Fakt, iż Fury zdecydował się na powrót mimo ogłoszonej wcześniej emerytury, nie zdziwił nikogo. "Gypsy King" już tak wcześniej robił i pewnie jeszcze to powtórzy. Natomiast to, że jego rywalem w powrocie został Arslanbek Makhmudov, solidny zawodnik, lecz bez znaczących osiągnięć, to już była pewna niespodzianka. Natomiast całościowo nietrudno było odgadnąć zamysł tej walki. Fury miał ją wygrać w dominujący sposób, by w chwale móc rzucić wyzwanie komuś o wiele mocniejszemu.
Jeśli taki był plan, to wszystko przebiegło zgodnie z nim. Brytyjczyk nie musiał się przesadnie wysilać, by wypunktować ograniczającego się niemal wyłącznie do obszernym sierpów i cepów Rosjanina. Żaden wielki występ, ale też nie musiał taki być. Po walce Fury wziął mikrofon, kierując swą uwagę na Anthony'ego Joshuę, który osobiście zjawił się na stadionie Tottenhamu w Londynie, by obejrzeć tę walkę. To właśnie jemu "Gypsy King" rzucił wyzwanie.
Joshua nie wszedł do ringu, by stanąć z Fury'm twarzą w twarz. Chłodno stwierdził, że to on tu jest szefem, on dyktuje zasady i to Fury ma przyjść do niego z oficjalną ofertą, gdy będzie gotów. Nie potwierdził zatem oficjalnie tego starcia, ale nie musiał. Zrobił to transmitujący walkę Fury'ego Netflix, który ogłosił, że dwaj Brytyjczycy staną do walki jesienią tego roku. Dokładnej daty nie podano, jest zapewne jeszcze wiele szczegółów do ustalenia. Niemniej z dużym przekonaniem można stwierdzić, że taki pojedynek się odbędzie.
Jeśli chodzi o Joshuę, to po raz ostatni w akcji widzieliśmy go w grudniu zeszłego roku w starciu z amerykańskim youtuberem-pięściarzem Jake'iem Paulem. Brytyjczyk bez problemu wygrał przez KO w 6. rundzie, łamiąc rywalowi przy okazji szczękę. Za to ostatnia w pełni poważna walka w wadze ciężkiej nie poszła po jego myśli, bo we wrześniu 2024 roku znokautował go Daniel Dubois. Podobnie jak Fury "AJ" dwukrotnie w karierze przegrywał w Ołeksandrem Usykiem.