Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wisła Kraków może pozbawić nadziei dwa kluby. Mocne słowa byłego trenera. "Siódmy odrzut pomarańczy"

- Tradycja, piękne miasto, przyzwoity stadion, kibice, którzy lubią oglądać dobrą piłkę - to wszystko jest w Gdyni marnowane - mówi związany z Arką Gdynia Bogusław Kaczmarek. Z trenerem rozmawiamy o coraz bliższej spadku z Ekstraklasy Arce, ale też o siódmym odrzucie pomarańczy kubańskich, Davidzie Copperfieldzie, "Śnie o Warszawie", bankomatach dla zagranicznych piłkarzy i ich ustach z botoksu.

Raków Częstochowa - Arka Gdynia 3:2 i Zagłębie Lubin - Korona Kielce 2:1. Piątkowe wyniki 33. kolejki Ekstraklasy oznaczają, że Arka i Korona są coraz bliżej spadku do I ligi. Pewny degradacji jest już ostatni w tabeli ŁKS. W sobotę zagra z nim Wisła Płock. A Wisła Kraków zmierzy się w Zabrzu z Górnikiem. Jeśli Wisły wygrają, na cztery kolejki przed końcem sezony los Arki i Korony będzie już niemal przesądzony.

Końcówka tabeli wygląda teraz tak:

  • 12. Wisła Płock 32 mecze, 39 punktów
  • 13. Wisła Kraków 32, 38
  • 14. Arka Gdynia 33, 33
  • 15. Korona Kielce 33, 30
  • 16. ŁKS Łódź 32, 21
Zobacz wideo Zawodnicy będą mniej zarabiać? "W Polsce wielu piłkarzy ma eldorado"

Łukasz Jachimiak: Jak to było z Pana pracą trenerską w Arce Gdynia? Pytam, bo chyba niesłusznie bywa Pan przedstawiany jako były zawodnik i trener tego klubu?

Bogusław Kaczmarek: Oczywiście, że Arki nie prowadziłem. Kibice Lechii uważali, że ją zdradziłem, idąc pracować do Arki. A ci z Arki chcieli mi odmawiać prawa do bycia arkowcem. Jako piłkarz spędziłem w Arce swoje najlepsze cztery lata i to były też najlepsze lata Arki. Zdobyła wtedy Puchar Polski, była w czołówce ligi, grało w niej kilku reprezentantów kraju. A polska piłka się wtedy liczyła w świecie, bo na mistrzostwach świata zajęliśmy trzecie miejsce. Później w Lechii spędziłem ponad 20 lat. Mam na Lechii swoją gwiazdę. I kiedy wybrałem się do pracy w Arce, to ci z Lechii chcieli bormaszyną tę gwiazdę zniszczyć. Dobrze, że zablokowało to dwóch mądrych ludzi liczących się w tym światku. Ale nikt nie powstrzymał arkowców mówiących, że jestem lechista i nie mam czego szukać w Gdyni. Widziałem niechęć, więc absolutnie się tam nie pchałem. To było zaraz po Euro 2008 [Kaczmarek brał udział w turnieju jako asystent Leo Beenhakkera, który prowadził reprezentację Polski]. Dyrektor sportowy Czesław Boguszewicz, mój przyjaciel, z którym w Arce grałem i z którym później zdobywałem Puchar Polski ja jako zawodnik, a on jako trener, bardzo chciał, żebym na czytelnych, dobrych zasadach pracował w Gdyni. Ale w imię czego ja się tam miałem podkładać? Byłem tam półtora dnia. Pobiłem swój rekord z Widzewa.

Ile dni przepracował Pan w Widzewie?

- Siedem. Byłem w GKS-ie Katowice, gdzie nie płacono przez ponad pół roku, gdy panowie Pawelec i Grajewski stwierdzili, że jestem tą osobą, która odbuduje wielkość Widzewa. Ale szybko zobaczyłem, jaka jest tam sytuacja i pięknie im podziękowałem. No ale tam poprowadziłem aż siedem treningów, a w Gdyni tylko jeden. I po sparingu z Polonią Warszawa zremisowanym 1:1 odniosłem się do listu kibiców piszących, że nie życzą sobie, żebym był trenerem. Powiedziałem im na to "Pocałujcie misia w nos".

Myśli Pan, że w piątek Arka spadła już z Ekstraklasy?

- Zostały jej jeszcze cztery mecze, może zdobyć jeszcze 12 punktów, a do Wisły Kraków traci pięć.

Tylko że Wisła swój mecz 33. kolejki dopiero zagra. Jeśli wygra w Zabrzu...

- Jeśli wygra. Ale jeszcze nie wygrała.

Jest sens bawić się w matematykę, skoro Arka gra źle? Przecież ona nie wygląda na zespół, który umiałby wykorzystać wpadki rywali. Właśnie przegrała z pewnym już utrzymania Rakowem, niedawno z Wisłami, z którymi niby walczy o uniknięcie spadku, tylko bezbramkowo remisowała, gra w kratkę, nie stać jej na serię zwycięstw.

- To prawda, odrobienie strat wygląda nawet nie na bardzo trudne, tylko na niemożliwe. Arka gra trochę lepiej niż przed pandemią koronawirusa, widać, że trener Ireneusz Mamrot jakiś impuls drużynie dał, ale sytuacja była zbyt trudna, żeby się uratować. Obecna sytuacja Arki to pokłosie nieporozumień w poprzednim układzie właścicielskim. Gdyby Arka wcześniej punktowała trochę lepiej, Mamrot miałby większe szanse. A tak można się pocieszać, że 2:3 z Rakowem i wcześniej 3:2 z Zagłębiem to jakiś promyk nadziei, że Arka zaczęła grać do przodu. Ale ktoś spaść z ligi musi i szkoda, że to się najpewniej przytrafi Arce. Chociaż ja jeszcze czekam do meczu Wisły Kraków w Zabrzu.

W poprzednim sezonie Arka po rundzie zasadniczej była na miejscu spadkowym, ale ostatecznie się uratowała. Miałoby się jej znów udać? Bez wyciągnięcia wniosków?

- To prawda. I to jest bardzo zastanawiające. Tradycja, piękne miasto, przyzwoity stadion, kibice, którzy lubią oglądać dobrą piłkę - to wszystko jest w Gdyni marnowane. Boli mnie, że tam brakuje kultury klubu, tożsamości. W Arce jest jeden arkowiec z krwi i kości. To Michał Nalepa. I jest jeszcze Michał Młyński, młody chłopak, który przyszedł z Przodkowa i gra w Arce od juniora. Poza tym trudno się doszukać miejscowego pierwiastka. Kiedyś Trójmiasto było wylęgarnią talentów. A teraz i Arka, i Lechia to wieże Babel, bankomaty dla zagranicznych zawodników. Natomiast polska młodzież ląduje na piłkarskim śmietniku.

Polacy są źle wyszkoleni i dlatego przegrywają z zagranicznym zaciągiem z niższych lig? Czy decydują inne względy?

- Przez siódmy odrzut pomarańczy kubańskich dzieje się w naszej piłce wiele złego. Również z powodu sprowadzania piłkarzy na przykład z hiszpańskiej trzeciej ligi nasi zawodnicy się nie rozwijają. Jak nam się sprawdza taka polityka, widać w pucharach. Średnie drużyny z Europy wracają z wakacji i szykują się do sezonu, a my już w preeliminacjach międzynarodowych rozgrywek żegnamy się z Europą. To musi pobudzać do myślenia. Super, że jest Robert Lewandowski i że ciągnie reprezentację Polski. Ale trzeba widzieć, że nasza piłka to wstyd. 38 milionów Polaków w kraju i 12 milionów żyjących na obczyźnie nie może się pochwalić chociaż średnią drużyną. To boli, ale to żadna niespodzianka, skoro dzieci szkolą u nas animatorzy piłki, a nie profesjonalni trenerzy. Trener z przeszłością piłkarską rozwinie swoich zawodników technicznie, a trener tylko książkowy, akademicki, nauczyć może jedynie taktyki. Młodzież potrzebuje przede wszystkim rozwoju pod względem technicznym. Dzięki technice można skonstruować każde ustawienie, dobrać organizację gry, wyznaczyć drużynie filozofię.

Michał Probierz ma bogatą przeszłość piłkarską w ekstraklasie i w tej ekstraklasie wiele razy kreował się na obrońcę polskich piłkarzy. Dlaczego wystawia tylko jednego Polaka? Ma Pan dla niego wytłumaczenie?

- Michał Probierz próbuje się bronić, mówiąc, że powinni grać najlepsi.

Ale Probierz jest w zarządzie Cracovii i ma wpływ na to, że w jej kadrze jest więcej obcokrajowców niż Polaków. A skoro tak, to trudno, żeby będący w mniejszości Polacy byli najlepsi.

- Sam pan to wyartykułował. Nie chcę Probierza postponować, jego adwokatem też nie chcę być. Popatrzmy na inny przykład. W Koronie Kielce jeden Gino Lettieri przez dwa lata prowadzenia drużyny skorzystał z około 50 piłkarzy. Tak się pracuje w naszej lidze. Jak tu mówić o konstruktywnym myśleniu, logicznym działaniu, o jakiejś konsekwencji, wypracowaniu określonych zachowań drużyny na boisku? Nawet taki sztukmistrz jak David Copperfield by tego nie zrobił przy tak ogromnych zmianach. Niestety, zmiany w polskiej piłce, jak i w polskim życiu publicznym, są rzeczą najtrwalszą. My cały czas coś zmieniamy, ale nie to, co naprawdę trzeba zmienić. W grudniu 2012 roku pracowałem w Lechii i pamiętam, jak wszyscy liczący się w Polsce trenerzy, włącznie z prowadzącym kadrę Waldemarem Fornalikiem, skontestowali projekt reformy rozgrywek. Mówiliśmy, że niepotrzebne jest granie 37 kolejek, a najbardziej szkodliwe jest dzielenie punktów po sezonie zasadniczym. Skończyłem biologię, więc powiedziałem, że przez podział to się rozwija w przyrodzie tylko pantofelek, a nasza liga na pewno nie rozwinie się dzięki dzieleniu tabeli czy punktów. Polski Związek Piłki Nożnej skupia mnóstwo mądrych ludzi. Świetnie, że są takie inicjatywy jak Akademia Młodych Orłów, system Pro Junior, Puchar Tymbarku i Piłkarska Kadra Czeka, Centralna Liga Juniorów jedna i druga, Narodowy Model Gry, suplementacja do niego. Ale my cały czas nie dbamy o ludzi, którzy te rzeczy mają wdrażać w życie. A bez odpowiednich ludzi te plany są makulaturą, piłkarskim planktonem. Od lat mam kontakt z piłką holenderską i wiem, że tam cały czas na dole piramidy pracują wybitni ludzie piłki. A u nas nie. Dla dzieci najważniejszy jest żywy obraz. Jest w centralnym układzie nerwowym coś takiego, co się nazywa neuronami lustrzanymi. Widziałem, jak one się uaktywniają u 14-, 15-letniego Robina van Persiego, kiedy pracował ze świętej pamięci Włodkiem Smolarkiem. Z ogromną przyjemnością patrzyłem, jak tego młodego człowieka z duszą artysty piłki uczy ktoś, kto nie miał wiedzy akademickiej, nie znał się na fizjologii, biomechanice, na metodyce nauczania, ale miał feeling piłkarski i rzeźbił talent Van Persiego. Umiejętna demonstracja, komunikacja, przekaz - o to w Eindhoven szkoląc młodzież dbają dziś Ruud Van Nistelrooy i Guus Hiddink, w Rotterdamie Dirk Kuyt, Ulrich van Gobbel czy Gaston Taument. To wszystko byli reprezentanci, zdobywcy trofeów. A u nas? Kilkakrotnie rozmawiałem z prezesem Bońkiem i prosiłem: "Zbyszek, powiedz mi, dlaczego tak mało polskich piłkarzy, ale tych z największą marką, pracuje z reprezentacjami i w klubach?". Zbyszek odpowiedział, że oni najlepiej czują się jako komentatorzy albo eksperci. Nie pada, bierze się dwie dychy, nie odpowiada się za nic i pracuje się jako papuga. Oczywiście niektórzy to robią bardzo dobrze i niech to robią. Zwłaszcza że w szkoleniu tym ludziom się nie daje zarobić. Czytałem niedawno jak prezes Animucki zapowiadał, że Ekstraklasa wypłaci klubom w sumie 220 milionów złotych. Świetnie. Apeluję więc: panie prezesie Animucki, niech każdy klub ma obowiązek przeznaczenia części pieniędzy na pensje dla trenerów grup młodzieżowych, na ich doszkolenie, staże zagraniczne dla nich, wyjazdy na konferencje. Niech ci ludzie mają godziwe warunki do pracy. Wiem, że w klubach z Trójmiasta dzieci są szkolone przez animatorów, którzy zarabiają 800-1000 złotych i nie mają czasu, bo pracują w trzech-czterech podmiotach. Efekt jest taki, że jak włączam mecz Chelsea - Manchester City, a następnego dnia Ekstraklasę, to widzę, że my uprawiamy całkiem inną dyscyplinę sportu, a dystans dzielący nas od ludzi grających w piłkę z każdym rokiem się powiększa.

Nie łudzi się Pan, że któryś z naszych klubów zacznie wreszcie iść w dobrą stronę?

- Proszę zobaczyć tabelę strzelców Ekstraklasy. 20 bramek ma Gytkjaer. Za nim są 36-letni Paixao i 36-letni Angulo. Nasz najlepszy strzelec to Parzyszek, który błąkał się po drugiej lidze holenderskiej. Ja się bardzo cieszę, że jest w lidze Karbownik, że jest Bida, że jest Białek, że jest Gumny. Ale Czechy czy Słowacja, dużo mniejsze populacje od naszej, mają swoich talentów o wiele więcej. I jak my sprzedamy zawodnika za trzy miliony euro, to oni za osiem. Dzieje się tak dlatego, że u nich na czołowe kluby pracują wszyscy. U nas tego nie ma.

Możliwe, że już w sobotę mistrzostwo Polski zapewni sobie Legia Warszawa. Uważa Pan, że nic nie osiągnie w pucharach? Aleksandar Vuković jeszcze nie stworzył drużyny, po której moglibyśmy się spodziewać chociaż gry w Lidze Europy?

- Przed startem ligi biorąc pod uwagę wszystkie dane Legia powinna mieć wypisany dyplom i przygotowany puchar. Budżet zdecydowanie najwyższy, stadion piękny, do tego wyjątkowoa atmosfera na meczach. Ten "Sen o Warszawie" jest jak "You'll Never Walk Alone" Liverpoolu. Wiele razy byłem na Legii, grałem przeciw niej i niech mi Pan wierzy, że mnie, człowieka z Legią emocjonalnie niezwiązanego, już pierwsze takty utworu śpiewanego przez Cześka Niemena i kibiców tak poruszają, że mam ciarki na plecach. Legia ma też zawsze w składzie wielu wartościowych piłkarzy. A czy już ma stempel Vukovicia? Trener powoli go stawia, ale jeszcze trzeba czasu. Chociaż na pewno już bardzo dużą robotę zrobił w tej drużynie Jose Kante. To on wyznaczył standardy agresywnego odbioru piłki, przejścia do wysokiego pressingu. Natomiast problemem w pucharach może być defensywa. Nawet gdyby został Karbownik, to rywale będą mogli wykorzystać grę na niego, bo jest ultraofensywny. A Jędrzejczyk i Lewczuk to dwójka ograna, ale mająca swój przebieg. Natomiast Wieteska ma zwłaszcza ten atut, że jest bardzo dobry przy stałych fragmentach gry, ale nazwa obrońca mówi, że zawodnik na tej pozycji musi się nauczyć przede wszystkim bronić.

Jeśli odejdzie Karbownik, to dobrym pomysłem byłoby zastąpienie go Filipem Mladenoviciem?

- To by była bardzo dobra zmiana. Lechia bez Dusana Kuciaka i bez Mladenovicia mogłaby teraz grać nie o trzecie miejsce, tylko być poza pierwszą ósemką. Mladenović to obrońca bardzo ofensywny, z dużą szybkością, z dobrym dośrodkowaniem. I doświadczony, ma już 29 lat. To piłkarz gotowy do gry. Puentując: Legia spełnia wszelkie warunki, Legii trzeba dobrze życzyć. Prezes Mioduski ma rację - polskie kluby powinny współpracować z Legią, to też w ich interesie. Popatrzmy na zawodnika Żurkowskiego. Poszedł z Górnika Zabrze do Fiorentiny za trzy czy cztery miliony euro. Legia zapłaciła 1,8 mln za Slisza z Zagłębia, pewnie mogłaby dać trochę więcej za Żurkowskiego. On by się w Legii mógł rozwinąć i pójść za 10 mln nie do Fiorentiny, tylko do Lazio. Legia by zarobiła, ale Górnik też, dwa razy, bo przecież miałby zapewniony procent od transferu zawodnika z Legii. A piłkarz też by zyskał. Trafiłby do lepszego klubu i odchodząc za znacznie większe pieniądze byłby inaczej traktowany. Bo jak włoski klub kupuje kogoś za dwa, trzy czy cztery miliony, to ponosi niewielkie ryzyko. Często od razu wypożycza takiego zawodnika do klubu z niższego poziomu i się przygląda czy piłkarz się rozwija. Gdybyśmy mieli swój flagowy klub w rozgrywkach grupowych Champions League, to rynek piłkarski by nas bardziej cenił i więcej by za naszych graczy płacił. I jeszcze raz podkreślam: musimy stawiać na szkolenie.

Kluby inwestują w akademie - może będzie lepiej?

- Chwała tym, którzy to robią. Tylko niech naprawdę dobrze wybierają i godnie opłacają ludzi do szkolenia, niech się nastawią na tworzenie graczy dla pierwszej drużyny, a nie na działalność komercyjną. Na razie tak to wygląda. No bo jeżeli Korona Kielce wygrywa Centralną Ligę Juniorów i z tej drużyny nikt się nie przebija do seniorskiej piłki, to o czym to świadczy? Jeżeli kilka lat temu Wisła ogrywa Cracovię 10:0 w finale i z tego nie ma pół porządnego piłkarza, to przepraszam, czym my się szczycimy? Kiedyś mnóstwo talentów szkoliły Gwarek Zabrze i Górnik Zabrze, Jagiellonia, Wisła, Lechia, Stoczniowiec, Arka. Wszędzie były centra. Taki Ryszard Karalus w jednym Białymstoku wyszkolił Citkę, Frankowskiego, Piekarskiego, Chańkę i mógłbym wymienić jeszcze z 10 znanych zawodników, a teraz w Jagiellonii jest Bida i nikt więcej, bida po prostu. Każdy klub musi mieć swoją tożsamość. Inaczej będzie tak, że na 40-tysięczny stadion Lechii przyjdzie 7 tysięcy ludzi nawet jak drużyna będzie w pierwszej trójce. Kiedyś ludzie przychodzili zobaczyć piłkarzy związanych z klubem, a nie obcokrajowców, którzy całują herb, bo usta mają chyba z botoksu. Dzięki temu dziś całują znak Jagi czy Lechii, za chwilę będą całowali jakieś logo na Cyprze, bo uda im się trochę podrasować i sprzedać, ale wkrótce wrócą, bo ich tam wyplują, i swoje usługi, z całowaniem herbu włącznie, będą świadczyli w Koronie Kielce.

Więcej o: