Małysz nie ma wątpliwości. "To pokazuje, w jakim miejscu są polskie skoki"

Jakub Balcerski
- Nie chcemy, nawet od szkoleniowca tej klasy, medali na zawołanie, a systematycznego postępu - zapowiada Adam Małysz po ściągnięciu do kadry skoczkiń najlepszego trenera na świecie, Haralda Rodlauera. W rozmowie ze Sport.pl prezes Polskiego Związku Narciarskiego opowiada o kulisach zmian i przygotowaniach do nowego sezonu.

Igrzyska europejskie w Zakopanem będą pierwszymi zawodami po wielkich zmianach w polskich skokach. Kadrę skoczkiń poprowadzi Harald Rodlauer, uważany obecnie za najlepszego trenera na świecie. Kadrę B skoczków przejął zaś David Jiroutek, czeski trener korzystający z metod neurocoachingu. Poza tym doszło do przebudowy systemu szkolenia juniorów, którą zarządzał Adam Małysz.

W rozmowie ze Sport.pl prezes PZN zdradza, że o zainteresowaniu Rodlauerem ze strony Włochów dowiedział się po telefonie od dyrektora Pucharu Świata Sandro Pertile. Mówi też o odpowiedzialności, jaka w nowym systemie spada na trenera polskich skoczków Thomasa Thurnbichlera. Opowiada także o tym, jak PZN ma rozwijać kulejącą do tej pory edukację trenerów.

Zobacz wideo Dawid Kubacki wrócił do treningów z grupą i wystartuje w Igrzyskach Europejskich. "To dla mnie nowość"

Jakub Balcerski: Przyjście do Polski Haralda Rodlauera zostało na Twitterze porównane, że to tak jakby Pep Guardiola wybrał na swój nowy klub Raków Częstochowa. Pod względem dorobku trenera to najlepszy transfer w historii polskich skoków. Jak reagujesz na takie hasła?

Adam Małysz: W kobiecych skokach jest bardzo ograniczony system i ludzie. Nie ma wiele zawodniczek, więc i trenerów, a środowisko jest dość stałe, nie dochodzi w nim do wielu zmian. To, co się stało w ostatnich dwóch latach z Kanadyjkami otworzyło jednak drogę mniejszym kadrom bez wielkiego doświadczenia w tym, co robią, żeby móc pozyskać do siebie prawdziwych specjalistów. Trenerzy z dużym nazwiskiem i sporymi osiągnięciami chcą podjąć wyzwanie i zająć się zespołami, które wymagają więcej pracy, zaangażowania i budowy rozwoju. Teoretycznie mogliby iść wszędzie, takich ludzi chcą też najwięksi, ale jeśli osiągnie sukces tam, gdzie do tej pory go brakowało, to zyska być może jeszcze więcej, niż znów idąc do czołowych zespołów.

Jak było ze Stefanem Horngacherem, czy jest teraz z Thomasem Thurnbichlerem u skoczków? Ich przyciągała renoma polskich skoków. Jeśli Kuba Jiroutek, brat Davida, nowego trenera naszej kadry B, mówi, że oferta z Polski jest "jak z Formuły 1", to dobrze pokazuje, w jakim jesteśmy miejscu. Że mamy sporą pozycję i jesteśmy wiarygodnym związkiem. Zmiany w skokach kobiet zapowiadałem od zimy. Musieliśmy zrobić coś z przytupem, bo w innym wypadku ta dyscyplina mogła nam w ogóle upaść. Wydawało nam się, że możemy zrobić podobny system jak u chłopaków, ale to kompletnie nie wypaliło. Po rozmowach z trenerami pracującymi ze skoczkiniami doszliśmy do wniosku, że do tego trzeba nieco innego podejścia.

I padł pomysł Haralda Rodlauera.

- Tak. Rozmawiało nam się dobrze, także dzięki Thomasowi Thurnbichlerowi i Łukaszowi Kruczkowi, bo obaj go dobrze znają. Trenerzy, z którymi wcześniej dyskutowaliśmy, doskonale wiedzieli, że tu trzeba wszystko rozpocząć od nowa, od zera. To z jednej strony trudna, wymagająca przebudowa, a z drugiej łatwo osiągnąć w ten sposób szybki progres. Bo nie będziemy od trenera na starcie wymagać od razu nie wiadomo jakich wyników. Nie chcemy, nawet od szkoleniowca takiej klasy jak Rodlauer, medali na zawołanie, a systematycznego progresu. Żeby zachęcić młodsze dziewczynki do tego sportu, pokazać, że nam zależy. Za to dla trenera warunki pracy będą komfortowe i sam ma spore szanse rozwoju.

Walka o niego była zacięta? Waszym najpoważniejszym rywalem byli Włosi, ale podobno nawet musieli was pytać o to, jakie pieniądze proponujecie Rodlauerowi, bo nie wiedzieli, czy są w stanie was przebić.

- Ostatecznie nie przebili i mamy trenera światowej klasy, to najważniejsze. O zainteresowaniu Włochów dowiedzieliśmy się od Sandro Pertile. Jego brat Ivo jest dyrektorem sportowym we włoskim związku i negocjował z Haraldem. A dyrektor Pucharu Świata dzwonił do nas spytać, czy też się nim interesujemy, był ciekawy.

Rodlauer ma pracować nie tylko u szczytu piramidy, ale też zejść do podstaw. I niekoniecznie wyłącznie w kwestii zawodniczek, bo ma się zająć pomocą trenerom pracującym w Szkołach Mistrzostwa Sportowego. Długo trzeba go było do tego wszystkiego namawiać? W rozmowie ze Sport.pl brzmiał jak człowiek bardzo świadomy tego, co go tu czeka. Że przychodzi do miejsca, gdzie czeka go sporo pracy także bezpośrednio z zawodniczkami, które bywają ze sobą skłócone.

- Bo dobrze zna realia pracy w wielu krajach, wie, jak to wygląda. Nam się wydaje, że w Austrii, czy Niemczech jest super, bo zawodniczki się kochają, są wyniki i wszystko gra. A gdy schodzą z wybiegu, to robi się jednak podobnie jak u nas - są problemy, konflikty i kłótnie.

Rodlauer jest policjantem, więc przede wszystkim musiał dostac zgodę na pracę tutaj. Umowę z austriackim związkiem miał do końca maja, więc wcześniej nie mógł niczego zadeklarować na sto procent. Oczywiście, był tu w Polsce, zaprosiliśmy go, a i on był zainteresowany tym, żeby zobaczyć, jak pracujemy i jak to wszystko wygląda. Ważna była też sama komunikacja. Ja mówię po niemiecku, może nie w pełni płynnie, ale mówię, dobrze radzi sobie Łukasz Kruczek. Do tego mamy trenerów w męskich kadrach, dla których to ojczysty język.

Dodajemy do niego w roli asystenta Stefana Hulę, który też umie mówić po niemiecku i na pewno im to ułatwi współpracę. Niedawno zakończył karierę, ale jest lubiany i szybko zbiera doświadczenie. Myślę, że to powinno wypalić. Jeśli nie, to tak jak mówię od pewnego czasu: rozłożę ręce, bo mnie pomysły się kończą.

Rodlauer miał jakieś życzenia? Zabiera ze sobą fizjoterapeutkę i trenerkę przygotowania fizycznego z Austrii, Theresę Koren. W sztabie jest też Alois Hasibether. To człowiek, który na mistrzostwach świata w Planicy poskładał i pomógł wrócić do zdrowia w ekspresowym tempie kontuzjowanemu Dawidowi Kubackiemu. To wasz pomysł, czy trenera?

- Alois to pomysł Haralda. Choć obie te osoby są bardziej na zasadzie współpracy, od nas będą dostawać tzw. dniówki. Będą na zgrupowaniach i wtedy będziemy im płacić. Mają swoje firmy, gabinety, czy działalności i w stu procentach nie są w stanie poświęcić się pracy tutaj. Jednak to dla nas obecnie nie jest kluczowe, zwłaszcza że fizjoterapeutów mamy też w Szkołach Mistrzostwa Sportowego i będą pomagać na miejscu. Ale wspomniał o tych osobach, są jego zaufanymi specjalistami, więc choćby w ten sposób je tu ściągnęliśmy.

W przypadku Dawida mieliśmy okazję się o tym przekonać w sytuacji z Planicy, gdy metodami stymulacji mięśni pomógł przy jego nagłym, sporym bólu pleców i mógł startować w konkursie na normalnej skoczni podczas MŚ. Wiemy, że to osoby nieprzypadkowe, a z dużą wiedzą i doświadczeniem. Mamy nadzieję, że dziewczyny to wykorzystają i będą chciały wejść z tym sztabem na wyższy poziom, że ich progres będzie zdecydowany.

Dziewczyny będą trenowały podobnymi metodami, co kadra skoczków? Mam tu na myśli neurocoaching.

- Musimy polegać na trenerze. To on decyduje co i jak, wskazuje, jak coś ma funkcjonować. Rodlauer zadeklarował stuprocentową współpracę z Thomasem Thurnbichlerem, więc myślę, że ich myśli zdecydowanie będą się przecinać. Nie chcieliśmy jednak ingerować w to, jak będzie wyglądał trening, czy czegokolwiek narzucać. Potrzebujemy stworzyć jakikolwiek funkcjonujący system, więc musimy mu zawierzyć. A jeśli udało nam się ściągnąć tu trenera, który w zeszłym sezonie był "numerem jeden na świecie", to trzeba mu zaufać.

Pytam, bo neurocoaching staje się coraz ważniejszy w polskich skokach. Już w zeszłym sezonie był podstawą działania kadry narodowej, a teraz do pracujących w tym systemie Thomasa Thurnbichlera i Marka Noelke dochodzi jeszcze David Jiroutek, który w kadrze B pewnie będzie kontynuował kierunek, w którym rozwijał się we Francji i Włoszech. Jak podchodzisz do tych metod jako były skoczek? Podpatrujesz je i mówisz: "Byłbym w stanie tak trenować"?

- Ja mówię tak: wszystko może być dobre, byle nie przesadzić. Ten system neurotreningu za zawodnika nie skoczy, to jest tylko jeden z elementów, który może mu pomóc. I będąc na zgrupowaniach czy zawodach widzę, jak to wygląda, że to jest wplatane w zwykły, rutynowy trening. Myślę, że to jest dobre, ale nie można się maksymalnie koncentrować tylko na tym. Nie tędy droga.

Na Davida Jiroutka najmocniej nalegał Thomas Thurnbichler?

- Rozmawiał z nim gdzieś od połowy zimy. Najpierw bardzo otwarcie, bez wielkich konkretów. Był ciekawy tego, jak koordynuje trening, jak to funkcjonuje. To się mu bardzo spodobało. I po jakimś czasie zapytał go: "A co by się stało, gdybyś dostał od nas ofertę?". On zareagował bardzo pozytywnie i okazało się, że jest otwarty nawet na wprowadzenie podobnego systemu, jaki stosuje Thomas.

Zaufaliśmy Thomasowi bardzo mocno, bo on jako jeden z pierwszych trenerów chce u nas wszystko stworzyć od podstaw. Nie zajmuje się tylko kadrą narodową, ale ma też wpływ na to, co dzieje się dalej. To nam się podoba. Thomas wziął na siebie sporą odpowiedzialność za ten system, ale sporo daje od siebie, widać, że chce to prowadzić i rozwijać.

Nową rolę zyskał Daniel Kwiatkowski, który teraz będzie nadzorował funkcjonowanie szkolenia w SMS.

- Wbrew pozorom to niekoniecznie o wiele więcej obowiązków, niż w momencie, gdy prowadził kadrę juniorów. Jego rola będzie polegała przede wszystkim na przekazywaniu wiedzy od Thomasa. On nie jest w stanie cały czas być z innymi trenerami, więc potrzebuje osoby, która będzie im przekazywać co, kiedy i jak robić. Ma kontrolować to, jak wygląda selekcja, patrzeć na funkcjonowanie ośrodków w Szczyrku i Zakopanem, ale też dawać wolną rękę trenerom w samych szkołach. To oni mają prowadzić treningi na miejscu, a on ma być kimś w rodzaju selekcjonera z piłki nożnej. Jeździ, patrzy, obserwuje, konsultuje decyzje, a potem wybiera odpowiednich zawodników, powołuje ich.

Masz wrażenie, że cały ten plan szkolenia, który wdrożyliście, to krok w dobrą stronę? Udało się go wypełnić tak, jak planowaliście?

- To, co udało nam się stworzyć, będzie podstawą do szkolenia trenerów. Chcemy, żeby dostawali wiedzę, to najważniejsze. Do tej pory było tak, że jak sprowadzaliśmy zagranicznych szkoleniowców, to nie dostawaliśmy żadnej gwarancji na przyszłość. Liczyły się tylko obecne wyniki, nie było przełożenia na to, co ma się dziać później. Trenerzy odchodzili i nic po sobie nie pozostawiali.

Zamysł tego systemu jest taki, żeby przepływ wiedzy istniał i były szanse na to, że nasi trenerzy wkrótce przejmą po zagranicznych pałeczkę. Jeśli jesteśmy w takim miejscu, że możemy zrobić dużo, to czemu się nie rozwijać? Ruszamy z kursami i licencjami trenerskimi, chcemy zaprosić do nas nawet nauczycieli wf-u, żeby zobaczyli, jak to wygląda i zyskali podstawy wiedzy w zakresie szkolenia. Nie jest powiedziane, że ktoś, kto nie miał nart skokowych, biegowych, czy alpejskich na nogach, nie jest sobie w stanie poradzić.

Trenerów wciąż mamy za mało, więc liczymy na to, że coś tu się ruszy. W biegach pozyskaliśmy Martina Perssona, jednego z najlepszych szwedzkich trenerów specjalizujących się w szkoleniu juniorów. Ma pomóc wyedukować trenerów inaczej, pod kątem skandynawskim, pokazać, jak tam to funkcjonuje. Było u nas trochę tych trenerów w Centralnych Ośrodkach Sportu, czy właśnie Szkołach Mistrzostwa Sportowego i nie mieli zarzutów. Byli wręcz zachwyceni, mówili, że nam niczego w tych obiektach nie brakuje. Nie jesteśmy pod tym względem gorsi od wielu innych krajów. Po prostu cały czas kulał u nas system, który teraz staramy się usprawnić.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.