Rywal Lewandowskiego, który marnował na potęgę. "Leniwy Drogba". Nikt w Polsce go nie przebił

Antoni Partum
Miał opinię lenia, boiskowego egoisty i w dodatku słynął z marnowania dogodnych okazji. Ale i tak został królem strzelców ekstraklasy, rywalem Roberta Lewandowskiego i do dzisiaj żaden piłkarz z Afryki nie strzelił w Polsce więcej goli. Takesure Chinyama, były napastnik Legii, kończy 40 lat.

Oczywiście, najsłynniejszym piłkarzem z Zimbabwe, który podbił naszą ekstraklasę był Dickson Choto. Stoper Górnika Zabrze, Pogoni Szczecin i Legii, w której grał przez dekadę, miał jednego kolegę rodaka - Takesure Chinyamę. Napastnik też zawitał do Warszawy, ale nie od razu.

Zobacz wideo "Nie mówimy o tym głośno, ale Legia walczy o mistrzostwo"

Zimą 2007 r. Chinyama opuścił ojczyznę i szukał szczęścia w Europie. 24-latek trafił na testy do Legii, ale Dariusz Wdowczyk wolał ściągnąć na Łazienkowską Bartłomieja Grzelaka. Afrykańskiego napastnika zaakceptował za to Maciej Skorża, ówczesny trener Groclinu Grodzisk. Pod jego okiem Chinyama strzelił cztery gole w 15 spotkaniach i zdobył Puchar Ekstraklasy. Choć w tamtym Groclinie grało kilku uznanych piłkarzy m.in. Piotr Świerczewski czy Radosław Majewski, to Chinyama po zaledwie sześciu miesiącach chciał zmienić klub. A i Groclin nie robił kłopotów, bo klubowi lekarze mieli wątpliwości co do jego zdrowia.

Powrót do Warszawy

Chinyama znów trafił do Legii, ale tym razem przyjęto go z otwartymi rękoma. - Uznaliśmy, że dobrze się zaaklimatyzował w Polsce, a potencjał ma ponadprzeciętny - wyjaśniał Leszek Miklas, ówczesny prezes. I trzeba uczciwie powiedzieć, że Chinyama był bardzo osobliwym przypadkiem. Świetne mecze przelatał fatalnymi. Nigdy nie było wiadomo, jaką formę wylosuje.

Problem w tym, że jak raził nieskutecznością, to jeszcze samym zachowaniem irytował kibiców. Chinyama często nawet nie próbował dobiec do podań, był ślamazarny. A do tego często wdawał się w niepotrzebne dryblingi. 

Rafał Nahorny i Cezary Olbrycht, komentatorzy Canal Plus, poświęcili mu nawet wiersz.

 

Ale choć marnował na potęgę i denerwował, to swoje strzelał. W pierwszym sezonie w stolicy zdobył 15 bramek (31 proc. goli Legii w lidze), w drugim 19 (37 proc.), co dało mu tytuł króla strzelców, ex aequo z Pawłem Brożkiem. To był okres, gdy w Lechu zaczynał się rozkręcać Robert Lewandowski. Poznańskie wydanie "Wyborczej" pisało o młodym Polaku "Czy Robert Lewandowski to 'drugi Chinyama'? Z powodu nieskuteczności Roberta już zaczyna się w Poznaniu nazywać 'drugim Chinyamą', który potrafi strzelić z kąta zero stopni, ale też spudłować z pięciu metrów".

Kilka miesięcy później narracja "Wyborczej" była już inna. "Kto lepszy: Lewandowski czy Chinyama?".

"Dwóch superstrzelców, z których każdy krytykowany jest za nieskuteczność, stanie w piątek naprzeciw siebie na Łazienkowskiej. Czy Robert Lewandowski z Lecha bądź Takesure Chinyama z Legii zdobędą zwycięskiego gola w ligowym hicie?" - pisał Radosław Nawrot, który od wielu lat opisuje "Kolejorza". Mecz się skończył remisem, a obaj strzelili po golu.

Ostatecznie Chinyama na boiskach ekstraklasy wystąpił 83 razy, strzelił 39 goli, zanotował 12 asyst i zdobył trzy mistrzostwa kraju. Do tej pory żaden piłkarz z Afryki nie strzelił w Polsce tylu goli. Sympatyczny Prejuce Nakoulma miał na koncie 25 goli, a legendarny Emanuel Olisadebe o pięć mniej.

Nowy wizerunek Emanuela OlisadebeW Kutnie sprzedawali samochód z 2000 r. "Pierwszy właściciel: Olisadebe. Poszedł błyskawicznie"

Ale z Chinyamą, którego określano "leniwym Drogbą z Zimbabwe", wiecznie były problemy. A to nie wrócił na czas ze zgrupowania Zimbabwe, a to spóźnił się na trening, a to był taki leniwy, że trener Jan Urban musiał wyrzucić go z zajęć. No i co najważniejsze: napastnik miał nieustanne kontuzje, najczęściej kolan.

Piłkarz z taką łatką i takim zdrowiem nie mógł trafić na Zachód, choć swego czasu plotkowano, że Eintracht Frankfurt oferował za niego aż trzy miliony euro. Po dogłębnej analizie Niemcy zrezygnowali. A Chinyama w styczniu 2012 r., po kilku miesięcznym rozbracie z futbolem, z podkulonym ogonem wrócił do Zimbabwe.

Potem spędził kilka lat w RPA. Do Polski wrócił latem 2016 roku. Ściągnął go trzecioligowy klub LZS Piotrówka [czwarty poziom rozgrywkowy], który słynął ze sprowadzania dużej liczby obcokrajowców, szczególnie z Afryki. 

Chinyama zadebiutował w spotkaniu z Szombierkami Bytom i na dzień dobry miał udział przy pierwszej bramce, a potem sam strzelił na 2:1. - Fizycznie nie jest jeszcze w najwyższej formie, ale jak się odbuduje spokojnie poradzi sobie wyżej - mówił prezes Piotrówki, Ireneusz Strychacz.

Chinyama nie ukrywał, że myśli o grze w ekstraklasie. - Wszystko zależy od zdrowia - mówił były król strzelców naszej ligi. Ale jednak nie udało się. Karierę kończył w rodzimym FC Platinum.

I choć na pewno czuje niedosyt związany ze swoją piłkarską przygodą, to w Polsce będziemy go pamiętać latami. Póki, co pozostaje najskuteczniejszym Afrykaninem na polskiej ziemi. A 39 bramek nie będzie łatwo przebić. 

Więcej o: