Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Sensacyjny mistrz Włoch. "Pastuchy i dzikusy" zagrały na nosie bogaczom

Pół wieku temu w Serie A strzelił piorun: Gigi Riva i jego koledzy z Cagliari. Mają dziś ulicę nazwaną na swoją cześć, powstały o mistrzach z 1970 roku filmy i książki. O tych, którzy przyłączyli Sardynię do Włoch. I zagrali na nosie bogatej Północy mającej wyspiarzy za pastuchów i dzikusów.

We wspomnieniach 12 kwietnia 1970 roku nawet wielka Maracana jest malutka przy stadionie Amsicora w Cagliari. Jak pisał w "Calcio" John Foot: gdyby wierzyć każdemu, kto mówi, że był na meczu pieczętującym mistrzostwo Włoch dla Cagliari, to na betonowe stopnie Amsicory – taka tam była trybuna główna: beton z wymalowanymi numerami - musiałoby się wtedy wepchnąć ćwierć miliona widzów. A stadion mieścił niewiele ponad 30 tysięcy. Tamtego dnia, gdy Cagliari pokonało Bari 2:0, a Juventus przegrał z Lazio i nie był już w stanie dogonić lidera z Sardynii, każdy kto chciał się dostać na stadion, musiał czekać pod Amsicorą od rana. Carabinieri wypatrzyli nawet w tym tłumie dwóch zbiegów z więzienia. Zakuli ich w kajdanki, ale mecz pozwolili im obejrzeć do końca.

Zobacz wideo TOP 7 niewykorzystanych akcji polskich piłkarzy w Serie A i Bundeslidze

Superstrzelec Gigi Riva, czyli Zlatan skrzyżowany z Cristiano Ronaldo

Tego dnia, jak napisał najsłynniejszy włoski dziennikarz sportowy Gianni Brera, Sardynia została przyłączona do Włoch. Sardynia, która w tamtych czasach, jeśli trafiała na czołówki gazet, to albo z powodu calcio, albo z powodu porwań dla okupu. Te porwania bogaczy uchodziły za sardyńską specjalność, a w drugiej połowie lat 60. tak się nasiliły, że powołano specjalną parlamentarną komisję śledczą do spraw przestępczości na tej wyspie. W takiej atmosferze Cagliari Calcio z wyspy porywaczy zdobywało swój pierwszy i do dziś jedyny tytuł mistrza Włoch.

A pierwszego gola w decydującym meczu z Bari strzelił oczywiście Luigi Riva, którego Brera nazywał Grzmotem Pioruna. Najlepszy strzelec w historii reprezentacji Włoch, mistrz Europy z 1968, wicemistrz świata z 1970 i wreszcie mistrz świata z 2006, ale już w roli menedżera kadry. Piłkarz którego „La Gazzetta dello Sport” opisała we wspomnieniowym tekście jako połączenie Zlatana Ibrahimovicia i Cristiano Ronaldo. Silny jak tur, świetny w powietrzu. Wybijał palce bramkarzom swoimi strzałami, a za odwagę w polu karnym płacił regularnie kontuzjami. Tamtej wiosny 1970 zmierzał po trzeci w karierze tytuł króla strzelców. Jego "11" na koszulce jest w Cagliari zastrzeżonym numerem.

Cagliari walczyło w imieniu całego Południa, na Północy wyzywano jego piłkarzy od bandytów i owiec

Amsicora – pisany też Ampsicora – był Sardyńczykiem, starożytnym bogaczem, który stanął na czele powstania mieszkańców wyspy przeciw Rzymowi. A Gigi Riva przyjechał na Sardynię z północy, z Lombardii. W mistrzowskiej drużynie, jak wspomina libero Pierluigi Cera, łatwiej było znaleźć niepalącego niż prawdziwego Sardyńczyka. A niepalących było tylko dwóch. Ale mieszkańcy wyspy pokochali tę bandę piłkarzy jak swoich. Z wzajemnością: aż ośmiu piłkarzy z mistrzowskiej drużyny pozostało na Sardynii do końca karier.

Dziś mają w Cagliari swoją ulicę, Viale dei Campioni d’Italia 1969/1970. Ulica łączy trzy stadiony: starą Amsicorę, stadion Sant’Elia, zbudowany na debiut w europejskich pucharach w 1970 (Cagliari zagrało w pucharach tylko cztery razy, ostatni raz wiosną 1994), a wyburzony by zrobić miejsce pod tymczasowy stadion Sardegna Arena. Tymczasowy, bo już budowany jest nowy, Cagliari Arena (to skomplikowane, ale nie tak skomplikowane, jak było za czasów poprzedniego prezesa Cagliari, który próbował mecze domowe grać w Trieście, tysiąc kilometrów od Sardynii, bo nie mógł dogadać się z miastem). Jak żartuje "La Repubblica", w Turynie pewnie nie ma aż tyle dużych ulic, żeby je ponazywać na cześć wszystkich mistrzostw Juventusu. Ale dla Cagliari ten tytuł z kwietnia 1970 jest najważniejszy w historii calcio. To banda Rivy wyruszyła z Sardynii na zwycięskie powstanie przeciw potędze Północy w Serie A: potędze Lombardii, Piemontu, Ligurii, tych ziem na których brytyjscy przemysłowcy i kupcy uczyli Włochów miłości do futbolu, i gdzie zawsze było dość pieniędzy, by budować piłkarskie potęgi. Przeciw bogatej Toskanii, bo to Fiorentina broniła w tamtym sezonie mistrzostwa. Nie przystawała do tego świata zacofana, rolnicza Sardynia, od zawsze traktowana po macoszemu, jak spichlerz. Wyspa porywaczy, pasterzy, taniej żywności i taniej siły roboczej. Piłkarze Cagliari na stadionach w Mediolanie i Turynie byli wyzywani od bandytów i owiec. Nigdy wcześniej ani później mistrzostwo Włoch nie zjechało tak nisko na południe jak w 1970 roku. Nigdy wcześniej ani później mistrzostwo nie trafiło na włoską wyspę.

Sardynia, wyspa skazańców: bieda, malaria, przestępczość – i wielki futbol

"Pierwszy zwycięski zespół z ziem, na których wieje scirocco" - pisał Gianni Brera o Cagliari Calcio i suchym południowym wietrze. Do czasu scudetto z 1970 roku tytuł mistrzowski najdalej na południe był w Rzymie: raz, w 1941, gdy wygrała Roma. Gdy Włochy organizowały  mundial 1934, z ośmiu stadionów żaden nie był na włoskich wyspach, a tylko jeden poniżej linii Rzymu, w Neapolu. Neapol, piłkarska duma Południa w czasach Maradony, leży sto kilkadziesiąt kilometrów wyżej na północ niż Cagliari.

Sardynia to była dla mieszkańca północnych Włoch Afryka. Tak ją nazwał sam Riva, gdy przyjechał tu grać w 1963 roku. Namówił go trener Arturo Silvestri, dziś nieco zapomniany budowniczy tamtego Cagliari, bo cała sława przypadła Manlio Scopigno, który prowadził drużynę w latach 1966-1972. Ale bez kontaktów i siły przekonywania Silvestriego, bez biznesowego zmysłu szefa klubu, Andrei Arrici, nie byłoby na Sardynii Rivy i nie byłoby tego scudetto. A Piero Marras nie śpiewałby w piosence nagranej na trudne czasy, w latach osiemdziesiątych, że „gdy powróci Gigi Riva” wszystko będzie inaczej: ludzie będą dla siebie lepsi, solidarni, nie będzie strachu i wszyscy awansujemy do Serie A.

Pierwsze wrażenia z Sardynii Riva miał okropne: droga z lotniska Elmas słabo oświetlona, wszystko zapuszczone. "Wyspa jak dla skazańców" - mówił Riva. Biedna, zacofana, malaryczna. Jeszcze w latach 50. bajkowe krajobrazy tej wyspy były głównie pod opieką pasterzy, a nie jak dziś, hotelarzy i właścicieli plaż. W wielu miejscach nie było elektryczności ani bieżącej wody. Gdy przyjeżdżali tam przedstawiciele Banku Światowego, to nie żeby smażyć się na jachtach, jak dziś, tylko nadzorować programy walki z malarią.

"Gigi Riva przyniósł tu nowoczesność: dla niego pasterze zaczęli kupować tranzystorowe radia"

To właśnie jeden z tych bankierów, podczas delegacji służbowej w sprawie malarii, zakochał się w Sardynii - i w gigantycznych zyskach, które sardyńskie wybrzeża mogły dać temu, kto je dobrze zagospodarował. Bankier pod koniec lat 50. sprowadził na wyspę wspólnika: brytyjsko-irański inwestor Aga Chan (reprezentant Iranu w narciarstwie alpejskim w igrzyskach w Innsbrucku) kupił kilkadziesiąt kilometrów wybrzeża i zaczął tam po swojemu urządzać raj na ziemi, czyli Costa Smeralda. Tak jak Riva, zignorował pierwsze, złe wrażenie, i został na wyspie na lata.

Zaczęli tu też w latach 60. ściągać inni wielcy inwestorzy. Rodzina Morattich, właścicieli Interu Mediolan, wybudowała na Sardynii rafinerie SARAS. Angelo Rovelli, milioner i olimpijczyk z Sankt Moritz w bobslejowej czwórce, stawiał tu zakłady petrochemiczne SIR.  Kilka sardyńskich wiosek zmieniło się w tamtych czasach w plan filmowy spaghetti westernów, tu powstał np. „Giarrettiera Colt” z Nicolettą Machiavelli w roli głównej, obraz który Quentin Tarantino wymieniał wśród swoich filmowych słabości.  Ale jak pisał biograf Rivy, to nie wszyscy oni, ale właśnie Gigi Riva przywiózł na tę wyspę nowoczesność. To dla niego "pasterze kupowali radia tranzystorowe, żeby słuchać transmisji meczów".

W bramce rywal Dino Zoffa, w obronie król goli samobójczych, z imieniem na cześć Komuny Paryskiej

Riva nie ruszył się z Cagliari do końca kariery, mimo że dostawał świetne oferty od włoskich potęg. W latach 80. był nawet krótko – bardzo krótko - prezesem Cagliari. Potem długo pracował w sztabie reprezentacji. A od 2019 jest prezesem honorowym Cagliari. I na etacie piłkarskiego mitu Cagliari. Strzelił w sezonie mistrzowskim 21 goli. A obrona wpuściła tylko 11 bramek, co jest rekordem Serie A.

W bramce stał Ricky Albertosi, wielki rywal Dino Zoffa w reprezentacji.  Przed nim grał m.in. Comunardo Niccolai, który imię sławiące Komunę Paryską zawdzięczał ojcu, zagorzałemu antyfaszyście. Ale nazwisko Niccolai stało się w historii calcio sławniejsze niż to imię: o wyjątkowo absurdalnych samobójach mówiło się przez dziesięciolecia we włoskim języku piłkarskim, że są niccolaiskie. Niccolai nie strzelił ich wcale tak wiele, sześć w całej karierze (np. Franco Baresi strzelił osiem), ale były albo wyjątkowej urody, albo wybitnie kuriozalne – np. zagranie w stronę własnej bramki po gwizdku, ale gwizdku który słyszał tylko Niccolai. Był w tej drużynie Pierluigi Cera, pomocnik wcielony w sezonie mistrzowskim z konieczności  w rolę libero, w której rozkwitł. Był Brazylijczyk Nene, który trzy lata grał  w Santosie Pelego, potem przemknął przez Juventus aż wylądował ze swoimi dryblingami i przesądami na Sardyniii i już nie chciał się stąd ruszać. Był Angelo Domenghini, sprowadzony do ataku w sezonie mistrzostwa, mistrz Europy z 1968, tak jak Gigi Riva. Był Sergio Gori, który mistrzostwo zdobył nie tylko z Cagliari, ale też z Interem i Juventusem.

Mistrzostwo bez trenera na ławce. "Wsadź sobie tę chorągiewkę w dupę"

Trenera ta banda też miała wyjątkowego. Obecny wiceprezes Cagliari Fedele Usai powiedział w jednym z rocznicowych wywiadów, że Manlio Scopigno to jeden z najbardziej niedocenianych trenerów swoich czasów, połączenie Helenio Herrery z Jose Mourinho. Scopigno nazywany był Filozofem, bo jeszcze podczas kariery piłkarskiej skończył pedagogikę na rzymskim uniwersytecie, a w tamtych czasach piłkarz nawet z wykształceniem średnim to był oryginał.

Ale to tylko punkt wyjścia do mistrzowskiej historii: piłkarze Cagliari tytuł wywalczyli bez trenera na ławce, Scopigno przez pięć miesięcy kierował nimi z trybun, za obrażenie sędziego. W przegranym meczu w Palermo Scopigno był opluwany przez siedzących za nim kibiców. Skarżył się na to liniowemu, ale ten kompletnie go ignorował. Scopigno poradził mu więc głośno, żeby sobie chorągiewkę wsadził w dupę. Co było dość zaskakującym wybuchem złości u zakochanego w literaturze i sztuce trenera, o którym piłkarze mówili, że raczej do nich szeptał niż krzyczał. A w szał wpadał tylko, gdy ktoś z drużyny uchybił kobiecie. Choć język miał zawsze cięty. Przyszedł do Cagliari po nieudanym epizodzie w Bolonii, gdzie prezes klubu podejrzewał go o komunistyczne sympatie i szybko pogonił. A Scopigno zapytany, czy kiedyś rozważyłby powrót do Bolonii odpowiedział: tak, za sterami bombowca.

Scopigno zmarł w 1993 roku. Nie żyje też trzech piłkarzy podstawowego składu: Giulio Zignoli, Mario Martiradonna i Nene. Pozostali bohaterowie mieli właśnie świętować półwiecze tytułu mistrzowskiego, a w maju stulecie klubu. Ale koronawirus wszystko zmienił. Świętowanie na razie odbywa się w wersji online.

Były pewne nadzieje, że obecna banda Cagliari, z szefem Radją Nainggolanem, z Giovannim Simeone, Nahitanem Nandezem, Joao Pedro (i Sebastianem Walukiewiczem w kadrze), postara się o rocznicowy, pierwszy od ponad ćwierć wieku awans do europejskich pucharów. Oglądało się ich w pierwsze połowie sezonu znakomicie, potem przyszedł 2020 bez zwycięstwa - w 11 meczach - i siedem punktów straty do pucharowego miejsca, ale nie takie cuda już Sardynia widziała.

Przeczytaj też:

Pobierz aplikację Sport.pl LIVE na Androida i na iOS-a

Sport.pl LiveSport.pl Live .