Pjongczang 2018. Polskie panczeny zostaną na lodzie, czy nie? Dziś startują dwie ostatnie nadzieje: Artur Waś na 500 m i kobieca drużyna w ćwierćfinale

"Ale bym chciał mieć metr dziewięćdziesiąt dwa i jeździć jak Jeremy Wotherspoon i Jan Bos" - marzył jako dziecko. Dziś Artur Waś, metr dziewięćdziesiąt dwa, zawodnik poszukujący, uczeń Wotherspoona, staje do walki na 500 m. Nie bez szans na medal.

Wygrywał już Puchary Świata, stał na podium PŚ w obecnym sezonie, czuje się dobrze przygotowany. Ale w sprincie kandydatów do medalu jest kilkunastu, a eliminuje najdrobniejszy błąd. - Tysięczne części sekundy i lecisz w dół. Opóźniony start, zła sekwencja kroków, zły wiraż i koniec. Artur to perfekcjonista, staje się mistrzem powtarzalności. Ale my nie mówimy: medal. Tylko że na pewno stać go na czołową ósemkę. A może i na więcej - mówi Sport.pl Ewa Białkowska, dyrektor sportowa Polskiego Związku Łyżwiarstwa Szybkiego.

Artur Waś Artur Waś PETER DEJONG/AP

O Wasiu mówi: zawodnik poszukujący. Wiele pasji w jednej osobie. Nieugodowy w sprawach treningu. Czasem przerasta grupę i trudno mu w niej funkcjonować. Ale chce funkcjonować, pomagać młodszym sprinterom z kadry. - Jedni idą przez życie łagodnie, inni w zderzeniach zdobywają doświadczenia. Jemu nie wystarczy powiedzieć: to jest czerwone. On musi wiedzieć, dlaczego to jest czerwone - mówi Białkowska.

Amerykańskie podejście: mniej cierpiętnictwa, więcej przygody

I niezależnie, co się w czwartek zdarzy w Gangneung Oval, walka Wasia o karierę była na medal. Warto obejrzeć znakomity film Aleksandra Dzięciołowskiego z TVP, żeby zobaczyć, jak można nie zgorzknieć, mimo że się co jakiś czas wypada z kadry i grup stypendialnych. Jak można wziąć los w swoje ręce i pojechać do pracy na torze w Inzell - nie na treningi, ale do pracy zarobkowej, na treningi przy okazji. I jak los odpłaca możliwością poznania Jeremy'ego Wotherspoona, jednego z guru sprintów. Waś trenował potem u niego przez jakiś czas w Kanadzie (żeby mieć na bilet lotniczy, sprzedał samochód) współpracowali przez kilka lat. W końcu drogi się rozeszły, ale to u Kanadyjczyka Polak nauczył się wielkiego łyżwiarstwa. Dbałości o detale, etyki pracy, przełamywania bólu, wiary w siebie. Teraz pracuje z Finem Tuomim Nieminenem. - Trener Nieminen jest mistrzem organizacji, mimo młodego wieku imponuje chłopakom. Artur dobrze się w tej grupie odnalazł - mówi Ewa Białkowska.  - On ma różne swoje pasje artystyczne, fotografuje, montuje filmy, ale ma też ogromne poczucie obowiązku w sporcie. I autentyczną radość z uprawiania sportu, poczucie przygody. To jest takie amerykańskie podejście, ale u nas też tego jest coraz więcej. Już mniej sportowego cierpiętnictwa, więcej właśnie poczucia przygody - mówi Ewa Białkowska

Po Soczi bez stypendium. Wtedy przyszedł przełom

Wyścigi na 500 m zaczynają się w poniedziałek o 12:53 polskiego czasu. Waś jedzie w piętnastej parze, z mocnym Niemcem Nico Ihle. W igrzyskach w Soczi Polak był dziewiąty. Znów został wtedy bez stypendium. Ale związek opłacał mu szkolenie w Inzell, on musiał się tam tylko sam utrzymać. I gdy już został niemal bez grosza przy duszy, przyszedł przełom: dwa zwycięstwa w Pucharze Świata, w jeden weekend w Berlinie. Rok później, w grudniu 2015, kolejne zwycięstwo, tym razem w Inzell. Już w czterech kolejnych sezonach PŚ co najmniej raz stawał na podium. W obecnym - raz na trzecim miejscu.

Na 500 m startuje jeszcze dwóch polskich sprinterów: Artur Nogal w ósmej parze i Piotr Michalski w jedenastej. A wcześniej, o 12 polskiego czasu, będą ćwierćfinały wyścigu drużynowego pań, konkurencji w której Polska zdobyła brąz w Vancouver i srebro w Soczi.

Polki z Amerykankami o jak najlepszy czas

Polki pojadą w ostatniej parze ćwierćfinału, z Amerykankami. Tym razem nie ma systemu pucharowego, do środowego półfinału (w środę rozstrzygnie się walka o medale) awansują cztery zespoły z najlepszym czasem, a nie zwycięzcy par. - Dobrze wylosowaliśmy. Również jeśli chodzi o to, że jedziemy w ostatniej parze. Będzie komfort kontrolowania czasów, podpowiadania, lepsza analiza,. Nasze dziewczyny gorsze od Amerykanek nie są. Amerykanki indywidualnie nie błyszczą tak jak się spodziewaliśmy. Inna sprawa, że właśnie teraz mogą mieć swój dzień - mówi Białkowska, która doprowadziła kobiecą drużynę do medalu w Vancouver. W Pjongczang Natalia Czerwonka i Luiza Złotkowska narzekały po biegu na 1500 m, że treningów drużynowych było za mało, ale Ewa Białkowska mówi, że to raczej były nerwy wynikające z presji, jaka ciąży na dwukrotnych medalistkach.

W Vancouver z zaskoczenia, w Soczi według planu, w Pjongczangu - z nadziejami

- Dziewczyny wtedy może trochę spanikowały. Z obawy, czy nie dadzą plamy. Ale tuż po indywidualnych startach zaczęły się przygotowania drużyny. Treningi wypadły całkiem dobrze. Nasze zawodniczki są bardzo doświadczone. Trener Krzysztof Niedźwiecki dobrze ustawi szyk, zapewne w kolejności Natalia Czerowonka, Katarzyna Bachleda-Curuś, Luiza Złotkowska, choć to może ulec zmianie na bezpośrednim treningu przedstartowym. Jeśli trener zobaczy, że ktoś ma problem z dopasowaniem rytmu, albo dziewczyny będą miały gorsze odczucia - mówi Ewa Białkowska. Jazda drużynowa wymaga zgodności rytmu, dobrych zmian, trzymania jak najmniejszych. W Vancouver medal był niespodzianką. W Soczi potwierdzeniem klasy. W Pjongczangu argumentów za miejscem na podium jest dużo mniej niż cztery lata temu w Rosji. Ale może po ćwierćfinale ich przybędzie.


Sport.pl