Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

MŚ Seefeld 2019. Marcin Bachleda: Dziewczyny bardzo chcą, żeby skoczył z nimi Kamil Stoch

- Gdy debiutowałem w mistrzostwach świata, to myślałem, żeby sobie zrobić zdjęcie ze Schmittem czy Funakim. Człowiek się czuł zagubiony. "Z kim ja tu mam skakać? Jak? Z nimi?" - takie były myśli. Dziewczyny zobaczą te zawodniczki, które już znają z Pucharu Świata. Im się nie pootwierają szeroko oczy - mówi Marcin Bachleda, trener polskiej kadry kobiet w skokach narciarskich. W poniedziałek nasze zawodniczki wystąpią w pierwszych treningach na MŚ w Seefeld. Kamila Karpiel i Kinga Rajda szczególnie czekają na wspólny start z Kamilem Stochem
Zobacz wideo

Kamila Karpiel, lat 17, numer 23. Kinga Rajda, lat 18, numer 24 – polskie skoczkinie narciarskie w poniedziałek zadebiutują w mistrzostwach świata. Na razie tylko w seriach treningowych. Ale ich celem na obiekcie HS 109 w Seefeld jest awans do konkursu, a tam wejście do drugiej serii, czyli do najlepszej „30” (kwalifikacje i zawody odbędą się w środę). Później nasze juniorki będą chciały spełnić jeszcze jedno marzenie, chyba nawet większe – wystąpić w mikście (dwie kobiety i dwóch mężczyzn – w sobotę 1 marca) razem z Kamilem Stochem.

W bieżącym sezonie pod okiem Marcina Bachledy dziewczyny zrobiły postęp. Dwa tygodnie temu w Ljubnie konkursy Pucharu Świata Karpiel skończyła na 30. i 26. miejscu, a Rajda była 25. To „życiówki” zawodniczek. I zarazem najlepsze wyniki Polek w historii PŚ. W sobotę i niedzielę w niemieckim Brotterode aniołki „Diabełka”(to pseudonim Bachledy jeszcze ze skoczni) potwierdziły niezłą dyspozycję. W Pucharze Kontynentalnym Karpiel była druga i czwarta, Rajda – szósta i siódma.

Łukasz Jachimiak: Chętnie przyjmuje Pan gratulacje za ostatnie wyniki dziewczyn czy uważa Pan, że gratulować będzie warto dopiero większych osiągnięć?

Marcin Bachleda: Ja to odbieram pozytywnie i spokojnie. Już od dłuższego czasu mówiłem, że te dziewczyny stać na pewne skakanie w „30” Pucharu Świata. Tylko one musiały się trochę obyć z największymi zawodami. Musiały nabrać pewności siebie, bo to są młode dziewczyny, które wcześniej rzadko startowały z najlepszymi na świecie. Musiał być taki czas, że Kamila i Kinga skakały dobrze na treningach, że wtedy miały wyniki w „30”, a przychodziły kwalifikacje albo zawody i one nie wytrzymywały psychicznie, za bardzo chciały. To po prostu trzeba przejść i cieszę się, że mogliśmy dość dużo jeździć na Puchary Świata, dzięki czemu dziewczyny mogły złapać trochę pewności. Ostatnie punkty, najlepsze w życiu, sprawiły, że mają też lepsze humory. One sobie myślą: „O, skaczę normalnie i to wystarcza do bycia w Top 30”. A teraz trzeba dalej pracować, poprawiać różne błędy. Robić to dzięki kolejnym startom.

Dziewczynom zaczęło się marzyć duże przyspieszenie czy wiedzą, że z trzeciej „dziesiątki” nie przeskoczą od razu do pierwszej?

- Pewnie, że im się marzy więcej. Ale ja im tłumaczę, że jak będą chciały coś zrobić na siłę, za szybko, to wtedy mogą dużo stracić. Mówię im, że trzeba iść krok po kroku, że muszą być cierpliwe, konsekwentne. Dziewczyny muszą pracować i cały czas rozsądnie myśleć.

Rozumiem, że to rozsądek podpowiedział Panu, by po najlepszym występie dziewczyn w historii nie zabrać ich na kolejny Puchar Świata?

- Powiem tak: zastanawialiśmy się, ale stwierdziliśmy, że na razie musimy wszystko ustabilizować na średniej skoczni i jak dziewczyny będą w pełni stabilne, jak będziemy przyjeżdżać na takie zawody i one za każdym razem będą normalnie skakały swoje, to wtedy zaczniemy się przygotowywać do skoczni dużych. Uznaliśmy, że przed mistrzostwami świata lepiej będzie nie jechać na dużą skocznię do Oberstdorfu, tylko utrwalić sobie wszystko na mniejszej.

