Kuriozalne igrzyska. Gospodarze sterowali nawet wiatrem, a nie tylko sędziami

Podczas igrzysk azjatyckich w koreańskim Inczon w 2014 stare powiedzenie, że gospodarzom nawet ściany pomagają, trzeba było zmodyfikować. Koreańczykom pomagały również siły natury, przypadek i oczywiście pomyłki sędziowskie. To były zawody pełne kuriozalnych wydarzeń.

"Tydzień z..." to nowy cykl na Sport.pl, w którym codziennie, przez siedem dni publikujemy artykuły dotykające wspólnego tematu. Od 6 do 12 kwietnia piszemy o największych skandalach w historii sportu.

- Wiatr zawsze wspierał gospodarzy. Za każdym razem, gdy zmienialiśmy stronę kortu, wiatr też zmieniał kierunek - narzekał trener japońskich badmintonistów, Keita Masuda. Jego zespół w 2014 r. zdobył mistrzostwo świata, ale później podczas igrzysk azjatyckich turniej drużynowy zakończył w ćwierćfinale po sensacyjnej porażce z gospodarzami.

Zobacz wideo Iga Świątek wykonała wyzwanie Małysza w zaskakujący sposób

W finale doszło do kolejnej dużej niespodzianki. Koreańczycy pokonali Chińczyków, którzy z wcześniejszych sześciu turniejów o drużynowe mistrzostwo świata wygrali pięć. Trener pokonanych nie krył złości po porażce: - Nie przegraliśmy z powodów braków technicznych czy taktycznych, ale dzięki manipulacjom rywali. Koreańczycy specjalnie tak kierowali powiewami na korcie, aby uzyskać dzięki nim przewagę.

Koreańska bokserka z dwoma medalami na szyi

Do wielkiego skandalu doszło podczas dekoracji medalistek w boksie w kategorii do 60 kg. Laishram Sarita Devi z Indii rozszlochała się na podium i nie dała sobie zawiesić na szyi brązowego medalu. Tasiemkę od krążka wzięła w rękę i zeszła z podium, by założyć swój medal srebrnej medalistce - Park Ji Na. Reprezentantka gospodarzy była tak zaskoczona, że przez dłuższą chwilę stała z dwoma medalami na szyi - swoim srebrnym i brązowym od rywalki. W końcu jednak i ona zeszła ze swojego miejsca i oddała medal Saricie Devi po wymianie wzajemnych gratulacji i całusów.

- Czułam, że nie powinnam przyjąć tego medalu, bo zasłużyłam, aby być w finale. Jestem gotowa ponieść wszelkie konsekwencje mojego czynu - powiedziała Sarita Devi po dekoracji.

"Mordujecie boks"

Całe zamieszanie było konsekwencją bardzo kontrowersyjnego werdyktu sędziów w półfinale turnieju bokserskiego. Sarita Devi, była mistrzyni świata i brązowa medalistka mistrzostw globu, miała widoczną przewagę nad mało znaną przeciwniczką, która - zwłaszcza w drugiej połowie walki - była pasywna i bardzo często klinczowała.

Sędziowie jednak przyznali jednogłośne zwycięstwo na punkty Koreance. Każdy z nich punktował 39:37 dla Park Ji Na. Widownia, mimo że składała się w większości z Koreańczyków, przyjęła werdykt głośnym buczeniem. Mąż reprezentantki Indii ruszył pędem w kierunku sędziów, wyzywając ich i wrzeszcząc: "Mordujecie boks!".

Jak bardzo niesłuszny był ten werdykt, można przekonać się, oglądając całą walkę:

 

Nieostatni kontrowersyjny werdykt Polaka

Jednym z sędziów punktowych walki był Mariusz Górny. Nawiasem mówiąc, później polski sędzia był bohaterem jeszcze jednego skandalu. Podczas igrzysk w Rio de Janeiro w 2016 roku punktował walkę Irlandczyka Michaela Conlana z Rosjaninem Władimirem Nikitinem w kategorii koguciej. Decyzją sędziów wygrał ten drugi, choć zdecydowana większość obserwatorów była przeciwnego zdania.

Po tym pojedynku na Międzynarodową Federację Bokserską  (AIBA) wylała się fala krytyki. Jeszcze w czasie igrzysk część sędziów została zawieszona. AIBA nie ujawniła ich nazwisk. Przed igrzyskami w Tokio kontrolę nad olimpijskim turniejem w boksie przejął bezpośrednio MKOl. AIBA została pozbawiona prawa organizacji imprezy.

Po werdykcie w walce Sarity Devi nawet Koreańczycy czuli niesmak. Anglojęzyczny "Korean Times" bez ogródek napisał, że zdaniem wielu obserwatorów: "kontrowersje przyćmiły osiągnięcia Koreańczyków, bo przewaga własnego boiska poszła za daleko".

Sarita Devi wystosowała protest, ale został on odrzucony przez AIBA. Później jeszcze jeden reprezentant Indii przegrał w kontrowersyjnych okolicznościach, a kubański trener ekipy z Subkontynentu, Blas Iglesias Fernandes grzmiał: - Chciałbym, aby wszyscy ci sędziowie zostali wyrzuceni na zbity pysk. Tylko oni widzieli w tym pojedynku zwycięstwo Koreańczyka.

Koreańczycy pokazali, że mają za nic uczciwą rywalizację

Więcej szczęścia po przegranym pojedynku miał za to Jung Ji Hyun w zapasach w stylu klasycznym. Choć poniósł porażkę w półfinale z Irańczykiem Saeidem Abdevalim, komisja odwoławcza uznała za zwycięzcę Koreańczyka. Jung Ji Hyun został potem mistrzem igrzysk, pokonując w finale Dishodjona Turdieva z Uzbekistanu 7:0. - Koreańczycy udowodnili, że mają za nic wszelkie warunki uczciwej rywalizacji. Wszystko tylko po to, by zdobyć jak najwięcej medali - powiedział w "Korean Times", kibic zapasów z Iranu. - Nie przesadzam. Wystarczyłby jeden rzut oka na to, jak przebiegał ten pojedynek, aby przyznać mi rację. Sędziowie, którzy przyjęli to rozstrzygnięcie, są ślepi.

Sędziowskich kontrowersji nie zabrakło też w turnieju piłkarskim. Korea Południowa jak na mundialu w 2002 kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa i zdobyła złoto. W finale pokonała rodaków z Północy 1:0 po golu w ostatniej minucie dogrywki. Ale nie temu spotkaniu towarzyszyły największe pozaboiskowe emocje. Najbardziej rozgoryczeni stronniczym sędziowaniem byli piłkarze z Tajlandii, którzy w półfinale przegrali z gospodarzami 0:2. Ich żale dotyczyły drugiej bramki dla Koreańczyków, która padła - ich zdaniem - z rzutu karnego za faul przed polem karnym oraz sytuacji z końcówki meczu, gdy arbiter nie dopatrzył się zagrania ręką, gdy zawodnik gospodarzy zatrzymał piłkę, upadając na murawę.

 

Również rzut karny rozstrzygnął mecz Koreańczyków w ćwierćfinale. Gol padł w 88. minucie meczu. Trener pokonanych Japończyków powiedział po spotkaniu: Wygralibyśmy, gdyby nie byłoby w tym meczu rzutów karnych.

Kuriozalne tłumaczenia Chińczyków

Koreańczykom pomagały też zupełnie kuriozalne wydarzenia. W półfinale turnieju w nieznanym u nas sporcie - sepaktakraw (gra podobna do siatkówki, w której lekką ratanową piłkę odbija się tylko nogami, ewentualnie głową) mieli grać z Laosem, ale rywale nie pojawili się w hali. Okazało się, że utknęli w korku. Koreańczycy awansowali do finału bez gry. A Laotańczycy zostali wyrzuceni z turnieju i pozbawieni brązowych medali, które sobie wcześniej zapewnili. - Byliśmy zmęczeni, chcieliśmy odpocząć w wiosce olimpijskiej i zjeść lunch. W drodze powrotnej utknęliśmy i przyjechaliśmy do hali pół godziny spóźnieni. To nie fair odbierać nam medal, który zapewniliśmy sobie już wcześniej, i oddać go Singapurowi - żalił się menedżer drużyny Sengthong Vangkoemany.

Ale największym kuriozum była decyzja jury podczas zawodów strzeleckich. Chiński zespół kobiecy w strzeleckiej konkurencji karabinka pneumatycznego został pozbawiony złota. Jedna z zawodniczek miała zbyt ciężką broń. Wystarczyło jednak, że Chińczycy w odwołaniu napisali, że Zhang Binbin "nie miała zamiaru złamać przepisów", aby medal znów znalazł się na ich koncie.

W klasyfikacji medalowej wygrali Chińczycy z bilansem 151 medali złotych, 109 srebrnych, 85 brązowych. Koreańczycy zajęli drugie miejsce (79, 70, 79).