Grbić nagle zaczął mówić po polsku. Bezcenne miny zawodników. A potem poker face

Jakub Balcerski
Polscy siatkarze postawili pierwszy pewny krok w sezonie olimpijskim - pokonali na start Ligi Narodów rezerwowy skład Amerykanów 3:0 (25:22, 25:15, 26:24). Mecz nie należał do najtrudniejszych, ale cieszy, że nawet w momentach, gdy Polakom wyraźnie nie szło, Nikola Grbić zachowywał spokój. Trener dawał im do zrozumienia, że wykonują to, czego oczekiwał. A to wszystko przy obecności kilkuset głośnych polskich kibiców. Hala w Antalyi tego wieczoru była jednak przykrym obrazkiem - trybuny w większości pozostały puste.

To z Amerykanami Polacy przegrali ostatnie spotkanie "o coś". Właśnie po meczu zeszłorocznej Ligi Narodów z 24 czerwca, w którym zawodnicy Nikoli Grbicia ulegli im w czterech setach, rozpoczęła się seria 24 wygranych meczów z rzędu. W międzyczasie polscy siatkarze pokonali USA w finale tych rozgrywek 3:1 i je wygrali, zdobyli mistrzostwo Europy, a następnie awansowali na igrzyska. Teraz dołożyli 25. zwycięstwo, na start tegorocznych rozgrywek LN w Antalyi.

Zobacz wideo Jastrzębski Węgiel przegrywa finał Ligi Mistrzów. Jakub Popiwczak: Ogromny ból

Trudno było się spodziewać w tym meczu wielkich problemów, bo przeciwko sobie mieli skład USA zupełnie pozbawiony najważniejszych zawodników, ale środowa wygrana w trzech setach była przekonująca. Choć Amerykanie w końcówce spotkania walczyli o każdą piłkę i za wszelką cenę chcieli napsuć krwi Polakom, to ci na wszystkie ich zagrania znaleźli dobre odpowiedzi. Może cieszyć, że drużyna Grbicia w taki sposób zaczyna granie na poważnie w sezonie olimpijskim.

Polacy grali mecz warty nawet ponad 20 punktów przewagi w rankingu. Grbić już zdradził swój plan na Ligę Narodów

Granie na poważnie, czyli np. o punkty w rankingu Międzynarodowej Federacji Siatkówki (FIVB). Ten mecz był dla Polaków, liderów jego klasyfikacji, warty aż 23,34 punktu przewagi nad drugimi Amerykanami. Ta przed meczem wynosiła 30,23 punktu i w przypadku najgorszego wyniku dla Polaków - porażki 0:3 - zmalałaby do zaledwie 6,89 punktu. Lepiej nie tracić tak wielu punktów, bo pozycja w rankingu liczy się przed losowaniem fazy grupowej turnieju olimpijskiego - rozstawienie przed nim opracowuje się właśnie na podstawie pozycji w zestawieniu. A w roli lidera w obecnym systemie liczenia punktów o wiele łatwiej je tracić, niż zdobywać. Polacy na środowym meczu w Antalyi mogli zyskać maksymalnie - dzięki zwycięstwu w trzech setach - 8,33 punktu. I tak się właśnie stało. Powiększyli zatem przewagę nad Amerykanami do 46,88 punktu, o 16,65 punktu.

Ranking i rozstawienie przed igrzyskami to jedno. Trener Polaków Nikola Grbić ma Ligę Narodów głównie po to, żeby zająć się tym, co polskich kibiców i ekspertów w kontekście Paryża interesuje najbardziej: przeglądem zawodników i wyborami personalnymi pod kątem igrzysk. W tym kontekście sytuacja Polaków i Amerykanów trochę się różni. Oba zespoły już zapewniły sobie awans na igrzyska, więc nie muszą o niego walczyć w LN. Ale trener USA John Speraw już kilkanaście dni temu podał skład, który poleci z nim do Paryża. Grbić zapewnia, że będzie z tym czekał, ile może. Choć pewien pomysł podobno już ma.

Amerykanie do Turcji przysłali absolutne rezerwy, a podstawowi gracze dopiero będą się przygotowywać do igrzysk, zapewne bez gry w fazie zasadniczej LN. Za to Grbić powoli wprowadza do gry swoich zawodników stopniowo: w Antalyi, jak mówił w rozmowie dla "Przeglądu Sportowego Onet", chce dać dużo czasu na boisku Aleksandrowi Śliwce. Przyjmujący wraca do gry na najwyższym poziomie po pauzie ze względu na złamany palec. Cel? Odbudować formę, która w sezonie klubowym rzadko przypominała tę, którą pokazywał choćby rok temu.

Z większych nazwisk przyjechali tu także Kamil Semeniuk, Bartosz Bednorz, Artur Szalpuk oraz pełniący drugoplanowe role w poprzednich sezonach Grzegorz Łomacz czy Mateusz Poręba. Grbić ma zatem kogo sprawdzać i komu dawać szanse. Znacznie więcej podstawowych zawodników pojedzie jednak dopiero na kolejne dwa turnieje - zawodnicy Jastrzębskiego Węgla, którzy kończyli sezon najpóźniej, do Japonii za dwa tygodnie, a Wilfredo Leon, Mateusz Bieniek, czy Paweł Zatorski dopiero do Lublany, w drugiej połowie czerwca.

Polscy kibice nie zawiedli, ale hala w Antalyi i tak była przykrym obrazkiem

Mecz z USA miał być pierwszym dużym sprawdzianem dla Aleksandra Śliwki. Wyszedł na boisko w parze z Bartoszem Bednorzem, a w ataku wspierany przez Bartłomieja Bołądzia. Na środku Grbić postawił na duet Mateusz Poręba - Sebastian Adamczyk, na pozycji rozgrywającego spotkanie zaczynał Grzegorz Łomacz, a jako libero Jakub Hawryluk. W trakcie spotkania Serb wprowadzał podwójną zmianę Marcina Komendy i Karola Butryny w rozegraniu i ataku. Na trzeciego seta Bednorza zamienił na Artura Szalpuka i Porębę na Szymona Jakubiszaka. W trakcie całego meczu w roli libero Hawryluka zmieniał też Kamil Szymura. W drugim secie i na sam koniec meczu na zagrywce dwukrotnie pojawił się za to Kamil Semeniuk. On swoją szansę dostanie pewnie dopiero przeciwko Kanadyjczykom, Holendrom lub Słoweńcom.

Grbić przybył do hali nieco wcześniej i siedział przy boisku, oglądając końcówkę meczu Holendrów ze Słoweńcami. Podczas jednej z powtórek w transmisji pokazano Serba mocno roześmianego w trakcie rozmowy. Później zadowolona mina musiała mu jednak zrzednąć. Bo spotkanie poprzedzające otwarcie Ligi Narodów przez jego zawodników niesamowicie się przedłużyło. Słoweńcy pokonali Holendrów dopiero po tie-breaku i to zakończonym wynikiem 27:25! To oznaczało, że spotkanie z Amerykanami mocno się opóźni. I zaczęło się aż 35 minut po czasie.

Już na kilkanaście minut przed meczem widać było, że z frekwencją w hali w Antalyi będzie niewesoło. W oficjalnym raporcie z meczu Słoweńców i Holendrów widnieje zaledwie 342 widzów. Kilkadziesiąt minut potem było ich więcej, bo polscy kibice nigdy nie zawodzą. Jeżdżą za kadrą siatkarzy po całym świecie i kilkuset fanów ubranych w biało-czerwone barwy dopingowało zawodników z trybun także w środę. Donośnie, bo śpiewane przez nich słowa "Mazurka Dąbrowskiego" przed spotkaniem w przekazie telewizyjnym było słychać bardzo dobrze, ale i świadomie: skandowali także imiona kilku zawodników, gdy szli na zagrywkę.

Nie przyszli zatem na mecz tylko przy okazji wakacji w Turcji. To popularny kierunek wycieczek z Polski, a w Antalyi w tym czasie, choć Liga Narodów gości tu już drugi tydzień z rzędu po turnieju kobiet, czuć raczej klimat urlopów i kurortu, niż stolicy światowej siatkówki. Można zażartować, że jeśli siatkówka w tym przypadku wydaje się mocno plażowa, choć dyscypliny nie zmieniamy. Polacy w hali byli widoczni i słyszalni, ale ogółem frekwencja zawiodła. Turcja to jednak kraj skupiony głównie na siatkówce kobiecej i nawet, gdy we wtorek ich męska kadra grała przeciwko Kanadzie, to oglądało ją tylko 4105 osób - mniej niż połowa miejsc możliwych do wypełnienia w hali w Antalyi. Ma maksymalną pojemność nawet czternastu tysięcy widzów, ale na mecze Ligi Narodów może wejść około dziesięciu tysięcy kibiców.

W środowy wieczór frekwencja nie przkroczyła jednak choćby tysiąca osób - było zaledwie 973 widzów. W wielu miejscach nie siedział nawet jeden kibic i te obrazki biły po oczach, były bardzo przykre. Choć do nich chyba zdążyliśmy się już przyzwyczaić - turnieje Ligi Narodów w wielu miejscach po prostu nie są popularne wśród lokalnych kibiców. Tym bardziej trzeba docenić zaangażowanie Polaków, którzy dotarli do Antalyi. Bez nich wyglądałoby to o jeszcze znacznie gorzej.

Wrócił spokojny Grbić i jego poker face. To dobry znak

A jak wyglądało na boisku? Całkiem przyzwoicie. Już wynik - pierwszy mecz zamknięty w trzech setach - mówi wiele. Jeszcze więcej tłumaczą reakcje Nikoli Grbicia. Podczas sparingu z Niemcami rozgrywanego w Katowicach, który Polacy przegrali, Serb wręcz alergicznie reagował na brak ryzyka podejmowanego przez jego zawodników w zagrywce. Irytował się przy linii, a potem w uwagach przekazywał, że jeśli jego zespół ma powalczyć o wygraną, to musi ryzykować. I dodawał, że on chce wygrać. Już teraz, na tak wczesnym etapie przygotowań do igrzysk.

Teraz, w meczu otwierającym rywalizację Polaków w Antalyi, szkoleniowiec był spokojniejszy. W pierwszym secie, gdy w grze jego zespołu pojawiło się trochę niedokładności i tracili kolejne punkty, na czasie prosił o precyzję, a widząc ich błędy, nie krzywił się i nie wściekał. Zachowywał poker face, nawet gdy marnowali cztery piłki setowe. Udzielał wskazówek cichym, dość łagodnym tonem. Pobudzał nimi zespół, ale nie reagował na nic ze sporymi emocjami. Kompletnie ich unikał.

Po drugim secie w rozmowie dla oficjalnego przekazu telewizyjnego FIVB Grbić był rozluźniony i żartował sobie z reporterem. Gdy ten zapytał go o to, czy jest zadowolony z gry drużyny uśmiechnął się i chwilę milczał, żeby w końcu odpowiedzieć: "Jestem usatysfakcjonowany". Tłumaczył, że patrzy głównie na konkretne elementy, nad którymi pracuje z Polakami: wysokie piłki, trudne sytuacje na boisku, czy praca w systemie blok-obrona. I stwierdził, że z tego, jak funkcjonowali w nich w pierwszych dwóch setach Polacy mógł być zadowolony.

Na koniec spotkanie stało się najbardziej wyrównane: nie dość, że Polacy zmarnowali dwie piłki meczowe, to jeszcze Amerykanie mocno starali się, żeby urwać im chociaż tego jednego seta i bili bardzo mocno w zagrywce, jak i ataku. A Grbić na to patrzył niemal niewzruszony. Pewnie, że w taki sposób często można powiedzieć o wiele więcej, niż gdyby się odzywać, ale w tym wypadku mimika Grbicia raczej nie była wymowna. Tego oblicza Serba dawno nie widzieliśmy: zachowuje się tak w przypadku meczów o stawkę, ale nawet wtedy częściej pokrzykuje, czy bardziej zdecydowanie reaguje na to, co dzieje się na boisku. A w meczu z Amerykanami praktycznie w ogóle nie gestykulował, niczego nie sugerował minami, czy mową ciała. Co jakiś czas przekazywał tylko krótkie uwagi, a gdy było trzeba brał czas i wyjaśniał zawodnikom, czego spodziewać się w kolejnych akcjach.

To jednak dobry znak. Grbić jest surowym obserwatorem i gdyby był niezadowolony z tego, jak prezentowali się Polacy, to na pewno nie powstrzymywałby się przed tym, żeby im o tym mówić. Teraz pewnie nie skupiał się na wszystkich elementach, czy ogólnym spojrzeniu na grę zespołu, która nie była perfekcyjna. Musiał jednak stwierdzić, że wykonywali dobrze to, czego od nich oczekiwał. A na tym etapie zgrywania się i budowania drużyny na kolejne miesiące to zdecydowanie najważniejsze.

Raz trener zaskoczył swoich siatkarzy nawet słowami po polsku. "Uwaga! Jedynka" - tak Grbić ostrzegał przed Amerykanami. I gdy kontynuował po angielsku, a na twarzach zawodników malowało się spore zdziwienie, że w ogóle sięgnął po polskie określenie.

Stary, dobry kapitan Śliwka. To pomoże w odbudowie lidera Polaków

Po stronie zawodników najbardziej obserwowanym na pewno był Aleksander Śliwka. Dla niego ten mecz był trochę nierówny - przeciętna skuteczność w ataku i dość słaba na przyjęciu z początku spotkania mieszała się z czujną grą w obronie i znaczną poprawą w pozostałych elementach przez resztę meczu. Miał takie chwile, gdy wydawało się, że brak mu przytomności na boisku - jak w połowie pierwszego seta, gdy źle zachował się przy piłce oddanej przez rywali. Przez to cała akcja Polaków została źle przeprowadzona, nie wykorzystaliśmy sytuacji i szansy na zdobycie punktu w łatwy sposób. Zdarzało mu się puścić łatwą piłkę w przyjęciu, popełniał łatwe błędy, ale potem skończył też kilka ważnych piłek, a w drugiej partii w ataku nie pomylił się ani razu.

Jego występ był jednak raczej pozytywny. Na pewno sam ma sobie trochę do zarzucenia, ale wielokrotnie było widać, że bardziej brakuje mu stabilizacji gry na wysokim poziomie, niż umiejętności. Tych zdecydowanie nie stracił po poprzednim roku, gdy był czołową postacią tej kadry pod każdym względem. Potwierdzał to sposób, w jaki z wielką klasą kończył pierwszą, a potem także trzecią partią swoimi atakami. Nie brakowało mu jakości. Ostatecznie to on zdobył dla Polaków najwięcej punktów - trzynaście, o cztery więcej niż Bednorz i Bołądź. I to jego imię po spotkaniu skandowali kibice.

Zresztą rola Śliwki w reprezentacji Polski rzadko ogranicza się tylko do siatkarskiego rzemiosła. Stara się być mentalnym liderem każdego zespołu, którego jest częścią. W pewnym momencie odzywał się na czasach niemal tyle samo, albo nawet i więcej niż Nikola Grbić. To był stary, dobry kapitan Śliwka - choć formalnie jest nim tylko tymczasowo, to na boisku zachowuje się tak, jakby miał być nim na stałe. A jego energia zdecydowanie udziela się innym.

W tej roli w kadrze wygląda bardzo dobrze - wspiera zawodników, pobudza ich i prowadzi w trakcie meczu. Znakomicie funkcjonował w niej już w ZAKS-ie Kędzierzyn-Koźle, a od dwóch lat sprawdza się w niej także w biało-czerwonej koszulce. I wiadomo, że łatwiej mu w nią wejść, jeśli dokłada do tego dobrą dyspozycję na boisku, ale dobrze widzieć, że tych cech pomimo słabszej formy, nie zatracił. Będą bardzo potrzebne, a sam zawodnik może także dzięki swojemu podejściu do meczów sporo zyskać. Tego Nikola Grbić nie musi z nim przepracowywać. A i w odbudowę jakości gry Śliwki jakoś łatwiej dzięki temu uwierzyć. Teraz musi to potwierdzić w kolejnych spotkaniach, już po siatkarsku.

Poręba nazwany "potworem", nazwisko Bednorza niosło się echem po hali. Teraz czas na pierwsze udoskonalenia

Na początku spotkania gra Polaków opierała się głównie na wykorzystywaniu swoich szans w ataku i zbieraniu punktów po błędach przeciwników. W pierwszym secie poza tymi elementami dołożyli tylko jeden punkt blokiem. W kolejnej partii już na początku punktowali tak trzykrotnie, ostatecznie kończąc ją z dorobkiem czterech punktowych bloków. Pojawiało się też coraz więcej siły w ich zagrywce i tak dokładali presji rywalom, naciskali na nich. Ci ugięli się zwłaszcza w drugim secie. Sami sprawdzili polski zespół w tym elemencie i sprawiali mu trudności w trzeciej partii, ale i tak nie potrafili jej wygrać.

Na pochwałę za znakomity drugi set zasłużył Bartosz Bednorz, który tylko w tamtym secie zdobył aż pięć punktów. To był jego moment - raz po raz nazwisko Bednorza niosło się echem po tureckiej hali, gdy wykrzykiwał je spiker. W trzeciej partii w jego roli sprawdził się też Artur Szalpuk - dostał mniej czasu na boisku niż on czy Śliwka, a potrafił błysnąć. Niezłą zmianę potrafił dać także Karol Butryn i gdy nie szło na lewym skrzydle, odciążał swoich kolegów. Pewność siebie w jego atakach przekładała się na skuteczność.

Dobrą robotę wykonywali także środkowi, którzy jak zwykle dobrze dogadywali się z Grzegorzem Łomaczem. Mateusz Poręba został wręcz nazwany "potworem" przez komentatora globalnego przekazu meczów Ligi Narodów. Wtórował mu Sebastian Adamczyk, który nie tylko blokował, czy atakował, ale swoje dołożył także w polu serwisowym.

Po pierwszym meczu nie ma oczywiście powodów do przesadnych zachwytów, ale Polacy zagrali solidnie i wykonali zadanie: wygrali bez straty seta. Jednocześnie realizowali też cele stawiane im przez Grbicia, więc pod tym względem zapunktowali u trenera jeszcze bardziej. Cieszy też, że nie przeceniają tego, co zrobili w środę. - Zawsze mamy, w czym się poprawić - mówił po meczu Aleksander Śliwka i wyliczał reporterowi Volleyball World, w czym na mecz z Kanadą muszą udoskonalić swoją grę. Według niego choćby prezentować się lepiej w systemie blok-obrona i naskoczyć na rywala agresywną zagrywką. Ten mecz Polacy rozegrają już w czwartek. Spotkanie zaplanowano na godzinę 16:00 czasu polskiego. Relacja na żywo na Sport.pl i w aplikacji Sport.pl LIVE.

Czy Polacy powtórzą triumf w Lidze Narodów siatkarzy sprzed roku?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.