To niełatwe środowisko. Wręcz trudne – z rozbuchanym ego, nastroszone, konfrontacyjne. Jacek Magiera był w świecie piłki kimś wyjątkowym – spokojny, uśmiechnięty, ciepły. Mający czas dla rozmówcy. I dzielący się swoim optymistycznym nastawieniem do życia.
Nasze losy splotły się, gdy Magiera pracował w Legii. Akurat wyfruwał z gniazda przy Łazienkowskiej. Pracował w niej 18 lat, ale w 2015 r. klub mu podziękował. Umówiliśmy się na wywiad w kultowym klubie Return – tuż przy kortach, niedaleko stadionu.
Mogliśmy - ja oraz mój redakcyjny kolega Bartek Kubiak - spodziewać się słów o frustracji, o braku szacunku, o smutku. Tymczasem przywitał nas spokojny, opanowany i uśmiechnięty Jacek Magiera. Mówił, że nie ma do Legii żalu. A wręcz przeciwnie – że to ona dała mu niemal wszystko, co osiągnął w bogatej karierze. Że rozstaje się w zgodzie, bo tak woli żyć.
Rozmowa trwała kilka godzin, a my pochłanialiśmy kolejne historie. Trener opowiadał nam o tym, jak trafił do Warszawy. Jak w sierpniu 1996 r., po meczu Rakowa z Legią, do 19-letniego wówczas Magiery podszedł kierownik warszawskiego Ireneusz Zawadzki i spytał, czy chciałby grać w Legii. Magiera bez wahania odpowiedział, że tak. – To będziesz – odpowiedział Zawadzki. Kilka dni później Magiera razem z tatą siedział w załadowanym po dach polonezie caro i wyruszał w najwspanialszą podróż życia.
Urzekła nas prostota, szczerość i brak zadufania Jacka Magiery. Choć w chwili, gdy rozmawialiśmy, miał na koncie mistrzostwa Polski, występował w reprezentacji, a już niedługo miał się okazać wybitnym szkoleniowcem, o wszystkim mówił z nieudawaną skromnością. Jakby sukcesy pojawiały się ot, tak. Jakby obok, przypadkiem.
A przecież każdy, z kim o Jacku Magierze rozmawialiśmy, podkreślał, jak bardzo był pracowity. Marek Saganowski zdradził mi, że Magiera jeszcze jako piłkarz robił notatki po każdym treningu, a potem je dokładnie analizował. Papierów miał w domu pełne tomy.
Dlatego zaszedł tak daleko. Do Legii wrócił niedługo później, po krótkim, ale udanym epizodzie w Zagłębiu Sosnowiec. Z warszawskim klubem zagrał potem w Lidze Mistrzów, zdobył mistrzostwo.
Ważniejsi niż trofea byli dla niego ludzie. Jego piłkarze, zwłaszcza ci młodzi. Dlatego dbał, by ze wspólnej pracy wynieśli coś więcej niż umiejętność prostego kopnięcia piłki. Wręczał książki, motywował.
– Z moimi piłkarzami przeszedłem wiele, łącznie z nocną podróżą ze zgrupowania do szpitala, na salę porodową. Cieszę się z każdego ich sukcesu. Nie wszystkim wychodzi na boisku, ale jeśli dają sobie radę w życiu, to już są wygrani – mówił mi.
Był wielkim trenerem, pracował z młodzieżowymi kadrami, a w końcu dostąpił zaszczytu pracy z dorosłą reprezentacją. Ale jeszcze wspanialszym był człowiekiem. Tak go zapamiętamy – uśmiechniętego, stonowanego, otwartego na drugiego człowieka.