magierę znali. Bo to przede wszystkim był wspaniały człowiek, a dopiero potem były piłkarz i dobry trener. Człowiek najwyższej kultury osobistej, którego nie dało się nie lubić i nie można było nie szanować. A to dlatego, że sam z tym szacunkiem odnosił się do innych. Ktoś może powiedzieć, że to nic nadzwyczajnego, ale zwłaszcza w dzisiejszych czasach ludzi takich jak Jacek Magiera naprawdę trudno spotkać.

Kiedy umawiał się na kawę, nigdy się nie spóźniał. Kiedy nie mógł odebrać telefonu albo pisał SMS, albo oddzwaniał po czasie i przepraszał. Zawsze, kiedy mógł, starał się pomóc. Kiedy cztery lata temu pisałem tekst o mistrzostwie Legii z 2002 r., sam przez telefon zaproponował spotkanie. Po dwóch dekadach nie chciał czegoś pomylić, chciał pomóc w jak największym stopniu. Na spotkanie przyniósł swoje zeszyty z zapiskami z tamtych lat. Nie pokazał wszystkiego, ale to była skarbnica wiedzy o tamtej drużynie, piłkarzach i trenerach. Bo właśnie w ten sposób Jacek Magiera przygotowywał się do życia po karierze piłkarza.

Notatki, które prowadził przez lata gry w piłkę, przeszły do legendy. Przede wszystkim jednak pomogły mu odnaleźć się w nowej rzeczywistości, do której tak skrupulatnie się przygotowywał. Mimo że przez lata grał w Legii, z którą zdobył dwa mistrzostwa Polski, nigdy wielkim piłkarzem nie był. Wszystko, co osiągnął na boisku, zawdzięczał ciężkiej pracy, bo sam najlepiej znał swoje ograniczenia. Zresztą jeszcze w trakcie kariery zawodniczej skończył studia historyczne, by zabezpieczyć się na wypadek niepowodzenia w piłce.

Nigdy się nie zmienił

Ci, którzy znali Jacka Magierę jako piłkarza i trenera, mówili, że nigdy się nie zmienił. Jako zawodnik wymagał przede wszystkim od siebie, jako asystent i szkoleniowiec był taki sam. Już jako doświadczony piłkarz był oparciem w szatni dla młodych, a jako trener pomagał im wchodzić na wyższy poziom. Maciej Rybus, Ariel Borysiuk, Michał Żyro, Jakub Kosecki, Dominik Furman i wielu innych potwierdzą to bez cienia wątpliwości.

Każdy z nich opowiadał, że Jacek Magiera był dla nich trochę jak ojciec. Ojciec, z którym można było pogadać nie tylko o piłce, ale przede wszystkim o życiu. Ojciec, który słuchał, ale też wymagał. Ojciec, który bywał surowy, ale co najważniejsze: sprawiedliwy. 

Jacek Magiera był człowiekiem niezwykle ambitnym i stawiał sobie kolejne cele. Zawsze marzył o tym, by zostać trenerem Legii Warszawa, w której spędził wiele lat jako piłkarz i asystent kilku szkoleniowców. Propozycję od Bogusława Leśnodorskiego otrzymał w najmniej oczekiwanym momencie, gdy sam trenował już Zagłębie Sosnowiec. Ale tę ofertę oczywiście przyjął, a do pierwszego meczu ze Sportingiem w Lizbonie przygotowywał się w samolocie. Kiedy rok później tracił pracę, był mocno rozgoryczony. Uważał, że klub nie dał mu czasu na przebudowę mocno zmienionej drużyny. Ale nigdy publicznie się nie użalał, to nie było w jego stylu.

Jacek Magiera wierzył, że nawet w Lidze Mistrzów jego drużyna może grać odważnie i skutecznie. W starciach z Realem Madryt i Borussią Dortmund nie interesowała go głęboka obrona i możliwie najniższa porażka. W Madrycie (1:5) i Dortmundzie (4:8) to się nie opłaciło, w Warszawie z Realem już tak (3:3). Mecze z gigantami traktował jako okazję do nauki dla siebie i piłkarzy. Nigdy nie zapomnę rozmowy z nim zaraz po wyjazdowej klęsce z Borussią. Kiedy z Bartkiem Kubiakiem kręciliśmy nosem na osiem straconych goli, Jacek Magiera wskazywał na cztery strzelone i prosił, żebym sprawdził, kiedy ostatni raz Borussia straciła tyle bramek u siebie. A było to ponad 3,5 roku wcześniej w ligowym meczu z Hamburgiem. "Tylko się broniąc, nic byśmy z tego nie wynieśli" - mówił.

Wspominając Jacka Magierę, nie można nie wspomnieć o siatkonodze. W Legii, jako asystent Jana Urbana, w duecie z trenerem byli nie do pokonania. Mogli w nią grać godzinami. Przed, czy po treningu. Nieważne. - Graliśmy w siatkonogę codziennie: nieważne, deszcz, śnieg, mróz – łupaliśmy jeden na jednego albo dwóch na dwóch – z zawodnikami. I wygrywaliśmy niemal wszystko. Kiedyś, na obozie w Austrii, rywalizowaliśmy z Michałem Kucharczykiem i Michałem Żewłakowem. Prowadzili 14:9 w decydującym secie, a graliśmy do 15. Mecz oglądał prezes Leśnodorski i powiedział, że stawia 300 czy 400 euro na zawodników. Zakład został przyjęty, wygraliśmy i prezes musiał wypłacić. Ja byłem od serwowania, odbierania piłki i dogrywania Jankowi pod siatkę. On ścinał – głową albo nogą. Był na tak zaawansowanym poziomie technicznym, że co atak – to punkt - mówił Jacek Magiera w ostatnim wywiadzie, jakiego udzielił Robertowi Błońskiemu z TVP Sport.

Wiem, że Jackowi Magierze nie spodobałby się ten tekst. Jest za długi, za cukierkowy. A Jacek Magiera był człowiekiem skromnym, nigdy nie pchał się przed szereg. Ale tak właśnie go zapamiętałem i nigdy nie przeboleję tej straty. Ostatni raz widzieliśmy się w zeszłym tygodniu w Sztokholmie. Jak każdy, był bardzo smutny. Po Wielkanocy mieliśmy się spotkać i spokojnie porozmawiać o porażce ze Szwecją. Nie wierzę, że nie porozmawiamy już nigdy. Trenerze, panie Jacku, za każdą poprzednią rozmowę bardzo dziękuję.

Więcej o: