Raul Lozano: Decydowały drobiazgi

Specjalnie dla korespondenta "Gazety Wyborczej" i "Sport.pl" o meczu z Włochami, o tym co powiedział trener Anastazi i swojej przyszłości na stanowisku trenera reprezentacji siatkarzy opowiada Raul Lozano.

Polacy przegrali z Włochami w tie-braeaku ?

Rafał Stec: Dopadł nas w ćwierćfinale kryzys, pierwszy dołek podczas tego turnieju?

- Nie widziałem kryzysu. Zagraliśmy wielki mecz, jak każdy poprzedni. Obie drużyny mogły wygrać. Zawodnicy dali z siebie wszystko, teraz są w środku puści, choć we wszystkich meczach w Pekinie prezentowaliśmy bardzo naprawdę wysoki równy poziom i nawet dzisiaj z nie zeszliśmy.

Prowadził Pan już kiedyś drużynę w meczu, w którym między wielkim triumfem, a porażką była tak niewielka różnica?

- Tak, gdy prowadziłem drużyny klubowe we Włoszech, walczyłem o mistrzostwo Serie A, w klubowych mistrzostwach świata. Bilans mam raczej dodatni, niesamowite końcówki wygrywałem, ale też nigdy rzecz nie dotyczyła aż tak ogromnej stawki, półfinału igrzysk olimpijskich.

Zaskoczył Pana trener Anastasi, zostawiając w rezerwie największe gwiazdy?

- Nie zaskoczył. Właśnie pod kątem takiego ustawienia Włochów przygotowywaliśmy się taktycznie. Wiedzieliśmy o urazie Alessandro Feia, a śledząc kadrowe ruchy Włochów w rundzie grupowej byliśmy przekonani, że zmienia skład, by oszczędzić najważniejszych siatkarzy na ćwierćfinał.

Czy taka akcja, jak ta ostatnia i decydujące, gdy Paweł Zagumny posłał piłkę do Michała Winiarskiego, wynika z suwerennej decyzji rozgrywającego, czy pan wydaje konkretne polecenie?

- Zawsze ustalamy wszystko wspólnie. Rozmawiamy z wystawiającym, pytamy, kto jak się czuje, widzimy, kto utrzymuje wysoką skuteczność, jak reagują przeciwnicy etc. Zresztą wspólne ustalenia obejmują całość gry, nawet ustawianie bloku. Niestety, potem wybór zależy od przyjęcia. Jeśli Zagumny nie dostanie piłki dwa metry od siatki, to musi wybrać opcję rezerwową. Albo z kilku wariantów zostaje mu wręcz jeden. I plany biorą w łeb. Niezależnie od tego, kto rozgrywa, czy jest nim Vermiglio czy Grbić. Nad taktyką pracujemy cały czas, ale to nie znaczy, że Kadziewicz, skoro wykona zadanie i skoczy do bloku, to na pewno zatrzyma w ostatniej akcji Bovolentę.

Gruszka: Niewidzialna granica porażki ?

Jak Pan skomentuje decyzję sędziego przy stanie 4:5, gdy piłka po włoskim bloku dotknęła antenki, a arbiter odgwizdał błąd atakującego wówczas ze skrzydła Michała Winiarskiego?

- Owszem, Arbiter pomylił się, ale to nie ma znaczenia. Nam jego błędy dają trzy punkty, im cztery, pomyłki pomagają i szkodzą obu stronom. Nie wpływają na wynik. Znacie mnie od czterech lat i wiecie, że ja nigdy nie obwiniam sędziów. Ich błędy się nie liczą, drużyny znają wynik i walczą dalej, tylko one są odpowiedzialne zwycięstwo lub porażkę. Moim i wszystkich trenerów zadaniem jest przekonanie zawodników, by myśleli identycznie i skupili się na grze. Muszą robić swoje, nie rozpamiętywać tamtej akcji, lecz zachować spokój i przytomność umysłu. Żeby tak było, nie mogę robić dramatów.

Sebastian Świderski mówił, że siatkarze byli w pierwszym secie bardzo zdenerwowani...

- Prawda, choć to zdenerwowanie i przez to brak precyzji nie obejmowały całości gry. Przyjęcia i atak wyglądały dobrze, blok i obrona - już nie. Gracze byli spięci, brakowało im pełnej jasności umysłu, inteligencji, pogody ducha. Gdybyście zobaczyli powtórki z chwil, gdy brałem czas, przekonalibyście się, że ja właściwie ich głównie uspokajałem, chłodziłem ich głowy. Nie chodzi o to, że brakowało koncentracji. Ona była, nikt też się nie bał. Nerwy wynikały z przebiegu gry, z nieudanych akcji w defensywie. Zasłużył się tutaj także Vermiglio, który w pierwszym dwóch setach rozgrywał perfekcyjnie. Nawet po niedokładnym przyjęciu wybierał idealne taktycznie rozwiązania. Nasze nerwy były efektem poziomu gry przeciwnika.

Z czasem moi siatkarze wypogodnieli i odzyskali równowagę. Wtedy ten sam problem dotknął Włochów, a my doprowadziliśmy do tie-breaka.

Nie myślał Pan, żeby prędzej wprowadzić Wikę i Możdżonka?

- Świderski grał w pierwszym secie dobrze, nie widziałem potrzeby. Pliński ani nie atakował, ani nie blokował, ani nawet nie dotykał piłki przy skakaniu do bloku, więc go zdjąłem. Wtedy, gdy zobaczyłem, że gra źle. Świderski był przez pewien czas najlepszy na boisku, zmieniłem go, gdy zepsuł kilka ataków.

Drzyzga: Zastanawiajace, że Raul Lozano czekał tak długo ze zmianami ?

Poza szczęściem, którego wam bezwzględnie zabrakło, jaki element zadecydował o tym, że przegraliście?

- Przeanalizujmy (Lozano wyciąga statystyki robione przez analityków kadry - red.) wszystkie elementy, biorąc pod uwagę dane całkowite, obejmujące cały mecz. W ataku jesteśmy lepsi, w serwisie - też. Błędów popełniliśmy mniej. Oni mieli dwa bloki więcej. Dwa bloki na pięć setów? Jak z tego wyciągnąć generalny wniosek?

Oczywiście wiem, liczby wszystkiego o meczu nie mówią, zwłaszcza gdy rozpatruje się je globalnie, zliczając wszystkie akcje. Tutaj wygląda wszystko jak w tenisie, w jednym secie można zapewnić sobie zwycięstwo w szczegółowych statystykach, a mecz potem przegrać. Jeśli miałbym zwrócić uwagę na konkretny element, to chyba na ich grę na środku siatki. Nasi skrzydłowi na pewno byli lepsi niż Cisolla i Martino. Natomiast włoscy środkowi zaliczyli zbyt wiele ataków, po których my już nic nie mogliśmy zrobić, nawet dotknąć piłki, trochę im przeszkodzić. Niestety, nasz serwis powinien był wyrządzić im więcej szkód. Utrudnić im atak z pierwszego tempa. Próbowaliśmy utrudniać zagrywkę, zmieniać siłę i kierunki serwisu, ale to nie wystarczyło. Doświadczenie Mastrangelo i Bovolenta zadecydowało, oni utrzymali drużynę, bez nich by padła.

Ale to wszystko drobiazgi. Naprawdę małe drobiazgi. Mówię o nich dlatego, że mecz był aż tak niesamowicie wyrównany.

Dlaczego nasi zawodnicy na początku w ogóle nie atakowali środkiem?

- Oni byli na to gotowi, skakali tam w ciemno. Studiowali Zagumnego, tak jak my Vermiglio. Dlatego nasz rozgrywający musiał szukać możliwości zbijania ze skrzydeł i z drugiej linii. W takich malutkich sprawach może byśmy znaleźli przyczynę porażki, w danych opisujących cały mecz - nie. Dzięki nim nigdy nie odkryjemy i nie zrozumiemy, co się stało. Trzeba grzebać po kolei, set po secie.

Co Pan powie w szatni siatkarzom?

- Mają prawo być rozgoryczeni, straszliwie rozgoryczeni, ale powinni być spokojni, że zrobili wszystko, co mogli. Przecież dali z siebie wszystko co mieli najlepszego. Pracowali wspaniale. Nie mogę mieć do nich najmniejszych pretensji. Byliśmy drużyną, która zasłużyła na awans, ale przegrała. Zawodnicy mogą wracać do kraju z podniesionymi głowami.

Choć wiem, że w Polsce macie tendencję - przede wszystkim wy, dziennikarze - by po zwycięstwie robić z nas bohaterów, a po porażce niedorozwiniętych. Są jeszcze stany pośrednie. Ocena naszej pracy nie może zależeć od dwóch punktów - jeśli są wygrane, stajemy się fenomenalni, jeśli przegrane, dzieje się katastrofa. Gdy przed konferencją prasową ściskaliśmy się z trenerem Anastasim, właśnie o tym mówiliśmy, o tych dwóch piłkach, które nas dzieliły. Powiedział mi: no widzisz, dwie akcje w tę stronę i jestem bohaterem. A byłoby w drugą i bym był ofiarą.

Jak drużyna wygra jeden mecz i cztery przegra, to dajcie nam popalić, graliśmy źle. Ale jak rywalizujemy w mocniejszej grupie i mamy dorobek identyczny z Brazylią oraz Rosją, a potem odpadamy po wyniku 15-17 w tie-breaku, to obok goryczy zasługujemy jeszcze na zrównoważoną ocenę.

Świderek: Zabrakło chłodnej głowy ?

To był pana ostatni mecz z reprezentacją Polski?

- Poprowadzę ją jeszcze w barażach eliminacji do mistrzostw Europy. Mój kontrakt wygasa, ale spytano mnie, czy mogę zrobić jeszcze to, a ja odpowiedziałem: no problem. Potem się być może pożegnamy.

Chciałby pan zostać?

- Najpierw musi chcieć tego związek, to on decyduje. Złożyli mi ofertę, której nie zaakceptowałem. Miałem dostać kontrakt o takiej samej wysokości, jak dotychczas, nawet jeśli zdobędę medal w Pekinie. Odpowiedziałem, że czekamy na igrzyska i koniec. W przyszłym tygodniu opublikuję swoje stanowisko w tej sprawie, przedstawię moją decyzję i wyjaśnię motywy. Teraz kończą się igrzyska i nie chcę o tym rozmawiać, to zły moment. Obiecałem, że po igrzyskach jeszcze porozmawiamy, ale najpierw niech ochłonę. Nie zamykam żadnych drzwi, niczego nie wykluczam. Skończył się jeden cykl, trzeba pomyśleć, czy otwieramy następny.

Z czterech lat jestem bardzo zadowolony. Uważam, że porażki tak naprawdę doznaliśmy jednej - na mistrzostwach Europy. Na wszystkich innych turniejach graliśmy dobrze lub bardzo dobrze. W Estonii przegraliśmy, bo szykowaliśmy się do interkontynentalnych kwalifikacji olimpijskich w Espinho. W Rio de Janeiro przegraliśmy, bo przygotowywaliśmy się do igrzysk. Spośród zawodów, które stawialiśmy sobie za cel, nie wyszły na jedne, właśnie tamte w Moskwie. Nawet za przegrane w Izmirze eliminacje europejskie nie można mieć do nas pretensji. Tam wystąpiliśmy bez pięciu kontuzjowanych graczy, ale graliśmy dobrze.

To mój bilans. Plus trzy awanse do finału LŚ. Nasza pozycja w rankingu FIVB najpierw wzrosła, a potem, choć wahała się między trzecim-szóstym miejscem, zawsze utrzymywała się w ścisłej czołówce.

Jeśli się pan nie dogada z PZPS, pana następcą powinien zostać obcokrajowiec czy widzi pan odpowiedniego kandydata w Polsce?

- Nie odpowiem. Trenera wskazuje i zatrudnia związek. Ale bądźcie spokojni, wasza męska siatkówka zrobiła gigantyczny postęp. Nie tylko reprezentacja, także kluby, przecież kontrakty w lidze wzrosły trzykrotnie.

Kto zdobędzie w Pekinie złoto?

- Podtrzymuję opinię o siedmiu bardzo wyrównanych drużynach. Brazylia jest faworytem w półfinale z Włochami, wydaje się w lepszej formie przede wszystkim fizycznej. O złoto powinno zagrać z Amerykanami.

Rosja w półfinale ?

Więcej o: