Wiktoria Azarenka wygrała walkę o siebie, o dziecko, a teraz o finał US Open. Klnąc pod nosem

Wiktoria Azarenka w finale Wielkiego Szlema to jest historia na film: o powrocie gwiazdy, o walce o dziecko i karierę, o Białorusi, która w tych trudnych dniach ma wielki sportowy sukces. Choć Azarenka, kiedyś ulubienica Aleksandra Łukaszenki, nie chce mówić, po której stronie sporu stoi.

Jeśli miałby być z tego film, to musiałyby się w nim znaleźć sceny z pierwszego kwadransa półfinału z Sereną Williams. Bezradność drapiącego się w czoło Doriana Descloixa, trenera Wiktorii Azarenki. Złość Azarenki na samą siebie, ciągłe mruczenie pod nosem. Serwis nie działa, szczęście nie sprzyja, punkty uciekają, za chwilę ten koszmarny kwadrans zamknie się prowadzeniem Williams 4:0. Białorusinka, która w US Open jest nierozstawiona, ale w znakomitej formie i wygrała poprzedzający Wielkiego Szlema turniej Western & Southern Open, dzień przed meczem z Sereną w ćwierćfinale oddała tylko jednego gema znakomitej Belgijce Elise Mertens. A w czwartek nie miała w czterech pierwszych gemach żadnej odpowiedzi na ataki Sereny. W końcu z tej bezradności wyrwało się głośne i wyraźne: "Fucking shit!!!". W transmisji w amerykańskim prime time, w meczu dwóch mam.

Zobacz wideo Team Kubicy dramatycznie traci na pit stopach. "To przecież można wytrenować!"

US Open 2020: siła mam

Nigdy wcześniej w półfinale Wielkiego Szlema nie było po obu stronach siatki tenisistek, które urodziły dziecko. Serena, matka dwuletniej Olympii, i Wiktoria, matka czteroletniego Leo. Przyjaźnią się od dawna. Gdy Wiktoria była już mamą, Serena przyjechała w odwiedziny do jej kalifornijskiego domu popytać trochę, jak to jest, na co być gotową. Gdy mierzyły się ze sobą w finale US Open 2013, trener Sereny Patrick Mouratoglou powiedział, że jeśli chodzi o możliwości, to Williams i Azarenka górują wyraźnie nad resztą rywalek. Ale od tamtego czasu Azarenki już w finale Wielkiego Szlema nie było. A Serena, do 2013 roku sześciokrotna mistrzyni US Open, wygrała później ten turniej jeszcze tylko raz, w 2014. Tytuły w Wielkim Szlemie kolekcjonowała nadal: z Australian Open 2015 i 2017, Roland Garros 2015, Wimbledonu 2015, 2016. Ale już nie w Nowym Jorku. A po urodzeniu dziecka w 2018 nie wygrała już żadnego Wielkiego Szlema.

Wydawało się, że tenis należy już do młodszych pokoleń, a może nawet znów zmierza w stronę wygrywających nastolatek, takich jak Coco Gauff. A tymczasem US Open 2020 należy do mam, było ich w turniejowej drabince aż dziewięć, w ćwierćfinałach aż trzy. Oprócz Williams i Azarenki - Cwetana Pironkowa. A kolejna mama, Wiera Zwonariowa, wygrała właśnie deblowy US Open w parze z Laurą Siegemund. Reguły WTA pozwalają teraz mamom przez trzy lata - wcześniej były dwa - po urodzeniu dziecka startować w 12 turniejach z rankingiem takim, jak przed przerwą na macierzyństwo. Dzięki temu Pironkowa w ogóle dostała się do tegorocznego US Open. - Jeśli poradzisz sobie z łączeniem macierzyństwa i kariery, to ze wszystkim sobie poradzisz - mówi Azarenka. Dawna liderka rankingu WTA, zwyciężczyni dwóch wielkoszlemowych turniejów, ale od siedmiu lat nieobecna w finałach. Od czterech lat mama, od dwóch lat uwikłana w wojnę o opiekę nad synem.

"Dlaczego to wszystko na mnie spada?" - mówiła Azarenka, wycierając łzy

Z jego ojcem, Billym McKeague'em, byłym hokeistą, instruktorem golfa, rozstali się szybko, a potem zaczęła się sądowa walka. Azarenka uważała, że McKeague nie jest wystarczająco odpowiedzialny, by zajmować się dzieckiem. Z powodu sprawy sądowej musiała opuścić US Open 2017, bo dziecko nie mogło opuszczać Kalifornii do czasu werdyktu, a ona nie chciała jechać bez Leo do Nowego Jorku. To był czas tak wyniszczający, że Azarenka, dwukrotna mistrzyni Australian Open, po porażce w I rundzie tego turnieju w 2019 zupełnie rozkleiła się podczas konferencji prasowej.

Wycierając łzy, przepraszała za swój stan. Mówiła, że czasem sama nie wie, skąd na to wszystko bierze siłę. I dlaczego to wszystko na nią spada. A "wszystko" to nie tylko walka o syna. Niedługo przed zajściem w ciążę dowiedziała się, oczywiście będąc na turnieju po drugiej stronie świata, że jej mama ma raka piersi. Zaawansowane stadium. W tenisowej karierze też były gorzkie rozstania. Trener Sam Sumyk odszedł, by pracować z Eugenie Bouchard. Następca, Wim Fissette, nie chciał czekać na jej powrót po urodzeniu dziecka i zatrudnił się u Johanny Konty, najlepszej Brytyjki. Potem był jeszcze, przed Dorianem Descloixem, Michael Joyce. To on pomagał Azarence w pierwszych miesiącach kariery wznowionej po narodzinach Leo.

W czwartek po półfinale US Open też było trochę łez: piłkę meczową w meczu z Williams, na 1:6, 6:3, 6:3, Azarenka wykorzystała asem serwisowym, ale Serena poprosiła o sprawdzenie powtórki, bo to mógł być milimetrowy aut. Kamery pokazywały: jednak piłka styczna, a Azarenka w przysiadzie na korcie schowała twarz w dłoniach. - Siedem lat mnie nie było w finale Wielkiego Szlema? Siedem to moja ulubiona liczba - mówiła w wywiadzie tuż po awansie (w sobotę zagra o tytuł z Naomi Osaką). Przyznawała: żeby się odrodzić, trzeba było najpierw zniszczyć ego. Od kiedy zmalało, wróciły wyniki. Nie była to w zwycięskich czasach najbardziej lubiana tenisistka, delikatnie rzecz ujmując.

"Rozmawialiśmy z prezydentem o tenisie przez siedem godzin, mama się bała, że mnie porwali"

Synek Leo jest podczas US Open pod opieką babci Ałły (udało jej się wygrać walkę z rakiem, w kwietniu 2017 dostała wyniki badań, a w nich pierwszy raz: "czysto"), w apartamencie na Long Island. Tam, gdzie mama Wiktoria wraca od kilku tygodni zawsze zwycięska. Od kiedy Leo jest na świecie, nie miała takiej serii. Od kwietnia 2016 nie wygrała żadnego turnieju (ostatnim było Miami Open). Tylko raz w tym czasie, w kwietniu 2019, grała w finale, w mniejszym turnieju w Meksyku. Skreczowała wtedy w meczu o tytuł z Garbine Muguruzą. W 2020, aż do Western&Southern Open, nie wygrała meczu, odpadała w pierwszych rundach w Monterrey i Lexington.

W US Open nie była nawet najwyżej notowaną Białorusinką, wyprzedza ją jeszcze w rankingu Aryna Sabalenka. Ją, Wikę Azarenkę, niedawną królową białoruskiego sportu, która wychowała się w centrum tenisowym w Mińsku (dosłownie wychowała, jej mama pracowała w tym ośrodku), wyjechała z Białorusi jako czternastolatka, najważniejsze lata tenisowej edukacji spędzała w Arizonie, gdzie mieszkała przy rodzinie bramkarza NHL Nikołaja Chabibulina. Ale mimo amerykańskiego adresu pozostawała ulubioną zawodniczką pierwszego sportowca kraju, Aleksandra Łukaszenki. - Rozmawialiśmy o tenisie siedem godzin, moja mama myślała, że mnie porwali albo coś! - wspominała kiedyś Wiktoria audiencję u Łukaszenki. Teraz unika wypowiedzi na temat sytuacji w kraju. Kilka lat temu mówiła w wywiadzie, że się trochę martwi o to, w którą stronę zmierza kraj, że ludzie pogrążają się w apatii, dużo piją, a Łukaszenka musi ciągle balansować między Rosją a Zachodem i jak się zbliży do jednej strony, to oberwie od drugiej. - A my nie mamy ropy ani gazu - mówiła. Ale gdy wznawiała karierę po ciąży, wybrała Mińsk, a nie Kalifornię. Tyle że już nie ten ośrodek, w którym dorastała, a nowy luksusowy klub tenisowy.

Azarenka o sytuacji na Białorusi: może sport pomoże?

"New York Times" zwrócił uwagę, że z pięciu białoruskich tenisistek, które walczyły w tegorocznym US Open, najmocniej wypowiedzi na temat sytuacji politycznej unikała Aliaksandra Sasnowicz. "Bez komentarza", odpowiadała. Olga Goworcowa mówiła, że sport jest teraz nieważny, a sytuacja na Białorusi to szaleństwo, i słyszy od bliskich, że czasami strach wyjść z domu. Sabalenka opowiadała o bezsennej nocy podczas niedawnego turnieju w Lexington, gdy długo nie dostawała odpowiedzi na wiadomość wysłaną mamie. - Zapomniałam, że tam teraz Internet nie działa. Zadzwoniłam, usłyszałam jej głos i dopiero mogłam zasnąć - opowiadała. A wcześniej pisała na Instagramie: "Nie mogę patrzeć na okrucieństwo wobec bezbronnych ludzi. Proszę, dość przemocy". A Wiera Łapko, która w US Open doszła do drugiej rundy, była przed wyjazdem do USA na ulicznym proteście, i w turnieju zakładała strój w biało-czerwonym kolorze, żeby pokazać solidarność z protestującymi.

Azarenka, pytana o sytuację w kraju, nie chciała zajmować stanowiska, szukała pojednawczych tonów. Mówiła, że być może sportowe sukcesy, których Białoruś już dawno nie miała, dadzą trochę oddechu. - Serce mi się kraje, gdy patrzę, co się dzieje. Trudno mówić o tym, gdy mnie tam nie ma, trudno do końca zrozumieć sytuację. Mam tylko nadzieję, że przemoc skończy się natychmiast, bo trudno o tym wszystkim myśleć bez łez.

Przeczytaj także: