Formuła 1. Koniec potęgi Red Bulla?

Sezon zaczyna się dla nas dwa miesiące za wcześnie - mówi Helmut Marko z Red Bulla. - Sukcesem będzie, jeśli w Australii dotoczymy się do mety - dodaje sfrustrowany Sebastian Vettel. Tym razem wszystko wskazuje na to, że panujący od czterech lat team nie mydli kibicom oczu. A rywale ostrzą zęby.

O to, że inaugurujące sezon GP Australii będzie wielką loterią, nikt się nie sprzecza. Nowe nosy w bolidach wzbudziły spore kontrowersje, ale to nie wygląd, a awaryjność maszyn spędza sen z powiek teamom i kierowcom. Chodzi tu przede wszystkim o silniki - od tego sezonu dobrze znane V8 zastępują jednostki V6, z turbodoładowaniem, które w dodatku muszą być bardziej wytrzymałe od poprzedników (mniej silników do wykorzystania w trakcie sezonu). I tu zaczynają się problemy.

- To tak jakby zorganizować piłkarski mundial, zmienić rozmiar piłki i dać piłkarzom pięć dni na trening - mówił podczas piątkowych testów Fernando Alonso. Hiszpan mimo różnych osiągów narzekać nie powinien - jego zespół przejechał podczas dwunastu dni testów 875 okrążeń. A to w zaistniałych okolicznościach wielki kapitał. - Patrząc na konkurencję, jestem zadowolony, ale nie wiem, czy ktokolwiek będzie w pełni gotowy na wyścig Melbourne - twierdzi.

Najwięcej uwagi przyciąga Renault, dostawca silników Red Bulla, Lotusa, Toro Rosso i Caterhama. Dwie pierwsze ekipy podczas wszystkich tegorocznych testów przejechały odpowiednio 320 i 238 okrążeń (Lotus nie brał udziału w próbach w Jerez). Najmniej awaryjny jak do tej pory Mercedes pokonał aż 975 kółek. I choć to tylko przedsezonowe testy, gołym okiem widać, że stajnia z Milton Keynes ma problemy, z jakimi do tej pory borykała się konkurencja.

Vettel sfrustrowany

Frustracji Vettela ciężko się dziwić - czterokrotny mistrz świata w Jerez pokonał 11 okrążeń, trzy tygodnie później w Bahrajnie 63, podczas ostatnich prób zaliczył 77 kółek, ale nadal nie udało mu się przejechać ani jednej symulacji wyścigu. Osiągi RB10 w porównaniu z konkurencją również nie powalają. - Ukończenie GP Australii będzie dla nas sukcesem. Może uda się zdobyć jakieś punkty, ale tylko pod warunkiem, że połowa kierowców nie dojedzie do mety - komentuje Niemiec, który w poprzednim sezonie nie ukończył tylko jednego wyścigu.

Niepewność, a może nawet strach przed początkiem sezonu słychać w wypowiedziach. - Nie jesteśmy w miejscu, w którym powinniśmy być. Sezon rozpoczyna się dla nas dwa miesiące za wcześnie. Trudno będzie nadrobić straty. Nie wiemy, kiedy i czy to będzie możliwe - mówi Helmut Marko, doradca ekipy z Milton Keyns, jedna z najważniejszych postaci w fabryce.

Niemiec opisuje także jeden z największych problemów Red Bulla - system hamulcowy. Od nowego sezonu hamulce są sterowane elektrycznie i połączone z systemem ERS, który zastępuje odchodzący do lamusa KERS. - Po naciśnięciu na gaz, moc zwiększa się tak nagle, że koła obracają się za szybko. Bolid traci sterowność i wpadasz w poślizg. Cały czas pracujemy z Renault nad poprawą.

W ostatnich latach Red Bull sam projektował KERS, po zmianach za system odzyskiwania energii odpowiada Renault. Przez to, że w ostatnich latach systemem zajmowały się teamy, producent silników ma o mniejsze doświadczenie niż konkurencja. - Flavio Briatore kilka lat wstecz podjął taką decyzję. Później Renault sprzedało zespół, a my sami zaczęliśmy rozwijać system KERS i łączyć go z naszą skrzynią biegów. Teraz, gdy w grę wchodzą nowe silniki, odzyskiwanie energii to znowu sprawa dostawcy silników. Dlatego Renault cały czas się uczy, jesteśmy więc w gorszej sytuacji niż np. Mercedes czy Ferrari - tłumaczy problemy Christian Horner, szef teamu.

Włoski Autosprint twierdzi, że sytuacja w Red Bullu jest tak zła, że jego włodarze musieli poprosić o pomoc siostrzany zespół Toro Rosso. Jeśli na dwa tygodnie przed startem sezonu czterokrotni mistrzowie świata chcą wykorzystać czyjś system, napięcie wewnątrz teamu musi być ogromne.

Zobacz wideo

Stara gwardia i dwa czarne konie

Oprócz dobrze radzących sobie Mercedesa, Ferrari i wracającego do formy McLarena, największym wygranym początku sezonu może być Williams, z Felipe Massą na czele, który po sezonie przeszedł z Ferrari. Jego nowy team na razie prezentuje się świetnie - granatowe bolidy przejechały do tej pory 936 okrążeń (więcej ma tylko Mercedes), a Brazylijczyk wykręcił najlepszy czas podczas ostatniego weekendu w Bahrajnie. - To tylko testy, nigdy nie możesz być pewien, co będzie podczas wyścigu, ale czuję, że będzie dobrze - mówi Massa, jeden z niewielu optymistów przed wyścigiem w Melbourne.

Na testach świetnie radził sobie także Force India z Sergio Perezem, który wykręcił dwa najlepsze czasy podczas dwóch pierwszych dni. - Dużo nauczył się w McLarenie i mam nadzieję, że to zaprocentuje w trakcie sezonu - mówi właściciel teamu Bob Fernley.

Vettel teraz się cieszy

Gdy FIA ogłosiła zmianę systemu punktacji (ostatni wyścigi będzie punktowany podwójnie), Vettel poczuł się zagrożony i najgłośniej protestował. Jeśli Red Bull przed powrotem do Europy będzie miał problemy z dojechaniem do mety (w ciągu miesiąca F1 gości w Australii, Malezji, Bahrajnie i Chinach), strata punktowa może być bardzo duża. A wtedy zaczną się prawdziwe nerwy.

Przy obecnych okolicznościach, ostatnie w kalendarzu GP Abu Zabi wyrasta dla Niemca na sporą szansę na odrobienie strat z początku sezonu. Po czterech latach dominacji nikt nie wątpi, czego Adrian Newey jest w stanie dokonać w trakcie sezonu.

- Wiem, że mają szybki bolid i jak tylko uporają się z problemami z jednostką napędową, będzie ciężko ich pokonać. Zresztą jak zwykle - twierdzi Lewis Hamilton, jeden z głównych faworytów do odebrania Vettelowi mistrzostwa.

Jedno jest pewne. Nowy sezon zapowiada się fascynująco. Ile bolidów dojedzie do mety w Melbourne, dowiemy się już 16 marca. Relacja z wyścigu o GP Australii w Sport.pl i aplikacji Sport.pl LIVE.

Więcej o: