Dlatego Wimbledon zaskoczył Chwalińską. "Wiadomość stulecia"

Dominik Senkowski
"Dzika karta" do Wimbledonu to dla Mai Chwalińskiej nie tylko ogromne wyróżnienie, ale przede wszystkim bezcenny przywilej. Tłumaczymy, co decyzja Brytyjczyków oznacza dla Polki i dlaczego Chwalińska nie spodziewała się takiej decyzji.
Maja Chwalińska
Tomasz Jastrzebowski/Pressfocus

Świat tenisa się nie zatrzymuje. Zaledwie kilka dni temu zakończył się wielkoszlemowy Roland Garros, a wzrok kibiców i dziennikarzy już kieruje się w stronę Londynu, na trawiaste korty Wimbledonu. W tym roku polscy fani mają powód do szczególnej radości. Organizatorzy najstarszego turnieju na świecie ogłosili listę tenisistek, które otrzymały "dzikie karty". W tym prestiżowym gronie znalazła się m.in. Maja Chwalińska. To dla Polki kluczowa decyzja. Dlaczego?

Zobacz wideo "To mnie bardzo wzruszyło". Chwalińska reaguje na mural w Dąbrowie Górniczej

Inaczej tylko przez eliminacje

Aby to zrozumieć, musimy spojrzeć na ranking WTA. Gdy organizatorzy Wimbledonu ustalali listy zgłoszeń w połowie maja, Maja Chwalińska zajmowała 114. miejsce. To pozycja, która w wielkoszlemowej hierarchii gwarantuje jedynie miejsce w turnieju eliminacyjnym, nie zaś w drabince głównej. Gdyby nie przyznane zaproszenie, Polka musiałaby rozpocząć batalię o Wimbledon już w najbliższy poniedziałek 22 czerwca w eliminacjach, zaledwie dwa tygodnie po wyczerpującym turnieju w Paryżu.

Warto uzmysłowić sobie skalę wysiłku Mai w ostatnich tygodniach: od 18 maja do 6 czerwca, w ciągu niespełna trzech tygodni, rozegrała aż 10 spotkań. To mordercze tempo dla organizmu, który wymaga regeneracji. "Dzika karta" to nie tylko przywilej - to przede wszystkim czas. Czas na oddech, na spokojny powrót do treningu na trawie i na właściwe przygotowanie do kolejnej imprezy wielkoszlemowej.

Brytyjczycy, znani ze swojego przywiązania do tradycji, przyznają "dzikie karty" według dość hermetycznych zasad. Zazwyczaj priorytetem są reprezentantki gospodarzy oraz dawne mistrzynie Wimbledonu. Przyznanie zaproszenia Mai Chwalińskiej jest wyraźnym sygnałem: jej fantastyczna postawa w Paryżu nie przeszła niezauważona. Organizatorzy docenili nie tylko jej aktualną formę, ale i potencjał, jaki pokazała we Francji.

Chwalińska tego nie oczekiwała

Nasza zawodniczka pytana jeszcze w Paryżu o "dziką kartę" do Wimbledonu przyznała szczerze: "Nie spodziewam się, że ją otrzymam. To byłaby wiadomość stulecia. Cieszę się z gry na trawie, to zawsze miła odmiana".

Sytuacja jest teraz tym bardziej wyjątkowa, że władze brytyjskiej imprezy ogłosiły nazwiska siedmiu z ośmiu tenisistek, które zostaną zaproszone do turnieju głównego, a Chwalińska jest jedyną zawodniczką z tego grona, która nie ma paszportu gospodarzy. Pozostałe "dzikie karty" otrzymały jak na razie Brytyjki. Ostatnia zostanie ogłoszona zapewne w sobotę. Może ją otrzymać 45-letnia Venus Williams albo o rok młodsza jej siostra Serena. Obie to legendy tenisa, wielokrotne mistrzynie Wimbledonu. Obawialiśmy się, że mogą zająć miejsce Polce, ale stało się inaczej.

Historia pokazuje, że takie zaproszenia to rzadkość dla zawodniczek spoza brytyjskiego podwórka, o ile nie mają w swoim CV juniorskich triumfów w Londynie. Tak było w przypadku Igi Świątek, która w 2019 roku otrzymała "dziką kartę" jako zwyciężczyni juniorskiego Wimbledonu z 2018 roku. Podobnym przywilejem mogły przed laty cieszyć się także m.in. Agnieszka i Urszula Radwańskie, także dlatego, że wygrywały na trawie wśród juniorek.

Wielu kibiców może zastanawiać się, czy brak trawiastych turniejów przygotowawczych (jak m.in. Berlin, Bad Homburg czy Eastbourne) nie zaszkodzi Mai Chwalińskiej przed Wimbledonem. Wydaje się, że po intensywnym Rolandzie Garrosie regeneracja pozostaje kluczowa. Z kolei eliminacje wimbledońskie rozgrywane na bocznych kortach w Roehampton, co do których tenisiści narzekają na słaby stan nawierzchni, mogą stanowić "pułapkę" dla faworytek. Wystarczy jeden słabszy dzień lub niefortunny zbieg okoliczności, by pożegnać się z turniejem przed jego oficjalnym startem.

To szansa, a nie gwarancja

"Dzika karta" dla Chwalińskiej sprawia, że Polka nie tylko zaoszczędzi siły, ale też uniknie ryzyka przykrej niespodzianki w kwalifikacjach. Rok temu sensacyjna półfinalistka Rolanda Garrosa Lois Boisson nie otrzymała zaproszenia od Brytyjczyków do turnieju głównego, przystąpiła do eliminacji i odpadła w nich po pierwszej rundzie. - Boisson doszła jednak tylko do półfinału Rolanda, a Maja do finału - wskazywał w rozmowie ze Sport.pl Victor Archutowski, były menedżer Agnieszki Radwańskiej, gdy tłumaczył szanse Chwalińskiej. 

Maja Chwalińska, wspierana przez zespół oraz Polski Związek Tenisowy, którzy skutecznie zabiegali o to zaproszenie, może teraz pracować nad formą na trawie z czystą głową. To, że w 2022 roku z powodzeniem przeszła eliminacje i dotarła do drugiej rundy, pokazuje jej umiejętność adaptacji do specyficznej trawiastej nawierzchni. Teraz jednak, bez ciężaru kwalifikacji, ma szansę wejść w turniej ze świeżością, której brakowało jej w wielu turniejach. Jak przechodzisz eliminacje, to masz w nogach już kilka spotkań, nie każda historia kończy się tak, jak u Mai w Paryżu, gdy jako kwalifikantka doszła do finału. Wimbledon 2026 będzie jej pierwszym startem Wielkim Szlemie, w którym wystąpi, nie startując wcześniej w eliminacjach.

Czy "dzika karta" gwarantuje sukces? Oczywiście, że nie. Wimbledon to miejsce, gdzie każdy mecz jest nieprzewidywalny. Tenisiści rzadko grają na trawie, która jest droga w utrzymaniu, ten okres w kalendarzu trwa jedynie miesiąc, Maja Chwalińska przystąpi do Wimbledonu bez rozegrania oficjalnego meczu na tej nawierzchni w obecnym sezonie. Otrzymany przywilej daje jej jednak pewność udziału w turnieju i stanowi potwierdzenie, że wielki tenis docenia naszą zawodniczkę. Bo jej występem w Rolandzie Garrosie naprawdę zachwycił się cały tenisowy świat.

Dominik Senkowski
Więcej o: