KSW miało na przestrzeni lat wiele gwiazd, ale nikt nie ma wątpliwości, że Mamed Chalidow jest tylko jeden. Mistrzem wagi średniej był już dwa razy. Zdobywał pas w listopadzie 2015 roku, nokautując Michała Materlę w I rundzie, a niespełna 5 lat później uczynił to samo Scottowi Askhamowi. Teraz stanął przed szansą zostania pierwszym w dziejach KSW trzykrotnym mistrzem. Co więcej, jak zauważył przed walką specjalista od MMA i były współpracownik KSW Alan Murphy, pokonanie Pawła Pawlaka i sięgnięcie po pas sprawiłoby, że Chalidow zostałby najstarszym czempionem wielkiej, międzynarodowej federacji w całej historii tego sportu. Jak dotąd rekord dzierżył legendarny Randy Couture, który w 2007 roku został mistrzem UFC wagi ciężkiej, mając 45 lat i 147 dni. Mamed mógł przebić to o równo 110 dni.
Przy czym zadanie czekało go niezwykle trudne. Paweł Pawlak przystępował do tego pojedynku na fali dziesięciu wygranych z rzędu, a łącznie dwunastu starć bez porażki. W KSW jak dotąd jego rekord to 7-0, a pojedynek z Chalidowem to była dla niego czwartą obroną pasa mistrzowskiego. Zasłużył na to, by nazywać go faworytem, jednak Mamed przeszedł już do historii jako spec od dokonywania rzeczy wymykających się logice. Przed pojedynkiem nie mogliśmy więc być pewni absolutnie niczego.
Chalidow od samego początku szukał nokautu. Tu obrotowe kopnięcie na głowę, tam potężny sierp, po chwili kolejna obrotówka. Dało to pewne efekty. Nie pod kątem obrażeń dla Pawlaka, ale takim, że rywal był ostrożny. Trzymał się na dystans i nie ryzykował za wiele, unikał przesadnie mocnych ciosów. A nawet jak trafił Chalidowa mocno przy jego próbie latającego kolana, to nie ruszył szaleńczo, by dobijać. Na koniec pierwszej rundy Mamed trochę przesadził i po obrotowym kopnięciu Pawlak go przewrócił. Nie miał już jednak czasu, by popracować z góry.
Mistrz dobrze wiedział, że pójście na wymianę z Chalidowem byłoby wręcz durne. Dlatego nie robił tego. Okopywał mu nogi, obijał tułów. Dużo takich "ukąszeń", zwłaszcza w uda i łydki. Zdawało to jednak egzamin, bo Mamed nie był w stanie dosięgnąć głowy Pawlaka, o ile nie rzucił się w szaleńczym ataku, samemu się odsłaniając. Po trzech rundach wydawało się, że to obecny mistrz jest bliżej obrony tytułu.
W czwartej Pawlak zdecydował się na coś ryzykownego. Przeniósł walkę do parteru, a się już Adrian Bartosiński, przyjaciel Pawlaka, przekonał, że Chalidow potrafi wyczarować znikąd duszenie nawet z pleców. Tutaj nic takiego nie widzieliśmy. Panujący mistrz demolował twarz Mameda łokciami. Twarz legendy stawała się coraz mocniej zakrwawiona z każdym ciosem. Aż w końcu stało się!
W samej końcówce czwartej rundy Pawlak poszedł na całość i spuścił na głowę Chalidowa całą serię okrutnych łokci. Sędzia mógł niby zaczekać do końca rundy, lecz nie zrobił tego. Skończył walkę na sekundę przed syreną!
To był arcymistrzowski popis wciąż panującego mistrza wagi średniej. Paweł Pawlak taktycznie rozpracował Chalidowa, a w parterze zafundował mu istną masakrę. Obecny na gali Artur Szpilka patrzył z niedowierzaniem na to, co się wydarzyło. Po walce Mamed w rozmowie z Mateuszem Borkiem powiedział, że jest blisko podjęcia decyzji o końcu kariery, ale nie chce tego robić na gorąco już teraz.