Mundial 2018. Mundial 2018. Marek Chojnacki: Paulinho w ŁKS? Pamiętam, chucherko. Krzyczał, jakby mu urwali nogę

- Był ambitny, pracowity, niezły technicznie, ale fizycznie słaby. Na gierce ktoś go lekko popchnął, mocniej potraktował, to zaraz się przewracał i robił aferę. Koledzy śmiali się, że obok powinna stać karetka pogotowia, by mu szybko pomagać. Miał wtedy 18 lat, teraz bardzo się zmienił. Zmężniał - opowiada Marek Chojnacki, były trener ŁKS.

Sierpień 2007 r. 19-letni Jose Paulo Bezerra Maciel Junior, zwany Paulinho, trafił do ŁKS.

Brazylijczyk z Litwy

Do klubu z al. Unii ściągnął go Algimantas Breikstas, litewski biznesmen, który został współwłaścicielem ŁKS. Litwin miał przejąć 49 proc. udziałów w ŁKS SSA i przez jakiś czas wydawało się, że tak się stanie. Trener Marek Chojnacki pojechał na Litwę, żeby wybrać kilku zawodników mogących wzmocnić prowadzony przez niego zespół. Wytypował kilku, w tym właśnie Paulinho, który wcześniej grał w klubie Breikstasa - FC Wilno.

18-letni zawodnik przyjechał do Łodzi i w siódmej kolejce zadebiutował w ekstraklasie. Sumie wystąpił w 17 spotkaniach, a jedynego gola strzelił w meczu Pucharu Polski ze Startem w Otwocku. - Byliśmy w trudnej sytuacji. W klubie nie było wielkich pieniędzy na transfery. Pojechałem na Litwę wiedząc, że tamtejszą ligę a naszą dzieli przepaść. Wybrałem trójkę Brazylijczyków. Paulinho wydawał mi się najbardziej uniwersalny. Mógł grać zarówno jako defensywny pomocnik i na prawej obronie - opowiada Chojnacki, były trener ŁKS.

"Ambitny, ale fizycznie słaby. Chucherko. Krzyczał, jakby mu urwali nogę"

Po latach, gdy Paulinho stał się już gwiazdą, w wywiadach mówił otwarcie, że okres gry na Litwie i w Polsce wspomina fatalnie. Żalił się, że trener ŁKS był nacjonalistą i wolał stawiać na Polaków. - Albo ktoś źle przetłumaczył jego słowa albo chodziło mu o innego szkoleniowca, bo u mnie grał regularnie - twierdzi Chojnacki. - Owszem, wychodziłem z założenia, że jeśli obcokrajowiec ma grać w pierwszym składzie, musi być dwa razy lepszy od naszego zawodnika. I z Paulinho tak właśnie było. Sportowo wywalczył sobie miejsce w podstawowym składzie. Pamiętam, że był ambitny, zaangażowany, technicznie niezły, ale za to fizycznie słaby. Chucherko. Na gierce ktoś go lekko popchnął, mocniej potraktował, to zaraz się przewracał i robił aferę. Krzyczał, jakby mu nogę urwali. Koledzy z zespołu śmiali się, że obok powinna stać karetka pogotowia, by mu szybko pomagać. Tylko że wtedy to był młody chłopak. Miał zaledwie 18 lat, teraz bardzo się zmienił. Przede wszystkim zmężniał - opowiada Chojnacki, były trener ŁKS.  

W szatni ŁKS Paulinho spotkał wielu ekstraklasowych wyjadaczy m.in. Tomasza Kłosa, Marcina Adamskiego, Sebastiana Milę czy Bogusława Wyparłę.  - Poza boiskiem był cichy, skryty, miał raczej słaby kontakt z zespołem. Trzymał się bardziej z innym młodym Brazylijczykiem Jucą Vianą. Nie wiem co zadecydowało, że ma tak złe wspomnienia z pobytu w Łodzi. W drużynie z pewnością nie był dyskryminowany. Być może nie dostawał pieniędzy, które miał mu płacić Breikstas? To był jego piłkarz. Może źle się czuł w naszym mieście? Tylko że żadnych takich sygnałów mi wtedy nie zgłaszał - zastanawia się Chojnacki.

"Żarty w szatni? Nie obrażał się. Miał do siebie dystans"

- Bardzo skromny, przyjaźnie nastawiony do świata. Nie szukał żadnych konfliktów czy problemów. A był to przecież bardzo trudny okres w ŁKS, zarówno ze strony finansowej, jak i organizacyjnej. Jedyne, co nas trzymało przy życiu, to dobra atmosfera w drużynie. Paulinho się w tym odnalazł. Miał do siebie dystans. Wiadomo, że w szatni piłkarskiej zawsze są jakieś żarty z kogoś, a on nigdy nie obrażał się. Bardzo fajnie go wspominam. Przychodził na trening i na zajęciach zajmował się tylko piłką, niczym więcej. Nie patrzył na problemy - opowiadał Marcin Adamski w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".  - Wielokrotnie z Tomkiem Kłosem rozmawialiśmy, że ten chłopak ma wielki potencjał. Miał taką lekkość w graniu. To, co innym sprawiało problemy, on wykonywał bez najmniejszego kłopotu. Przyjemnie patrzyło się na jego grę, mimo jeszcze młodzieńczych błędów. Świetnie operował piłką, to się najbardziej rzucało w oczy, choć brakowało mu jeszcze ogrania.

ŁKS z Paulinho w składzie zajął 11. miejsce w sezonie 2007/2008, ale tuż po zakończeniu rozgrywek Breikstas pokłócił się z drugim właścicielem klubu Danielem Goszczyńskim i zabrał Brazylijczyka z powrotem na Litwę. Później, gdy Paulinho robił karierą w Corinthiansie, Tottenhamie i reprezentacji, pojawiały się informacje o pomyłce ŁKS.

- Bzdura. Zależało mi na jego pozostaniu, ale naprawdę nie miałem wtedy nic do gadania - tłumaczy Chojnacki, choć przyznaje, że w najśmielszych snach nie spodziewał się takiej eksplozji kariery Paulinho. - Wyróżniał się nieprzeciętnymi umiejętnościami, to fakt. Ale wymieniłbym wielu lepszych od niego. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że za dziesięć lat ten chłopak będzie grał w FC Barcelonie i walczył o mistrzostwo świata z Brazylią, to szczerze? Dałbym sobie dwie ręce uciąć - mówi Chojnacki.

ŁKS nie zarobił na transferze do Barcelony

Choć od odejścia Paulinho z ŁKS minęło dziesięć lat, to w ubiegłym roku właściciele klubu z al. Unii liczyli na potężny zysk finansowy z tytułu solidarity payment. To obligatoryjna kwota pięciu procent od sumy transferu, która jest podzielona na drużyny, w których zawodnik występował do 23. roku życia. Tak się złożyło, że latem ubiegłego roku były piłkarz łódzkiego klubu został kupiony za 40 mln euro przez Barcelonę. To oznacza, że 150 tys. euro powinno trafić na konto ŁKS. Szefowie dwukrotnego mistrza Polski musieli się jednak obejść smakiem. Wszystko dlatego, że Brazylijczyk był zawodnikiem ŁKS, który przed laty (konkretnie w 2014 roku) został wykreślony ze struktur PZPN. Cała należna suma trafiała na konto PZPN i była przeznaczona na szkolenie młodzieży. Podobnie będzie teraz i przy każdym następnym transferze zawodnika Barcelony.

Więcej o: