Tegoroczna edycja pokazała, że kibice, którzy kupili bilety na turniej WTA w Warszawie. kochają przede wszystkim Igę Świątek. Miłość do tenisa trzeba w stolicy jeszcze przywrócić, choć jest na czym budować. - To było kiedyś tenisowe miasto - przypomina w rozmowie ze Sport.pl Michał Listkiewicz. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej, który pojawiał się w minionym tygodniu na kortach Legii, porównuje je do Teatru Muzycznego w Gdyni.
Iga Świątek miała być magnesem podczas turnieju WTA, który został w tym roku przeniesiony z Gdyni do Warszawy i wywiązała się z tej roli z powodzeniem. Rok temu zabrakło jej w obsadzie ze względu na przygotowania do igrzysk w Tokio i już wtedy zapowiadała, że nadrobi to za rok. Kibice kupowali więc teraz w ciemno bilety, by zobaczyć liderkę światowego rankingu na żywo. Frekwencja na trybunach wyraźnie potwierdziła kilka razy, że przyszli właśnie dla niej. Zaszczepienie dużego zainteresowania samym tenisem, co dwukrotna mistrzyni wielkoszlemowego Roland Garros wskazała jako jeden z celów swojego występu na kortach Legii, wymaga zaś w stolicy chyba jeszcze trochę czasu i pracy.
Wymowny obraz z czwartku i niedzielny sprawdzian
Wejściówki na zakończony w niedzielę turniej podzielono na dwie kategorie. Cena uzależniona była od tego oraz od fazy rywalizacji. Za tę na mecze w początkowych rundach trzeba było wyłożyć 80 lub 110 złotych. Obecność na trybunach podczas ćwierćfinału to koszt rzędu 160 lub 200 zł, podczas półfinału 200 lub 250 zł, a na meczach o tytuł 300 lub 350 zł. Z tego, co usłyszeliśmy w niedzielę w punkcie sprzedaży, to komplet biletów wyprzedano jednego dnia - w piątek. Jednak w niedzielę, tuż przed rozpoczęciem finału singla, dostępnych było jeszcze ok. 100 sztuk.
Ci, którzy nabyli wejściówki na piątek, wykazali się intuicją. Świątek stoczyła wtedy najciekawszy ze swoich trzech meczów w tym turnieju i odpadła po trzysetowej porażce z Francuzką Caroline Garcią. Co prawda podobno wykupiono wszystkie bilety na ten dzień, ale podczas spotkania na trybunach kortu centralnego widać było trochę wolnych miejsc.
I tak jednak frekwencja na spotkaniach raszynianki była - zgodnie z przewidywaniami - bardzo dobra. Słabiej wypadało to w przypadku innych krajowych zawodniczek. A szczególnie wymowna była sytuacja z czwartku. Wówczas tuż po Świątek, która pokonała dość pewnie nieznaną szerzej Rumunkę Gabrielę Lee, na głównym obiekcie zaprezentowała się Maja Chwalińska. Ta ostatnia stoczyła ciekawy trzysetowy pojedynek z rozstawioną z numerem ósmym Chorwatką Petrą Martić. Z trybun obejrzała go jednak zaledwie mniej więcej 1/4 grona, które było nieco wcześniej na meczu podopiecznej Tomasza Wiktorowskiego.
Wielu kibiców liczyło, że pierwszą rakietę świata będzie oklaskiwać z trybun w finale. W nim jej zabrakło, ale i tak dość dużo osób pojawiło się tego dnia na obiekcie Legii. Czekał ich wówczas poważny sprawdzian z miłości do tenisa. W weekend dużym utrudnieniem była bowiem niekorzystna pogoda. Na meczu o tytuł w singlu, który toczył się przy zachmurzonym niebie, frekwencja była jeszcze dobra. Ale już podczas rozgrywanego przez większość czasu w deszczu finale debla z udziałem Alicji Rosolskiej i Katarzyny Kawy na miejscach dla publiczności została już tylko grupka najbardziej zagorzałych fanów.
Szansa na obejrzenie na żywo Świątek skusiła nie tylko tzw. zwykłych Polaków. Pojawiło się też trochę rozpoznawalnych twarzy. Byli m.in. marszałek Senatu Tomasz Grodzki, prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, posłanka Barbara Nowacka, były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej Michał Listkiewicz, siatkarz Andrzej Wrona, dziennikarka i prezenterka telewizyjna Grażyna Torbicka oraz piosenkarz Wojciech Gąssowski. Niektórych z tego grona zaliczyć można do miłośników tenisa.
- Jestem fanem gier zespołowych, ale z indywidualnych na pierwszym miejscu jest u mnie właśnie tenis. Prawie całe życie mieszkałem w Warszawie. Grali tu w przeszłości słynni polscy tenisiści jak m.in. Władysław Skonecki. Chodziłem kiedyś na korty Warszawianki i Legii. Czasem np. na turnieje im. Bohdana Tomaszewskiego. To piękny sport - podkreśla w rozmowie ze Sport.pl Listkiewicz.
Na pytanie, czy Warszawa to dobre miejsce dla tej dyscypliny, odpowiada, że musi takim być. - Bo to jest stolica Polski i ma tradycje. Kiedyś była tenisowym miastem. Warszawianka, Legia, obiekty AZS-u w Parku Skaryszewskim - wylicza były szef PZPN.
W ostatnich latach na kortach Legii rozgrywano turnieje międzynarodowe niższej rangi - kobiece ITF-y i męskie challengery ATP. Teraz rywalizowano w imprezie WTA.
- Czuć było już nieco tę atmosferę światowego tenisa, choć byłem z żoną na tegorocznym Wimbledonie i oczywiście widać różnicę. To tak, jakby się poszło do La Scali i do Teatru Muzycznego w Gdyni. Ten drugi też ubóstwiam, ale różnica jest - przyznaje z uśmiechem Listkiewicz.
Po chwili decyduje się także na inne porównanie, choć już nie tak barwne. Zestawia widownię z kortów Legii z tą, którą zna z meczów piłkarskich. A ta ostatnia nieraz dawała próbkę swoich możliwości, niekoniecznie w pozytywnym znaczeniu, na sąsiadującym z kortami stadionie przy ul. Łazienkowskiej.
- Jestem pełen uznania dla tej tenisowej publiczności. Jest zupełnie inna niż ta, którą znamy ze stadionów piłkarskich. Zdecydowanie wolę tę pierwszą. Jest kulturalna, sympatyczna, wszyscy się lubią, nie ma żadnej agresji. Po ćwierćfinale Igi nagrodziła brawami obie zawodniczki i pożegnała ładnie schodzącą z kortu Garcię, uznając jej klasę - wylicza były działacz piłkarski.
Uczyć się od Czechów
Tak jak wspominał Listkiewicz, Warszawa ma tradycje tenisowe. Te z ostatnich kilkudziesięciu lat dotyczą m.in. mocno obsadzonego turnieju J&S Cup, który później zmienił nazwę na Warsaw Open. W latach 1995-2007 i 2009-10 rywalizowały w nim gwiazdy światowego formatu. Na czele z Amerykanką Venus Williams, Hiszpanką Conchitą Martinez, Belgijkami Kim Clijsters i Justine Henin oraz Rosjanką Marią Szarapową.
Gdy zaczepiło się w minionym tygodniu niektórych kibiców na kortach Legii, to okazało się, że byli również na tamtych turniejach w stolicy przed kilkudziesięciu czy kilkunastu lat. Wielu innych to jednak nowa fala, którą przyciągnęła do tenisa dopiero Świątek.
Przedstawiciele tej drugiej grupy dopiero uczą się tego, jak należy dopingować podczas meczów w tej dyscyplinie. Zdarzały się więc brawa podczas wymian lub tuż przed rozpoczęciem kolejnej akcji, kiedy zawodniczki potrzebują już ciszy, by się skoncentrować. Przeważnie jednak widać było, że kibice skupiali się niemal wyłącznie na oklaskach po akcjach także podczas meczów rodaczek.
Było tak nawet w przypadku pierwszej rakiety świata. Bardzo mała liczba rzucanych z trybun haseł dopingujących ją podczas pierwszych dwóch meczów była wręcz zaskakująca. Dopiero podczas pojedynku z Garcią, kiedy Polka była w dużych opałach, pojawiło się nieco więcej zagrzewającego ją do walki skandowania.
Kibice, którzy pojawili się na tegorocznym turnieju w stolicy Polski, mogą się uczyć bardziej żywiołowego dopingu choćby od Czechów. Ci tworzą świetną atmosferę podczas własnych imprez tenisowych. Tak samo jak kraj ten może być wzorem, jeśli mowa o miłości do tego sportu i zwiększeniu szans na stanie się potęgą w tej dyscyplinie.
- Podziwiam Czechów. U nich, gdzie by się nie poszło, to tam są korty. W każdej wiosce, w każdym miasteczku i chyba stąd u nich taki potencjał w tym sporcie. Musimy iść ich drogą. Żeby nie trzeba było wozić dzieci na treningi tenisowe 100 km czy więcej - wskazuje Listkiewicz.