Zdecydowaliście się na start w Pucharze Kontynentalnym w Brotterode tuż przed mistrzostwami świata. Nie boi się Pan, że dziewczyny będą zmęczone?

- Kwalifikacje są 27 lutego, więc będzie na miejscu chwilka na odpoczynek i przyzwyczajenie się. A strat w Kontynentalu był dla dziewczyn też po to, żeby się podbudowały. Daleko nie mieliśmy, jadąc z Brotterode mieliśmy przecież pokonaną już połowę drogi z Polski do Seefeld.

Kamil Stoch zadeklarował, że chętnie wystartuje z dziewczynami w konkursie mieszanym. Pewnie to by dla nich duża rzecz?

- Dziewczyny bardzo by chciały, żeby Kamil z nimi wystartował. To by był dla nich historyczny moment. Jeśli będą tam skakały na swoim poziomie, to spokojnie możemy liczyć na dwie serie z Polską, czyli na miejsce w Top 8.

Myśli Pan, że na igrzyskach w 2022 roku będziemy mogli walczyć o coś więcej, może o medal?

- Bardzo dobrze będzie teraz wystawić miksta, pokazać młodszym dziewczynom, że warto trenować, bo można dojść do takich startów. Może dzięki temu będzie coraz więcej zawodniczek w kraju i z czasem będzie coraz łatwiej zbudować drużynę kobiet. U nas na razie nie ma z kogo zrobić drużyny, ale mam nadzieję, że za kilka lat będzie inaczej.

Podobno mamy w kraju 30 zawodniczek, licząc od małych dziewczynek do Pana kadrowiczek.

- Nie wiem czy by się tyle zebrało.

Dużo tracimy do świata, prawda? Z tego co wiem, Niemcy czy Słowenia samych seniorek mają po 30, a w sumie skoczkiń po 100.

Tak, w kadrze Niemiec jest osiem seniorek, a u nas przecież tak naprawdę nie ma ani jednej, w zawodach seniorskich skaczą juniorki. Kamila i Kinga w tym roku miały już swoje mistrzostwa świata – właśnie juniorskie, w Lahti.

Gdyby w Seefeld indywidualnie zajęły 25. i 26. miejsce jak w ostatnim starcie w Pucharze Świata, to uznałby Pan, że zrealizowały realizację cel?

- Tak, Top 30 to dla nich realny cel. I takie miejsca by im dały kolejny dowód, że się rozwijają. Ważne, żeby zrobiły swoje i nie chciały zrobić nic na siłę. To bardzo ważne, żeby poczuły, że swoimi normalnymi skokami robią dobre wyniki. Byłoby potwierdzenie, że warto iść krok po koku do góry.

Pan pewnie dobrze pamięta, że to trudne?

- Tak, niecierpliwość niektórych gubiła, na przykład mnie. Wiem po sobie jak było i tłumaczę dziewczynom na swoim przykładzie. Mówię im, co bym zrobił inaczej.

Który sezon miał Pan najlepszy, w którym czuł Pan, że może się przebić do światowej czołówki? Ten z 11. Miejsce w Kuusamo?

- Wtedy miałem dobry początek. A później miałem dobry cały sezon letni, gdy trenowałem ze Stefanem Horngacherem. Wtedy wygrałem cały Puchar Kontynentalny.

Co takiego ma ten Horngacher, że z każdego potrafi wycisnąć maksa? Pan mówi, że u niego miał najlepszy moment, Robert Mateja już jako bardzo doświadczony zawodnik przeżywał u Horngachera bardzo dobry czas, a z obecnej kadry wszyscy robili życiowe wyniki właśnie pod wodzą Austriaka.

- Stefan jest bardzo dobrym szefem. Dużo z ludźmi rozmawia, wszystko chce i umie wytłumaczyć. Jest jak psycholog. Potrafi zawodników nastawić, żeby wiedzieli, co trzeba zrobić. I ma dobre pomysły?

Jakie na przykład? Dotyczące sprzętu?

- Tak, myśli cały czas, ciągle się zastanawia, co zrobić, żeby było lepiej. Adam Małysz opowiadał kiedyś, jak pojechał ze Stefanem na loty na Kulm i wygrał po tym, jak mu Stefan doradził zmianę kombinezonu. Miałem podobną sytuację. Na początku lata mieliśmy uszyte kombinezony na trening. Mnie się dobrze w tym kombinezonie skakało, ale lepsze uszyliśmy na zawody. No i mi w tych zawodach nie szło początkowo tak, jak myślałem. Wtedy Stefan przyszedł, powiedział „Marcin, weź ten treningowy kombinezon i spróbuj jutro w zawodach w nim skoczyć. Nie myśl, że jest gorszy”. Od razu byłem na podium. Wtedy powiedział „Widzisz, nieważne nowy czy stary, z jakiego materiału. Skacz w tym, w czym się czujesz najlepiej”. Całe lato przeskakałem w zawodach w treningowym kombinezonie i do końca szło dobrze. Stefan patrzy i dużo widzi. Do tego dużo pyta. Jak się czujesz, jak coś chcesz robić, ciągle nad wszystkim czuwa.

Pan też tak potrafi? Pytam, bo w Seefeld Pana zawodniczki będą pewnie potrzebowały szczególnej uwagi. Pamięta Pan, jak to jest debiutować w mistrzostwach w wieku kilkunastu lat?

- Jest to duży stres, ale jest też duże podbudowanie się, motywacja. Zawodnik myśli „Wybrali mnie. Wybrali mnie, czyli prezentuję już jakiś poziom”. Najgorsze, że wtedy często się myśli „No to teraz muszę pokazać. Muszę, żeby wszyscy zobaczyli, że dobrze zrobili, że mnie wybrali”. I tu się robi problem. Nie wolno się chcieć pokazać, trzeba myśleć o tym, co się robi na skoczni, a nie o wyniku. Trzeba przyjechać, robić swoje, a później zobaczyć, jakie są wyniki.

Na MŚ w Ramsau w 1999 roku miał Pan 16 i pół roku. Co Pan zapamiętał z tamtych mistrzostw? Swój stres?

- Byłem juniorem i byłem bardzo zaszczycony. Wiadomo, że prestiż zawodów był bardzo wysoki, a ja sobie myślałem, że stanę na starcie z najlepszymi i to peszyło. Dziewczyny przyjadą na start i zobaczą te zawodniczki, które już znają z Pucharu Świata. Im się nie pootwierają szeroko oczy na widok Maren Lundby czy Sary Takanashi.

Pan otwierał szeroko oczy, widząc po raz pierwszy Martina Schmitta czy Kazuyoshiego Funakiego?

- Ja to myślałem, żeby sobie zdjęcie z jednym i drugim zrobić, a nie, że miałbym powalczyć. Przyjechałem z Kontynentala, po mistrzostwach świata juniorów. Dla mnie to był całkiem nieznany świat. Człowiek się czuł zagubiony. „Z kim ja tu mam skakać? Jak? Z nimi?” – takie były myśli. Dlatego teraz staraliśmy się jak najwięcej jeździć z dziewczynami na Puchary Świata, żeby one tak nie czuły. Oczywiście przerabiały takie myślenie jak to moje z Ramsau. Widziałem to po nich. Pytałem: „Co wy, dziewczyny, boicie się tych zawodniczek? A w czym one są lepsze od Was?”. „A bo one już po tyle razy wygrały” – mówiły dziewczyny. „Pracują, to wygrywają. Jak będziecie pracować, robić swoje, to też kiedyś dojdziecie do takiego poziomu” – tłumaczyłem.

I uwierzyły, że też będą wygrywały konkursy Pucharu Świata i medale wielkich imprez?

- Cały czas nabierają wiary. Teraz na pewno im łatwiej uwierzyć, że dojdą do takiego poziomu. Bardzo dobrze, że przyszły pierwsze efekty. To dobre też dla innych zawodniczek. Ważny moment jest wtedy, kiedy ktoś daje przykład. Jak Adam zaczął wygrywać ze wszystkimi na świecie, to myśleliśmy, że my też możemy. Chcieliśmy mu dorównać.

Dlaczego się nie udało?

- Teraz myślę inaczej niż wtedy. Źle robiłem. Niestety, każdy jest mądry po szkodzie.

Co Pan źle robił?

- Niespokojnie działałem, bez cierpliwości. Od razu chciałem być jak Adam. Chaos był. Nie myślało się o tym, co robić, jak pracować, tylko na siłę się chciało być dobrym. Od razu. No i tak się skończyło, że się nie udało. Teraz próbuję dziewczynom na swoich błędach wytłumaczyć, czego nie robić. Dużo rozmawiamy. Wiadomo, że mają swoje myślenie, swoje życie, ale one są ciekawe tamtych czasów, pytają o moje skoki. One praktycznie wszystko wiedzą. Oglądają, bo w Internecie można się cofnąć w tamte czasy.

Cenią Pana wyniki? Na razie do takich jeszcze nie doskoczyły.

- Mówię im, że takie wyniki na początek dla nich są dobre. Od czegoś trzeba zacząć.