Czekaliśmy 60 lat na taki sukces siatkarek. Rzeczywistość przerosła plany

Rzeczywistość przerosła plany, bo za cel przed rozpoczęciem mistrzostw świata stawiano polskim siatkarkom wyjście z grupy. One zaś awansowały do czołowej "ósemki", w której poprzednio były 60 lat temu. Głównym zadaniem wyznaczonym zatrudnionemu na początku roku trenerowi Stefano Lavariniemu jest wywalczenie z biało-czerwonymi przepustki na igrzyska w Paryżu, ale już widać pierwsze owoce jego pracy.

- Strefa marzeń zaczyna się od ćwierćfinału. Osiągnięcie tego pułapu trzeba będzie już uznać za duży sukces, a każdy kolejny krok za sensację - pisał Jakub Balcerski dwa tygodnie temu, na kilka godzin przed pierwszym meczem Polek w tych mistrzostwach świata. Wówczas ich gra w tym turnieju była wielką niewiadomą, a biało-czerwone swoją nieprzewidywalność potwierdzały - zarówno na plus, jak i na minus - także w trakcie tej imprezy. Niezależnie od tego, jak potoczą się ich losy w ćwierćfinale z Serbkami, już teraz jednak można mówić o wielkim sukcesie.

Zobacz wideo Heynen wyjechał z Polski, ale jakby nic się nie zmieniło. "Jestem, kim jestem"

Długie czekanie na powrót do najlepszej ósemki MŚ. Rosnąca lista nieobecnych

Ósemka czempionatu globu była nieosiągalna dla Polek bowiem przez ostatnie 60 lat. W 1962 roku i sześć lat wcześniej wywalczyły brąz, a w 1952 roku srebro. Tyle że wówczas stawka znacząco się różniła od współczesnych edycji. Obecnie w turnieju biorą udział 24 drużyny, 60 lat temu było ich 14, w 1956 roku 17, a 70 lat temu zaledwie osiem. W tamtych czasach inna była też formuła - zespoły walczące o medale nie grały systemem pucharowym, tylko czołówka rywalizowała na późniejszym etapie między sobą systemem "każdy z każdym" i na tej podstawie ustalano klasyfikację końcową.

Od poprzedniego występu w MŚ biało-czerwonych też trochę czasu minęło. Co prawda nie aż 60 lat, ale 12. Wówczas upragniony ćwierćfinał był dość blisko - zajęły dziewiąte miejsce. Z obecnego składu w drużynie była wtedy jedynie Joanna Wołosz, a kadra była w trakcie zmiany pokoleniowej. Trzon stanowiły w dużym stopniu jeszcze słynne "Złotka", czyli zawodniczki, które w latach 2003-05 dwa razy z rzędu zostały mistrzyniami Europy. W 2009 roku Polki wywalczyły jeszcze brąz w imprezie tej rangi i był to jak na razie ostatni medal kadry w turnieju rangi mistrzowskiej. Dziesięć lat później musiały się zadowolić miejscem tuż za podium, a w ostatniej edycji ćwierćfinałem.

W 2019 roku jedną z liderek kadry była Malwina Smarzek i wydawało się, że po zatrudnieniu Stefano Lavariniego nadal nią będzie. Wiele zawodniczek cieszyło się na myśl o współpracy z mającym wyrobioną już markę włoskim szkoleniowcu. W tym przypadku stało się jednak inaczej, bowiem atakująca wbrew wcześniejszym planom zrezygnowała z występu w Lidze Narodów (była w szerokim składzie na pierwszą część sezonu), tłumacząc się potrzebą odpoczynku i zadbania o zdrowie. Nie została także powołana na MŚ, czyli docelową imprezę tego sezonu. Trener zaś ucinał próby rozmów na jej temat ze strony dziennikarzy.

Nieobecność Smarzek nie była jedynym problemem reprezentacji, która dopiero co się tworzyła pod okiem Lavariniego. Z powodu kontuzji z gry w LN wypadła także Magdalena Stysiak i włoski szkoleniowiec łatał w tych rozgrywkach dziury na pozycji atakującej przyjmującymi. Przed MŚ z kolei urazy wykluczyły dwie podstawowe przyjmujące - Martynę Łukasik i Martynę Czyrniańską.

Stysiak i Korneluk sprawdziły się w roli liderek. Pochwały dla Różański

Jedyny pozytywnym elementem pod tym względem był powrót Wołosz, która w ubiegłym roku zrobiła sobie przerwę od gry w drużynie narodowej. Tłumaczyła to potrzebą odpoczynku po intensywnym sezonie w klubie, ale kibice mieli w pamięci jeszcze konflikt, o którym głośno było w 2019 roku. Wówczas większość zawodniczek podpisało się pod listem otwartym, w którym wymienione były zarzuty względem ówczesnego trenera Jacka Nawrockiego.

Szkoleniowiec ten prowadził biało-czerwone aż siedem lat. Jego następcą w styczniu ogłoszono wybranego drogą konkursu Lavariniego. Zatrudnienie Włocha miało dać powiew świeżości po wskazanym wewnętrznym sporze. Początki jego pracy - za sprawą kłopotów zdrowotnych - nie były jednak łatwe. Powodu do zadowolenia nie dawało też 13. miejsce w LN i wygranie w fazie interkontynentalnej zaledwie czterech z 12 spotkań. Niektórzy żartowali, że 43-letni Włoch nie zdawał sobie sprawy, jak trudne zadanie go czeka. On jednak stale powtarzał swoją dewizę - trzeba skupić się na zawodniczkach, które ma się do dyspozycji, a nie tych, które są nieobecne i na problemach.

Izabela Bełcik w rozmowie ze Sport.pl opowiadała, że na początku dostrzegalne było przenośne przeciąganie liny i wzajemne badanie się drużyny i Lavariniego. - Mam wrażenie, że podczas tego turnieju zaczynają sobie ufać. (...) Jeśli im to będzie pasować i nauczą się siebie nawzajem przy wspólnej pracy, to będzie super - oceniła przed piątkowym meczem z Kanadą dwukrotna mistrzyni Europy.

Duża odpowiedzialność spoczywała w ostatnich tygodniach na Stysiak. Niespełna 22-letnia zawodniczka przed rozpoczęciem MŚ zapewniała, że lubi brać ją na siebie i grać pod presją. Potwierdziła te słowa swoją postawą na boisku, brylując często także w bloku. Ramię w ramię idzie z nią w tym turnieju środkowa Agnieszka Korneluk, która nieraz zamurowywała wręcz siatkę rywalkom. Bardzo dobre oceny zbierała również Olivia Różański.

Polki wciąż pokazują w MŚ dwie twarze. Sukces z walką o igrzyska w tle 

Jako drużyna Polki zaś dotychczas grały dość nierówno. Przykład tego było widać już w meczu otwarcia z Chorwatkami (3:1), w którym po świetnym pierwszym secie przyszło falowanie. Nie brakowało go też później - błysnęły w pojedynku z Tajlandią (3:0), by rozczarować spotkaniem z Dominikaną (1:3) i zmarnować szanse w meczu z Turcją (2:3).

W drugiej fazie grupowej też pokazały dwie twarze. Dzień po srogim laniu od broniących tytułu Serbek (0:3) same bez straty seta pokonały mistrzynie olimpijskie z Tokio Amerykanki. A następnie sprezentowały kibicom dreszczowce z Kanadyjkami i Niemkami (oba po 3:2). Już w trakcie tego ostatniego spotkania były pewne wymarzonego awansu do ćwierćfinału dzięki zwycięstwu Kanadyjek nad ekipą z Dominikany.

Wymarzonego awansu, bo przed MŚ za podstawowy cel w przypadku biało-czerwonych wskazywano wyjście z grupy. Tymczasem siatkarki - wzorem koszykarskiej reprezentacji Polski w niedawnych mistrzostwach Europy - pozytywnie zaskoczyły. We wtorkowym ćwierćfinale czeka je bardzo trudne zadanie, bowiem zmierzą się znów z Serbkami, czyli jedyną niepokonaną wciąż drużyną w tej imprezie.

Głównym zadaniem postawionym przed Lavarinim jest awans na igrzyska w Paryżu. Poprzednio polskie siatkarki w turnieju olimpijskim wystąpiły w 2008 roku, a wcześniej w latach sześćdziesiątych XX wieku. Włoch zasłynął tym, że rok temu w Tokio doprowadził reprezentację Korei Płd. do czwartego miejsca. Taki wynik w przypadku Polek na razie jest w sferze odległych marzeń, ale niektórzy tak samo określali teraz ich szanse na ćwierćfinał MŚ.

Przepustkę na igrzyska biało-czerwone będą musiały jednak dopiero wywalczyć, ale dobrą postawą w MŚ zwiększają swoje szanse na to. Za sprawą udanego występu w tej imprezie zdobywają bowiem cenne punkty do rankingu. Obecnie, już po awansie do ćwierćfinału, zajmują w nim 10. miejsce. Najwyższe od ponad dekady.

Więcej o: