Żyła zrobił wszystko, co mógł. Skoczył najdalej ze wszystkich! Przegrał z komputerem

Piotr Żyła zrobił absolutnie wszystko, by wyrwać drugi medal na mistrzostwach świata. Polak uzyskał w piątek najlepsze odległości, ale przegrał z komputerem. A konkretnie ze wskazaną przez niego rekompensatą za podmuchy wiatru. Ta sprawiła, że w drugiej serii właściwie nie mógł objąć prowadzenia po swoim skoku.

Stefan Kraft trzeci raz w karierze został indywidualnym mistrzem świata. W Oberstdorfie wygrał po skokach na 132,5 i 134 metry. Tym samym potwierdził świetne próby z wcześniejszych treningów i kwalifikacji, gdzie był najlepszy. Kraft wyprzedził Norwega Roberta Johanssona o 4,4 pkt i Niemca Karla Geigera o 9,1 pkt. Najlepszy z Polaków, Piotr Żyła, zajął czwarte miejsce. Do trzeciego Geigera stracił 3 pkt. 

Zobacz wideo

Żyła najlepszy odległościami, ale...

Wydaje się, że Piotr Żyła w tym konkursie zrobił absolutnie wszystko, by sięgnąć po medal. Ba, jeśli weźmiemy pod uwagę same odległości w piątkowym konkursie, to Żyła był najlepszy z całej stawki. I gdyby nie było przeliczników za wiatr, to Polak mógłby nawet sięgnąć po złoty medal. Niestety, wiele wskazuje na to, że tym razem wszystko obróciło się przeciwko naszemu zawodnikowi. Miał nieco więcej pecha od innych.

Żyła miał tak dobre warunki, że obróciły się przeciwko niemu

Dlaczego pecha? Teoretycznie powinniśmy mówić, że Piotr Żyła miał najwięcej szczęścia w stawce, bo w dwóch skokach odjęto mu aż 30,8 pkt za korzystny wiatr. W drugiej serii Żyła potrzebował jednak aż 140 metrów, by objąć prowadzenie po swoim skoku, bo komputer wyliczył mu wiatr na poziomie -17,8 pkt.  A umówmy się, że przy tej belce i przy tych warunkach było to po prostu niemożliwe. Bo gdyby Polak poleciał w okolice 140 metrów, to i tak warunkach miękkiego śniegu na zeskoku nie mógłby dobrze wylądować tego skoku i niemal na pewno straciłby punkty za styl. Dla porównania Stefan Kraft miał odjęte łącznie 22 pkt za wiatr, Robert Johansson 19,2 pkt, a Karl Geiger 21,4 pkt. Żyle i tak należy się wielki szacunek za to, że oddał najdłuższy skok drugiej serii, bo poleciał aż 137 metrów. 

Jakby skoczył 140 metrów, to by nie wylądował

Udało nam się ustalić, że dużo punktów było odejmowanych szczególnie za pierwszą fazę lotu, gdzie często pojawiał się mocny wiatr pod narty. Tylko że w skokach narciarskich jest tak, że jak w pierwszej fazie lotu skoczkowie będą mieli bardzo mocny wiatr pod narty, to może on wywindować skoczka wysoko, a w drugiej fazie lotu zabraknie mu już prędkości i spadnie jak kamień rzucony w studnie. Tak m.in. wyglądał skok Dawida Kubackiego z pierwszej serii, gdzie również miał odjęte blisko 18 pkt za wiatr.

Można więc stwierdzić, że mieliśmy powtórkę z konkursu MŚ sprzed dwóch lat w Innsbrucku, tam też m.in. Kamil Stoch musiał skakać grubo poza HS skoczni, by w ogóle marzyć o medalu. A wówczas nie było na tyle warunków. Niestety, do takich rzeczy kolejny raz doprowadziło jury swoim tańcem z belkami.

- Często jest tak, że zawodnik czuje dobry wiatr, który go niesie. Jury stara się przeprowadzić zawody w równych warunkach, ale wiemy, że często jest tak, że przeliczniki nie oddają tego co się dzieje na skoczni. Sparzyłem się na czymś takim w Pjongczangu. Wiem, że to boli. Dawid Kubacki w pierwszej serii skoczył bardzo dobry skok, był dobrze nakręcony nad narty i oddał bardzo dobry skok. Ale te punkty... Jak jest niestabilna pogoda, to przeliczniki się mylą. Nie wiemy, czy zawiało akurat w momencie oddawania skoku - podkreślał Stefan Hula w programie w Punkt K na Sport.pl

Dlaczego tak jest?

Na dużych obiektach dokonuje się siedmiu pomiarów z przyrządów rozstawionych naprzemiennie po obu stronach zeskoku, na normalnych skoczniach jest ich pięć. Warunki mierzone są dla każdego zawodnika osobno i w czasie oddawania skoku. Skoczek, który wychodzi z progu, uruchamia fotokomórkę, a ta włącza czujniki. Na każdym pomiary dokonywane są 4 razy na sekundę przez okres pięciu sekund fazy lotu.

Co interesujące, rejestracja prędkości wiatru na pierwszym pomiarze zaczyna się dwie sekundy przed wyjściem z progu, a kończy się trzy sekundy po tym jak skoczek przeleci pierwszy czujnik usytuowany na 10 procent punktu K, czyli na odległości 12,5 metra (do rozważań przyjmijmy standardową skocznię K-125 metrów). Rejestracja ostatniego pomiaru rozpoczyna się w momencie, gdy skoczek znajduje się w środkowej fazie lotu, a pomiar trwa również przez pięć sekund. Oznacza to, że na dużej skoczni pomiar trwa jeszcze około dwie sekundy po wylądowaniu, a na skoczni normalnej nawet blisko trzy sekundy po wylądowaniu! Właśnie dlatego czasem może zawodnikowi złapać podmuch już po... wylądowaniu skoku. Tak było choćby w przypadku Stefana Huli na IO w 2018 roku.