- Jeśli ten projekt pana Marka nie wypali, to naprawdę nie wiem, co mogłoby się tu udać. Być może mój optymizm wynika z rozpaczliwego głosu, który krzyczy, że dalej jest już tylko ściana? - mówi w rozmowie "Długa piłka" Paweł Sołtys, muzyk i pisarz znany jako Pablopavo. I kibic Legii w nieodłącznej czapeczce z Kazimierzem Deyną.
Konrad Ferszter: Gdybyś miał dzisiaj napisać kilka wersów o Legii, to jakie by one były?
Paweł Sołtys: Pewnie byłoby to coś między Janem Kochanowskim i Konstantym Ildefonsem Gałczyńskim, czyli trochę trenu, a trochę żartu i nadziei. Nadziei opartej na młodych. Wiem, że Marek Papszun nie słynie ze stawiania na niedoświadczonych piłkarzy, ale mam wrażenie, że w jego Legii i tak jest ich sporo. W tym klubie bywało już tak, że kiedy były kłopoty zdrowotne lub finansowe, młodzi dostawali szanse. Tak karierę zrobił Wojtek Kowalczyk, który w meczu z Sampdorią zmienił kontuzjowanego Andrzeja Łatkę, a dalszą historię wszyscy doskonale znamy.
Może więc udałoby się sklecić taką jedną hollywoodzką zwrotkę o chłopaku, który dostał szansę w nietypowych okolicznościach i osiągnął wielki sukces. Amerykanie kochają takie historie i filmy, my też byśmy nimi nie pogardzili.
Mecz Legii z Pogonią Oscara za efekty specjalne by nie dostał, ale historię też miał mocną. Z Zagłębiem Lubin było już lepiej i pod tym względem. Oglądałeś je?
- Co do meczu z Pogonią, to w piątek akurat graliśmy koncert w Ełku, więc widziałem tylko drugą połowę i to w trakcie pakowania sprzętu do busa, a potem jeszcze kawałek w trakcie drogi, bo w sobotę graliśmy już w Ostródzie. W autobusie udało mi się w końcu obejrzeć powtórkę. Mecz z Zagłębiem oglądałem w pociągu. Ale przyzwyczaiłem się już do tego, bo latem i wczesną jesienią dużo koncertujemy. Telewizora na scenie sobie jeszcze nie stawiam, ale jestem na bieżąco. Kiedy tylko mogę, jestem na stadionie przy Łazienkowskiej, bo od 15 lat mam karnet, a spotkania wyjazdowe staram się nadrabiać w miarę możliwości.
W tym roku jest łatwiej, bo Legia nie gra w europejskich pucharach.
- Szkoda. Uważam, że gra w Europie to nagroda dla wszystkich za dobry sezon.
W przypadku Legii i ostatnich rozgrywek to w zasadzie za pół sezonu.
- Tak i wiem, że są tacy, którzy twierdzą, że to dobrze, że Legii w pucharach nie ma, bo może się skupić na lidze, a może nawet tę ligę wygra. Ale z drugiej strony, po co zajmuje się jak najwyższe miejsce w Ekstraklasie? No właśnie po to, żeby później móc zagrać na przykład z Chelsea. Zależy na tym nie tylko kibicom, ale też piłkarzom, bo później się okazuje, że taki Tomas Pekhart na koniec kariery w Legii mógł strzelić gola na Stamford Bridge. On będzie ten moment pamiętał do końca życia w przeciwieństwie do bramek, jakie zdobył - z całym szacunkiem do rywala - w Niecieczy. A trochę ich zdobył.
Co do zasady zgoda, ale w tym sezonie Legia wyjątkowo nie byłaby przygotowana do gry na kilku frontach.
- Legia znów jest w momencie, w którym musi budować wszystko od nowa. No może prawie wszystko, bo wiosną pan Marek postawił już całkiem solidny fundament. Akcentuję mocno "pan Marek", bo po poprzednim sezonie wiarę pokładam głównie w nim. Wszyscy działacze, czy jakkolwiek ich nazwiemy, mają dużo na sumieniu. I nie chodzi mi tylko o Dariusza Mioduskiego, ale też o ludzi na niższych stanowiskach.
W Legii doszło do idiotycznej sytuacji. Nie słyszałem wcześniej o klubie, który miałby dwóch dyrektorów sportowych o tak niejasnym podziale kompetencji. Do dzisiaj nie wiem, za co odpowiadał Michał Żewłakow, a za co Fredi Bobić. Dlaczego jeden odszedł z Legii, a drugi nie? A w tym wszystkim był jeszcze Marcin Herra. Teraz sytuacja jest dużo prostsza i widać, że trener Papszun ma bardzo dużo do powiedzenia w najważniejszym obszarze, jakim jest sport i pierwsza drużyna. Pan Marek sprawia wrażenie bossa w angielskim lub niemieckim stylu i dla mnie to jest OK. Wydaje mi się, że w obecnej sytuacji Legii to jedyne rozsądne rozwiązanie.
Wracając do sportu, to rzeczywiście w tym sezonie drużyna ma nieco łatwiejsze zadanie. Żeby grać w europejskich pucharach, trzeba byłoby mieć co najmniej 18 dobrych piłkarzy. Czy Legia dzisiaj tylu ma? Nie jestem pewien. Liczę na młodych: Kubę Żewłakowa czy Samuela Kovacika, ale oni wciąż muszą się ogrywać, łapać doświadczenie. Wydaje mi się, że ten sezon będzie do tego idealny.
Wiara w trenera Papszuna bije od ciebie na kilometr.
- Bardzo lubię i szanuję Michała Żewłakowa za całą karierę i za to, co zrobił dla Legii jako piłkarz i dyrektor sportowy w pierwszej kadencji. Ale zatrudnienie w Legii Edwarda Iordanescu jest dla mnie całkowicie niejasne. Przecież od początku było widać, że on nie chciał tu być. Po co zatrudniać kogoś takiego? I to jeszcze za niemałe pieniądze.
Co by nie powiedzieć o trenerze Papszunie, to po nim od razu widać, że praca w Legii to spełnienie jego marzeń. I tak jak jeszcze w Rakowie panu Markowi zdarzało się narzekać na wiele rzeczy, to mam wrażenie, że tutaj - przynajmniej na razie - gryzie się w język. Zakładam, że to dlatego, że po prostu chce tu być i odniesienie sukcesu z Legią jest jego marzeniem i celem. To trener, który nie musi niczego udowadniać światu, bo doprowadził Raków z II ligi do mistrzostwa Polski. Natomiast to też szkoleniowiec, który na pewno będzie chciał coś udowodnić samemu sobie. Nie wiem, czy jego ambicje sięgają na przykład reprezentacji Polski, ale jestem przekonany, że z Legią chce coś osiągnąć. I w tym pokładam mnóstwo nadziei.
Papszun wyraźnie zmienił Legię, nadał jej swój sznyt. Niektórzy mówią, że z wyniku 1:0 już zrobił wielką sztukę. Jak tobie się taka sztuka podoba?
- W zeszłym sezonie w ogóle mi się to nie podobało, ale rozumiałem okoliczności. Wszystko było podporządkowane utrzymaniu w lidze, liczyły się nie tylko wygrane, ale też remisy, więc ze zrozumieniem przyjmowałem mecze brzydkie. Trzeba też mieć na uwadze to, że pan Marek buduje z tego, co ma. Trudno oczekiwać, że zbuduje drużynę wirtuozów, skoro tych wirtuozów w Legii dzisiaj nie ma.
Lubiłem Danijela Ljuboję za to, jak podawał przez dwie linie. Miro Radovicia za technikę użytkową, Josue za sposób prowadzenia piłki. Jacek Zieliński może nie był dobrym dyrektorem sportowym, ale jego elegancja w grze, mimo że był środkowym obrońcą, była zjawiskowa. Zawsze kochałem zawodników, którzy po prostu potrafili grać w piłkę.
Dlatego dziś trochę szkoda mi Kacpra Urbańskiego, bo to zawodnik z potencjałem na grę na Zachodzie i w reprezentacji Polski, ale z drugiej strony ile można było na niego czekać? Być może okaże się, że w Górniku Zabrze zaraz odpali i zacznie grać na miarę swojego wielkiego potencjału. Tam jednak presja i zainteresowanie mediów są nieco inne, mniejsze. W każdym razie ja życzę mu jak najlepiej. Szkoda, że w Legii mu nie wyszło, bo liczyłem, że kiedy inni będą nosić fortepian, on będzie na nim grał. Ale nie można powiedzieć, że nie dostał szansy. Po prostu jej nie sprostał.
Może jestem naiwny, ale naprawdę liczę na Żewłakowa i Kovacika. Oni mają duży potencjał i na pierwszy rzut oka widać, że lubią i potrafią kiwnąć, zrobić coś niesztampowego. Wierzę, że to ich moment, bo jeśli chcą zaistnieć w dużej piłce, to w wieku 19-20 lat powinni już coś dawać Legii. Zwłaszcza po Żewłakowie widać, że u trenera Papszuna przechodzi z piłki juniorskiej do seniorskiej. Na początku było w nim za wiele szaleństwa. Teraz, mam wrażenie, jest bardziej dojrzały. Ale jeszcze dużo pracy przed nim. Podobnie jak przed Kovacikiem, którego trener Papszun wystawiał na wahadle i widać, że ten chłopak wciąż się uczy nowej pozycji i zachowań w defensywie.
Mecz z Pogonią pokazał jak na dłoni, że Legii brakuje pozytywnego szaleństwa w ofensywie.
- Ruben Vinagre powiedział ostatnio, że o ile trener Papszun bardzo pilnuje gry defensywnej, o tyle w ofensywie zostawia zawodnikom pole do popisu i improwizacji. Tam już muszą dojść umiejętności piłkarskie. Tak samo działał Pep Guardiola w Manchesterze City. Zresztą trudno, żeby było inaczej. Przecież trener nie będzie wiecznie stał nad tobą i krzyczał: "strzelaj", "podaj" itd. Mecz z Pogonią już mi się podobał. Legia oddała w nim 25 strzałów, co jak na drużynę trenera Papszuna to naprawdę dużo. Inna sprawa, że za wykończenie odpowiadał Mileta Rajović.
Kibice pisali, że był to najgorszy występ zawodnika w historii Legii.
- Ja mam tak i zresztą zawsze tak miałem, że wspieram piłkarzy na tyle, ile mogę. Ale w tym przypadku rzeczywiście jest bardzo trudno. Nie wiem, co ma Rajović i co widzą w nim trenerzy, czego nie dostrzegam ja. Nie zarzucę mu, że jest leniem, że się nie stara, bo widać, że tak nie jest. Ale to po prostu zawodnik za słaby na Legię. I takich piłkarzy w tej drużynie jest kilku.
Ile dobrych meczów zagrał Kacper Chodyna? Ile Wahan Biczachczjan? Nie chcę nikogo obrażać, bo to w większości są pewnie fajni ludzie, ale to piłkarze, dla których Legia jest półką co najmniej o jeden poziom za wysoką. Kiedy patrzę na Kamila Piątkowskiego, widzę, że to dobry zawodnik. Czy to samo mogę powiedzieć o dwóch wyżej wymienionych? Niekoniecznie. Liczę na to, że tę sytuację wykorzystają młodzi, a kiedy do zdrowia wróci Rafał Adamski, to on stworzy duet napastników z Łukaszem Zjawińskim. Obaj chcieli w Legii grać, widać, że obaj trochę potrafią. Może nie są geniuszami, ale w obecnej sytuacji klubu, takich zawodników nam trzeba. Jestem też bardzo ciekawy, ile drużynie dadzą Michal Sevcik i Henrique Arreiol. Obaj mają spory potencjał, oby pokazali go w Legii.
Natomiast to, na co jeszcze zwróciłem uwagę, to jedność, jaką w drużynie zbudował Papszun. Mimo że Rajović strzela, jak strzela, on go publicznie buduje. Ktoś powie, że to normalne, że to nic nadzwyczajnego, ale mam wrażenie, że pan Marek jest w tym wyjątkowo naturalny. I za nim idzie drużyna. Zobaczyłem to w kulisach po meczu z Pogonią. Niby normalna przemowa, gratulacje za wygraną i motywacja do dalszego działania, ale nikt nie musiał mnie przekonywać, że to jest szczere. Widać, że tu jest prawdziwe jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Trochę jak za Dragomira Okuki w sezonie 2001/02, kiedy w Legii było biednie, ale drużyna scaliła się do tego stopnia, że zdobyła mistrzostwo Polski.
Mimo problemów kibice nie odwrócili się od klubu, bo ten sprzedał komplet 7500 karnetów.
- Kibice widzą zmiany i wierzą Papszunowi. Może w jego drużynie nie ma fajerwerków, ale gołym okiem widać poprawę. Wygląda to trochę tak, jakby pan Marek powiedział, że Legia najpierw przestanie tracić gole po stałych fragmentach gry, potem przestanie je tracić w ogóle, później dołoży do tego coś z przodu, a na końcu przyjdzie czas na styl. Można uwierzyć w ten proces, że wszystko przyjdzie w odpowiednim czasie. Zresztą sam trener Papszun wie, że on nie może grać tylko na 1:0. W jednym z wywiadów powiedział, że zdaje sobie sprawę z tego, że Legia nie może grać bez przerwy jak Raków. Oby tylko zaraz drużyna nie została osłabiona.
A już pojawiają się spekulacje, że po kilku dobrych występach jeszcze tego lata może odejść Otto Hindrich.
- W meczu z Pogonią pierwszy raz od dawna widziałem, że Legia miała bramkarza, który wybronił jej mecz. Przecież gdyby Hindrich wpuścił gola po strzale Jeana-Pierre'a Nsame, nikt nie mógłby mieć do niego pretensji. W drugiej połowie miał jeszcze co najmniej jedną doskonałą interwencję. Nie mam nic do Kacpra Tobiasza, bo uważam, że on się jeszcze rozwinie i skończy w dobrym klubie, ale Hindrich to sporo lepszy bramkarz. Szybko dał drużynie coś ekstra. Piłkarzy na takim poziomie nam potrzeba.
Legia w końcu da się lubić? Ostatnią taką była chyba ta Kosty Runjaicia, która zdobyła Puchar Polski i wicemistrzostwo kraju.
- W przypadku drużyny Kosty chyba i kibice, i przede wszystkim władze klubu za bardzo przyzwyczaiły się do dobrego i poczuły, że jeszcze lepsze jest tuż za rogiem. W efekcie, kiedy Legia mało co nie spadła z Ekstraklasy, Kosta z powodzeniem pracował w Serie A, budząc uznanie włoskich ekspertów. Trudno nazwać to inaczej jak tylko porażką Legii.
O Iordanescu już mówiłem, kompletna porażka. Ale tego samego nie powiedziałbym o Goncalo Feio. To facet, który bez wątpienia zna się na piłce i miał bardzo ciekawe pomysły taktyczne. Zresztą potwierdziło to kilku piłkarzy, którzy mówili, że to najlepszy trener, z jakim pracowali. Ale rzeczywiście nie przystoi, by trener Legii pokazywał komukolwiek środkowy palec. To mogą robić na derbach w niższych ligach. My jesteśmy Legia Warszawa i kiedy nas obrażają, my powinniśmy śmiać się im w twarz i wygrywać mecze, a nie dawać się prowokować. Po karierze Feio widać, że przy całym szacunku do jego kompetencji taktycznych, jeśli nie zacznie pracować ze specjalistą, który pomoże mu się uspokoić, nigdzie nie odniesie sukcesu.
Trener Papszun, którego Feio tyle razy chwalił, też potrafi się mocno zdenerwować, ale nie przestaje być opoką dla drużyny. Piłkarze wiedzą, że jak coś spieprzą na boisku, to dostaną reprymendę. Ale Papszun zrobi to poza kamerami. Raz, a porządnie. Bez szumu i błysku kamer.
Bałeś się, że Legia spadnie do I ligi?
- Kiedy trenerem został Papszun to już nie, bo wiedziałem, że zrobi dobrą robotę. Ale jesienią, kiedy Iordanescu zastąpił Inaki Astiz, trochę obaw było. To w ogóle była największa głupota poprzedniego sezonu i największa krzywda, jaką klub mógł wyrządzić drużynie, kibicom, ale i samemu Inakiemu. On wyraźnie nie był gotowy do tej roli i z jednego z idoli kibiców stał się wrogiem numer jeden i jednym z głównych winowajców tego, że Legia o mało co nie spadła do I ligi. Szkoda, bo kilka lepszych wyników i tamten sezon był jeszcze do uratowania.
Mocno przeżywałeś zeszłoroczne wyniki?
- Co prawda kilka lat temu też mieliśmy tak słabą rundę, ale mimo wszystko odzwyczaiłem się od tak kiepskich wyników. Wszyscy przywykliśmy do tego, że jeśli Legia nie walczy o mistrzostwo Polski, to przynajmniej kręci się gdzieś wokół europejskich pucharów. Tu nie było ani tego, ani tego. To był bardzo frustrujący czas, mimo że pamiętam słabe lata 80., późniejsze porażki z Widzewem Łódź czy dominację Wisły Kraków.
Kadencja Bogusława Leśnodorskiego jako prezesa mocno nas rozbestwiła. Pamiętam sezony, w których Legia zdobywała mistrzostwo Polski, a my kręciliśmy nosem na styl. Dzisiaj wszyscy wrócilibyśmy do tamtych czasów. Zwłaszcza że nasza liga poszła mocno do przodu, pojawiły się w niej większe pieniądze i dużo trudniej ją zdominować niż dekadę temu, kiedy naszym rywalem w zasadzie był tylko Lech Poznań. I teraz, kiedy większość ligowych rywali się rozwinęła, Legia się cofnęła. No bo kiedy spojrzymy choćby na skład, który grał w Lidze Mistrzów, to z pewnością był on dużo mocniejszy niż ten, którym dziś dysponuje trener Papszun.
Od awansu do Ligi Mistrzów mija równo 10 lat. Spodziewałbyś się wtedy, że wszystko rozsypie się w tak krótkim czasie?
- Oczywiście, że nie. Wtedy marzyłem, że Legia stanie się klubem, który regularnie będzie grał w Lidze Europy i od czasu do czasu awansuje do Ligi Mistrzów. Wiedziałem, że nie staniemy się gigantem, ale mogliśmy mieć ambicje, by być solidnym klubem drugiego rzędu. Szkoda, że panowie Mioduski i Leśnodorski nie potrafili się dogadać. Według mnie ten duet dobrze się uzupełniał. Jeden miał taką światową ogładę i elegancję korporacyjną, drugi trochę niezbędnego, pozytywnego cwaniactwa, czasami graniczącego z wariactwem. Ale to działało.
Dzisiaj Mioduski przez wielu uważany jest za głównego winowajcę sytuacji, w jakiej znalazła się Legia.
- Staram się patrzeć na to obiektywnie. Na pewno panu Mioduskiemu trzeba oddać to, że Legia w końcu ma ośrodek treningowy z prawdziwego zdarzenia, który chwalą absolutnie wszyscy. Budowa tego ośrodka mogła być pewną wymówką dla sportowych niepowodzeń klubu, ale to mogło trwać rok-dwa, a trwa już kilka lat. Na plus idzie też cała otoczka marketingowa i sprzedażowa. W dniu meczowym możesz przyjść na Legię sześć godzin przed meczem i nie będziesz się nudził. Możesz przyjść pobawić się z dziećmi, możesz przyjść z kolegami, napić się piwa i coś zjeść. W tej kwestii z roku na rok jest coraz lepiej podobnie jak ze sprzedażą koszulek meczowych, które w tym sezonie są wyjątkowo ładne.
Ale na końcu najważniejszy jest sport, a tutaj popełniono masę błędów. Kto inny zatrudniłby Romeo Jozaka czy Deana Klafuricia? Kto inny zwolniłby trenera, który wyprowadził mu klub na prostą po największym kryzysie od lat? Błędów, które trudno wybaczyć, było naprawdę dużo. Wiem, że wielu kibiców chciałoby, żeby pan Dariusz sprzedał Legię. Ale według mnie to projekt jego życia i on łatwo się go nie pozbędzie. Dziś największą nadzieją dla Legii jest to, że trener Papszun będzie w niej długo pracował.
Mam nadzieję, że pan Dariusz w końcu zrozumiał, że tu nie trzeba wielkiej magii. Legii niezbędny był dobry trener, dwóch-trzech dobrych zawodników i masa ciężkiej pracy. Pierwsze i ostatnie już ma. Nie byłem wielkim fanem stylu, jaki prezentował Raków za kadencji trenera Papszuna, ale na dziś to chyba najlepsze rozwiązanie dla Legii. Oby tylko właściciel znów się nie rozmyślił i nie wprowadził kolejnej filozofii, skrajnie różnej od obecnej.
Nie obawiasz się, że Legia za mocno polega na Papszunie? Że kiedy znów zmieni się trener, kolejny raz trzeba będzie budować od nowa?
- Spójrzmy na Lecha Poznań. Oni też przez lata miotali się jak pan Dariusz i podejmowali przedziwne decyzje, które doprowadzały kibiców do szału. W końcu ktoś się jednak ogarnął i zrozumiał, że musi to robić inaczej. W pierwszym roku nie wyszło, w drugim też, ale już w trzecim i czwartym jak najbardziej. I dzisiaj Lech wygląda na najbardziej poukładany klub w Polsce. Mam nadzieję, że w Legii też ktoś w końcu pójdzie po rozum do głowy. Że nie będzie już tak, że po jednym dobrym sezonie stracimy rozum i zaczniemy wydawać pieniądze bez sensu na lewo i prawo. Liczę, że gwarancją tego spokoju i rozsądku będzie trener Papszun.
Lech od lat mocno stawia na wychowanków, których Legia w pierwszej drużynie tylu nie ma.
- Nie rozumiem tej polityki i niektórych ruchów. Na przykład dlaczego Oliwier Olewiński po bardzo dobrym czasie w Pogoni Grodzisk Mazowiecki nie został w Legii przynajmniej jako zmiennik Pawła Wszołka? Albo dlaczego nie przedłużono z nim umowy i nie wypożyczono do innego klubu Ekstraklasy? Przykład Zjawińskiego pokazuje, że takich zawodników nie trzeba się pozbywać.
Kilka lat temu, kiedy Legia kupowała takich piłkarzy jak Nemanja Nikolić czy Vadis Odjidja-Ofoe, rozumiałem, że młodzi mogą się nie przebić. Kupowałem argument, że La Masia w dużej mierze szkoli dla innych klubów, a nie dla Barcelony. Ale dzisiaj? Naprawdę wolałbym, żeby w Legii wchodził i grał Stanisław Gieroba, a nie Rajović. Miał porządną rundę w Pogoni, jest wysoki i przy tym sprawny, można byłoby dać mu szansę. Może strzeliłby kilka goli i dał Legii na sobie zarobić?
Rozumiem argumenty, że to młodzi zawodnicy, którzy nie zawsze gwarantują odpowiednią jakość. Ale przecież część tych, co grają obecnie, też nie sprawia, że Legia wygrywa mecz za meczem. Naprawdę wolę, żeby grali młodzi.
Legia w tej dekadzie odzyska mistrzostwo Polski?
- Mam dobry humor, więc powiem, że zrobi to już w tym sezonie. Mam poczucie, że jak nie zrobi tego teraz, to w najbliższych latach tym bardziej się jej nie uda. O ile w trakcie poprzedniego sezonu miałem doła, o tyle teraz jestem optymistą. Ale mam z tyłu głowy to, że pan Dariusz znów może uwierzyć w swój geniusz i wszystko rozwali w drobny mak.
Wierzę jednak, że Papszun będzie dla Legii tym, kim sir Alex Ferguson był dla Manchesteru United lub Arsene Wenger dla Arsenalu. Chciałbym, żeby popracował tu i 10 lat. Ale jeśli ten projekt nie wypali, to naprawdę nie wiem, co mogłoby się tu udać. Być może mój optymizm wynika z rozpaczliwego głosu, który krzyczy, że dalej jest już tylko ściana?