Talent siatkarzy eksplodował tylko raz, ale na medal wciąż będziemy liczyć

Nie ma w polskim sporcie innych ludzi, którzy na każdy turniej jadą po medal, choć mogliby się zniechęcić i zweryfikować marzenia, bo nigdy go nie przywożą. Udało się ledwie raz.

Polacy przegrali w tie-breaku - medalu nie będzie

Domniemany talent siatkarzy eksplodował dwa lata temu na mistrzostwach świata. Srebrny medal stał się punktem odniesienia dla kibicowskich oczekiwań - podczas trwających igrzysk co rusz padało pytanie, czy "wrócił duch Japonii" - i niewykluczone, że punktem odniesienia pobędzie przez lata. Przynajmniej tak długo, jak długo pozostanie rarytasem nigdzie niepowtórzonym.

Cała Polska święcie wierzy, że siatkarzy stać na kolekcjonowanie medali. I gdyby wyrwać z kontekstu środowy ćwierćfinał z Włochami oraz grupowe zwycięstwa nad Rosją oraz Serbią, przebieg turnieju olimpijskiego powinien utwierdzić nas w przekonaniu o zdolności reprezentacji do rzucenia wyzwania najściślejszej światowej czołówce.

Jeśli jednak wznieść się ponad szczegół i objąć wzrokiem ogół, dorobek siatkarzy wygląda znacznie ubożej. W XXI wieku częściej od nich na podium igrzysk, mundiali, mistrzostw Europy, Ligi Światowej oraz Pucharu Świata - stawały nie tylko niekwestionowane potęgi w typie Brazylii, Rosji, Włoch czy Serbii. Więcej medali uzbierały również USA, Bułgaria oraz Francja. Tyle samo, czyli jeden - Kuba i Hiszpania, która siatkówkę lekceważy - informacje o złocie mistrzostw kontynentu tamtejsze gazety upychały na samym końcu, obok newsów o hokeju na wrotkach.

Słowem, gdyby zignorować tradycyjne przedturniejowe pohukiwania i groźne miny gwiazd spod siatki, a odwołać się do wskaźnika wymiernego - medalowego - musielibyśmy umieścić reprezentację na szarym końcu czołowej dziesiątki.

Lozano: Zdecydowały drobiazgi

Wygrywają z każdym. Dosłownie

Stadne przeświadczenie jest inne. Trochę dzięki nasilającej się od dekady nawałnicy marketingowej, telewizyjnej promocji oraz sukcesowi sprezentowanej wyposzczonym kibicom Ligi Światowej. Trochę dzięki specyfice siatkarskiej publiczności, która w sporej części czci boiskowych półbogów bez względu na wyniki, przytulając ich po porażkach z songiem "Polacy, nic się nie stało" na ustach. Trochę dzięki niezapomnianej przeszłości - legendy Huberta Wagnera zdobyły przecież jedyne, wyjąwszy rywalizujących na igrzyskach z osłabionymi rywalami piłkarzy, złoto olimpijskie w grach zespołowych.

Za specjalnym traktowaniem siatkarzy przemawiają również nieodparte argumenty merytoryczne. Oni rzeczywiście rozbijają się po najważniejszych imprezach i regularnie wygrywają ze wszystkimi w świecie.

Kiedy drużyna Leo Beenhakkera pokonała Portugalię, osłupieliśmy, tymczasem w męskiej siatkówce nie istnieje pojedynczy wynik, który byłby w stanie odebrać nam mowę. Z dziesięciu ostatnich meczów z wielkoludami z Rosji wygrali Polacy połowę. Identyczny bilans wypracowali z Amerykanami, niemal identyczny z Serbami, Bułgarom oddali zaledwie jedno z siedmiu spotkań. Niełatwo wyszukać przeciwnika zasługującego na miano bezsprzecznie "niewygodnego", bo nazbyt często zwycięskiego. Nieźle pamiętamy nawet okres - rok 2002 - w którym reprezentacja trzykrotnie rozprawiła się z Brazylią, ostatnio jedynym przeciwnikiem dla naszych nietykalnym. Rechotu ani niedowierzania nie wywoływały nawet słowa Bernarda Rezende, który swego czasu rozpowiadał - nie tylko przez kurtuazję, również obcokrajowcom - że szczególnie niepokoją go zawsze mecze z Polską, przeciwnikiem jego zdaniem najbardziej nieobliczalnym i trudnym do zneutralizowania planem taktycznym.

Tutaj wypada zastrzec, że wypracowywać ładne statystyki pomagają Polakom ograniczenia siatkarskiego mikroświatka. Wciąż tylko nieliczne kraje poważnie traktują tę dyscyplinę, a zarazem jej kalendarz zmusza do grania przez cały rok. Przez co wąska konkurencja bije się w kółko w tym samym gronie - tylko za kadencji Raula Lozano reprezentacja mierzyła się z Serbami 13-krotnie! W innych sportach niewyobrażalne, pod siatką daje szansę, by nawet ewidentnie mocniejszych od siebie co pewien czas pobić.

Tak czy owak, przywykliśmy do oglądania naszych siatkarzy zwycięskich, od lat tworzą oni jedyną drużynę stale wchodzącą w zwarcia z absolutnym światowym topem. Piłkarze ręczni zachwycili jak dotąd incydentalnie; piłkarze nożni rzadko miewają okazję, by w ogóle dostąpić zaszczytu sprawdzenia się z wielkimi; koszykarze wywołują wrażenie, jakby zeszli do podziemia, ich wyczyny uważnie śledzi zanikająca garstka kibiców, co widać w rankingach telewizyjnej oglądalności.

Zostają siatkarze. (I siatkarki, choć one sukcesy na ME zawdzięczają też geografii - półfinalistki turnieju w Pekinie w komplecie pochodzą z innych kontynentów). Nawet jeśli ostatecznie przegrywają, to wcześniej dostarczają wzruszeń unikalnych - albo w spektakularnym stylu przyłożą faworytowi, albo przynajmniej wbiją się nam w pamięć porywającym dreszczowcem. Wynurzenia o detalach, którymi opisuje się porażkę z Włochami, łatwo wyszydzić. Trudniej znaleźć inną reprezentację przegrywającą tak minimalnie, że przesądzających o wyniku niuansów nie widać gołym okiem.

Koniec z trenerami zza granicy: Stelmach za Lozano

Średniacy tuż za Wagnerem

Paweł Zagumny i reszta bywają w pewnym sensie ofiarami własnego sukcesu. Każdą kolejną imprezę bez medalu obwołujemy porażką, choć nie ma pewności, czy ich sportowy potencjał nas do tego uprawnia. Czy czasem nie powinniśmy dziękować fortunie, że w ogóle trafił się polskim średniakom - no, mocnym średniakom - tamten odosobniony srebrny wyskok na mundialu. We włoskiej Serie A jako taki sukces odniósł Sebastian Świderski, ostatnio dołączył do niego jeszcze Michał Winiarski, który zdobył mistrzostwo, ale warto poczekać, aż w elicie utrzyma się dłużej. To wszyscy emigranci z ładną przeszłością. Inni wracali niespełnieni lub, jak Mariusz Wlazły, do wyjazdu się nie palą. Tymczasem w Italii zmagania na poziomie zbliżonym do olimpijskiego trwają cały sezon, w każdy weekend blokują cię najwybitniejsi gracze świata. Kto wie, czy w tych doświadczeniach nie kryje się sekret środowej wygranej Włochów.

W Pekinie sporo rozmawiam z Andreą Zorzim, żywym pomnikiem siatkówki, dziś komentatorem. Okolicznościami zwycięstwa Polaków nad Rosją był oczarowany, a zarazem rzucił, że jego zdaniem wznieśli się wręcz ponad swoje możliwości, zagrali na poziomie nie do utrzymania na dłuższym dystansie.

Mówił to jeszcze przed ćwierćfinałem z jego rodakami. Fachowców zagranicznych wysłuchać warto, bo oceniają naszych bezstronnie, nie modyfikując opinii ze względu na osobiste interesy bądź emocjonalny stosunek do graczy, trenera, działaczy etc. Co u naszych fachowców bywa nagminne. Mnie Zorzi sprowokował do refleksji, że jeśli Polacy nie zdołali przedrzeć się do półfinału mimo doskonałego przygotowania, niemal idealnego zdrowia siatkarzy i gry natchnionej, na najwyższym dla nich poziomie, to znaczy, że zwyczajnie są mocnymi średniakami, nie potęgą. Że chciejskie wpychanie ich na podium może się powieść tylko w sytuacjach nadzwyczajnych, gdy sprzyjać im będą i przygotowanie fizyczne, i moc mentalna, i okoliczności, i chybotliwa forma przeciwników.

Ewentualnej trafności tego przypuszczenia również udowodnić nie zdołam, zresztą sam nie jestem całkiem pewien jego słuszności, bo mimo wszystko wciąż pamiętam ćwierćfinał z Włochami, a także triumfy nad Serbią i Rosją. Jakkolwiek byśmy się złościli na upiorne polskie porażki w pięknym stylu, nie unieważnimy jednego: Polaków naprawdę dzieliło od półfinału tyci-tyci. A gdyby zdołali zdobyć medal, choćby brązowy, staliby się drugą najlepszą drużyną w historii naszej siatkówki. Drugą, choć dalece ustępującą gigantom Wagnera.

Dlatego - by dopełnić paradoksu - w najbliższym czasie nic się nie zmieni. Przed każdą następną imprezą kibicowska brać, PZPS, dziennikarze i całe środowisko będą oczekiwać medalu. Reprezentacja w żadnym razie się nie rozpadnie, bez kłopotu powinna dotrwać nietknięta do mundialu w 2010 roku, obawy wywołują co najwyżej notoryczne mikro- i makrourazy Świderskiego. W Pekinie lepszy wynik uzyskały tylko dwie drużyny z naszego kontynentu - Rosjanie oraz Włosi. I jak tu uznać, że Polakom wypada mierzyć w cel skromniejszy niż podium przyszłorocznych mistrzostw Europy?

Drzyzga: Stelmach to dobry kandydat na trenera

Więcej o: