Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Prof. Pawlaczyk: Tracimy respekt przed koronawirusem. To bardzo niebezpieczne. Poprzedni sezon traktuję w kategoriach cudu

Jakub Kręcidło
Osiągnęliśmy podobny poziom bezpieczeństwa do np. Bundesligi, stosując zdecydowanie niższe środki finansowe i kładąc większy nacisk na nadzór i odpowiedzialność osób pracujących w klubie. Ale jeśli komuś wydaje się, że sytuacja jest opanowana, to apeluję o rozwagę. W 2021 roku może być jeszcze gorzej - mówi Sport.pl prof. Krzysztof Pawlaczyk, lekarz Lecha i członek zespołu medycznego przy PZPN, z którym podsumowujemy, jak Ekstraklasa radziła sobie z pandemią.

Jakub Kręcidło: Czy w Ekstraklasie traktujemy koronawirusa poważnie? 

Profesor Krzysztof Pawlaczyk, członek zespołu medycznego przy PZPN i lekarz Lecha Poznań: Czy pan sobie ze mnie żartuje?  

Nie. Pytam w pełni poważnie. 

Był pan na meczu Lecha z Pogonią? 

Byłem. 

Zwracał pan uwagę, ile razy maseczkę zdejmował drugi trener Pogoni

Nie. 

A ja tak. Nazwijmy to zboczeniem zawodowym, ale regularnie obserwuję zachowanie piłkarzy czy trenerów. Zgodnie z protokołem, na ławce wszyscy powinni nosić maseczki. Ale techniki są różne. Jedni odkrywają nos, inni nos i usta, a jeszcze inni myślą, że sam szalik-komin wystarczy. Ale to bzdura. To nie jest tylko nasz problem, bo dokładnie takie same rzeczy widzę w Europie. Można tłumaczyć to kwestią emocji meczowych, jednak na koniec chodzi o zdrowie. Tracimy respekt przed koronawirusem, co jest bardzo niebezpieczne. Świadomość osób ze świata piłki bywała różna. Z reguły drastycznie rosła, gdy dany klub dotknęła fala zakażeń. W Polsce powtarza się, że zasady są po to, by je łamać. Ale nie wiem, czy niezgadzanie się z protokołem medycznym, który ma pomagać, rzeczywiście jest najlepszym rozwiązaniem. 

Zobacz wideo Odszedł z Legii i robi furorę. "Ma decydujący wpływ na grę Śląska". Najlepsi młodzieżowcy w ekstraklasie

A jednak mimo tego wszystkiego udało się rozegrać planowane 248 meczów sezonów 2019/20 i 2020/21. Cud? 

Myślę, że rok przebiegł bez większych zastrzeżeń, a w kategoriach cudu traktuję poprzedni sezon. Od 20 kwietnia do 20 lipca zachorowało w Ekstraklasie pięć osób. To coś niesamowitego! Nie mamy też dowodu na aktywne zakażenie w tamtym czasie u któregokolwiek z zawodników, choć sądzę, że w okresie między styczniem a kwietniem 2020 na Covid-19 chorować mogło kilkunastu zawodników. Bo to że wirus był w Europie już od grudnia 2019 jest praktycznie pewne. Moim zdaniem, ligę uratował twardy lockdown wprowadzony w marcu. Dzięki niemu ograniczona została możliwość zakażania się piłkarzy. Wówczas mieliśmy kompletnie inne możliwości niż teraz. Testy PCR kosztowały ponad 600 złotych, dostępne były właściwie tylko dla szpitali i chorych i szeroko zakrojone badania były niemożliwe. Gdy próbowaliśmy stworzyć projekt wznowienia gry, w składzie komisji byłem jedynym lekarzem. Miałem wiedzę nie tylko teoretyczną, ale też praktyczną, bo widzę, co dzieje się z pacjentami i ilu z nich do dziś umiera na Covid-19. Za klucz do sukcesu uważałem ankiety medyczne. 

Przedstawiciele klubów opowiadali mi, że na ich podstawie był pan w stanie przedwcześnie zdiagnozować zakażenie, także to bezobjawowe. 

Pojawiało się mnóstwo głosów, że 80 proc. osób przechodzi chorobę bezobjawowo, ale jako lekarz wiedziałem, że muszą być jakieś objawy. Dzięki rzetelnemu funkcjonowaniu systemu klubowych ankiet byliśmy w stanie wyłapać wiele zakażeń. Początkowo było kilka klubów, które nie stosowały się w pełni i które mówiły, że nie mają zamiaru wracać do gry, jeżeli nie zagwarantuje się im utrzymania. Nikogo nie zmuszaliśmy do grania, ale bezpieczeństwo projektu wydawało się stosunkowo duże, przy założeniu, że wszyscy będą się stosować. Ostatecznie udało się ruszyć. Okres wiosenny był też momentem, gdy piłkarze i trenerzy pilnowali się zdecydowanie bardziej niż teraz. Mimo wszystko, mieliśmy dużo szczęścia. Nie wiedzieliśmy wiele o koronawirusie, ale byliśmy nawet nadmiernie rozsądni i skrupulatni. Uczyliśmy się choroby. Zdarzało nam się celowo kierować na badania wymazowe osoby, które nie dawały do tego żadnych podstaw, by móc przeanalizować wyniki i wyciągnąć wnioski na przyszłość na temat tego, kogo warto testować, a kogo nie. Wyszło nam to na plus. Pamiętajmy, że w sezonie 2019/20 finansowanie testów było po stronie PZPN. Gdyby prezes Zbigniew Boniek nie zagrał va banque, nikt u nas nie odważyłby się rozpocząć ligi. Pewnie czekalibyśmy na to, co wydarzy się w pierwszych dwóch-trzech tygodniach sezonu Bundesligi i dopiero wznowilibyśmy grę. Gdyby nie odwaga Bońka oraz wsparcie Ekstraklasy SA, gdyby nie solidarne działanie klubów dbających o piłkarzy, dziś nie bylibyśmy w połowie rozgrywek, a po kilku kolejkach, o ile w ogóle byśmy grali. 

W sezonie 2020/21 jest trudniej niż w poprzednim? 

W pewnym momencie miałem wrażenie, że przestaliśmy ciągnąć wózek w jednym kierunku. Praktycznie nikt już nie pytał co robić, ani jak działać. Kluby nabrały przekonania, że wiedzą wszystko o koronawirusie. Zespoły spotykały się na treningach, nie robiono badań, a przypadki były już w okresie przygotowawczym, nie mówiąc już o późniejszych sytuacjach w Pogoni czy Wiśle Płock, które choroba dotknęła najmocniej, czy o kryzysach w Zagłębiu, Stali czy Wiśle Kraków. Dziś tak naprawdę trudno nie znaleźć klubu dotkniętego koronawirusem. Każdy musiał się z nim zmagać, robiąc to lepiej lub gorzej, jednak jeśli ludziom wydaje się, że sytuacja jest opanowana, to apeluję o rozwagę. W 2021 roku może być jeszcze gorzej. Mamy lepsze narzędzia do walki z wirusem, ale i on jest silniejszy, bo pojawiła się mutacja o dużo większym stopniu zaraźliwości, co może doprowadzić do wzrostu liczby zakażonych. Nie mamy gwarancji, że przejście choroby w jej pierwszej fazie gwarantuje odporność na jej drugą wersję. Pewne jest jedno – zadziała prawo dżungli i trzeba będzie się adaptować, bo po wznowieniu gry będzie gorzej niż jesienią. Jeśli ktoś się spodziewa, że będą szczepienia i że już nic nie zatrzyma rozgrywek, to znów rekomenduję spokój. Piłkarze nie są ani ratownikami medycznymi czy lekarzami, ani grupą wysokiego ryzyka i będą musieli poczekać. Nie wierzę, by zaszczepili się w styczniu, lutym czy marcu.  

Czy Ekstraklasa była ligą bezpieczną? 

Osiągnęliśmy podobny poziom bezpieczeństwa do np. Bundesligi, stosując zdecydowanie niższe środki finansowe i kładąc większy nacisk na nadzór i odpowiedzialność osób pracujących w klubie. Dostosowaliśmy protokół do naszych możliwości. W Lechu o 19:30 każdy, od prezesa, przez zawodników, dział prasowy, aż po masażystów, dostawał powiadomienie, by wysłać ankietę. Gdy w klubie pojawiało się zakażenie, zamykaliśmy szatnię, rozdzielaliśmy zawodników do kilku pomieszczeń i kazaliśmy im przyjeżdżać do klubu tylko na trening, by przebierali się i kąpali już w domach. Dzięki temu doprowadziliśmy do sytuacji, w której zakażenie się nie rozniosło. Nigdy nie doszło do sytuacji, w której jednocześnie chorowałoby dwóch zawodników. Wiele klubów działało na podobnych zasadach.  

Czego możemy spodziewać się wiosną? Będą zmiany w ekstraklasowym protokole? 

Trudno powiedzieć. My przygotowaliśmy tak naprawdę cztery wersje – kwietniową, majową, sierpniową i listopadową. Za każdym razem, gdy można było podnieść standard, staraliśmy się to robić. Ale nie wszystkie proponowane przez nas rozwiązania były przyjmowane. W listopadzie - czyli ponad miesiąc temu, więc dość dawno - zaoferowaliśmy klubom możliwość wprowadzenia tzw. certyfikatu ozdrowieńca. Zgodnie z nim piłkarz lub członek sztabu, który przeszedł Covid-19, przez 90 dni byłby uznawany za osobę nie stanowiącą ryzyka i nie musiałby przechodzić dodatkowych testów przed wejściem na stadion. Ale drużyny nie były zainteresowane taką zmianą, być może uznały, że jakoś tam sobie poradzą w dwóch ostatnich miesiącach roku. Cóż - to ich decyzja, ale dla mnie wykonanie dwóch szczepień daje taki sam stopień bezpieczeństwa jak bycie ozdrowieńcem. W medycynie znamy pojedyncze przypadki osób, które zakażały przed upływem 90 dni, jednak w skali ogółu to śmieszny współczynnik. Również w listopadzie zaleciliśmy Ekstraklasie wykonywanie w dniu meczu testów antygenowych, nazywanych błyskawicznymi. Pozytywny wynik można otrzymać nawet w dwie minuty, negatywny to kwestia kwadransa. Całą drużynę można przebadać w 20 minut i mieć spokój. Dawałoby to nam ogromne poczucie bezpieczeństwa, bo na stadion docierałyby wyłącznie zdrowe osoby i nie zdarzałyby się burze w szklance wody, jakie oglądaliśmy np. przy okazji meczu Warty z Legią. Na dziś test PCR daje możliwość najwcześniejszego wykrycia zakażenia, ale zdarzają się też anomalie, jak np. dodatni wynik trzy miesiące po przejściu choroby. Dlatego też pomagają testy antygenowe, pokazujące, kto może, a kto nie może zakażać.  

Dlaczego rekomendacje zespołu medycznego nie były stosowane? 

Pomidor.  

Nie uwierzę, że jako zespół nie próbowaliście wpływać na poprawę sytuacji. 

Nie jesteśmy organem ścigającym osoby łamiące protokół. Jesteśmy tylko, lub aż, organem doradczym. Jeśli coś idzie dobrze, to gratulacje otrzymują inni. Jeśli idzie źle, palcem wskazuje się nas, bo nie doradziliśmy, bo maile docierały do osób niepracujących już w klubie, bo to, bo tamto... Ale reagowaliśmy. Ja też reagowałem. Po moim włączeniu się do dyskusji rozpętała się burza, choć to nie ja byłem później na kadrze i otrzymywałem różne wyniki oraz to nie ja do dziś w pełni nie wyjaśniłem tej sprawy. Gdyby Legia zgodziła się wyjaśnić tę sprawę i położyła kawę na ławę, byłyby pewnie łatwiej. Sprowadzono tę sprawę do poziomu syndromu oblężonej twierdzy. Gdy krytycznie komentowałem sytuację w Pogoni lub w Wiśle, byłem lekarzem z komisji PZPN. Gdy wypowiadałem się na temat Legii, byłem lekarzem Lecha, z którym jestem związany od 2012 roku... Ja naprawdę nie mam zamiaru nikogo atakować. Nie mam w sobie żółci czy chęci wytykania błędów. Pragnę raczej wszystkich zmobilizować do wysiłku. Jakkolwiek to nie zabrzmi, w czasach, gdy na oddziale umiera mi po kilka osób dziennie piłka jest dla mnie spokojną odskocznią. Zależy mi na kontynuowaniu rozgrywek w jak najlepszej formie, choć niektóre sytuacje były dla nas mocno niekomfortowe, jak np. kluby, które w pierwszych tygodniach odmawiały raportowania ankiet. Albo te, które wiosną mówiły, że nie zaczną grać, jeśli nie dostaną gwarancji utrzymania. Jako zespół medyczny jesteśmy fair i zachowujemy bezstronność, jak na lekarzy przystało. Wszystkie wyniki były zakodowane, nie dostawaliśmy żadnych nazwisk! Oskarża się nas o chęć pomocy jednym czy drugim, ale zapomina się, że stawiamy na szali nasze zawodowe kariery i - w moim przypadku - 25 lat medycznego doświadczenia.

Czesław Michniewicz jako trener Legii Warszawa"Legia dokonała dużego zaniedbania. Będzie starała się podważyć autorytet prof. Pawlaczyka"

Da się przewidzieć, ile czasu potrwa jeszcze walka z koronawirusem? 

Może zakończyć się w maju, a może i za dwa lata. Na dziś nikt nie jest w stanie tego przewidzieć. Kluczowe są szczepienia. To jedyna droga do nabycia odporności stadnej. Niektórzy próbują przekonywać o niebezpieczeństwie szczepionki, ale to bzdura. W każdej grupie społecznej da się trafić na oszołomów. Jeśli kibice chcą wrócić na stadiony, to zamiast włączać się w głupie, niepotrzebne debaty, powinni mówić wprost: "Idziemy się szczepić" oraz np. organizować dojazdy na nie dla osób starszych lub mających problemy finansowe. I w piłce, i jako naród musimy działać razem, zmierzać w jednym kierunku. Tylko to pozwoli nam iść do przodu w walce z pandemią. 

Więcej o: