Iga Świątek prowadziła już 6:0, 3:0 i nagle się zacięła. Nie, nie włączono nam powtórki któregoś z ostatnich meczów byłej liderki światowego rankingu tenisistek. Po miesięcznej przerwie Świątek wróciła na kort i w Toronto pokonała Czeszkę Sarę Bejlek dość pewnie - 6:0, 6:3, ale korki od szampanów w polskich domach na pewno nie strzelają.
Pierwszy raz od trzech miesięcy Świątek wygrała seta 6:0. Czegoś takiego nie widzieliśmy od wyniku 6:1, 6:0 w meczu Polki z Włoszką Cocciaretto w Rzymie. W tamtym, majowym "tysięczniku" [ranga WTA 1000] Polka osiągnęła swój najlepszy wynik w całym bieżącym sezonie – półfinał. Tam, po rozbiciu Włoszki, zachwyciła w kolejnych meczach z Naomi Osaką (6:2, 6:1) i Jessicą Pegulą (6:1, 6:2). I nagle przyszła frustrująca porażka z Eliną Switoliną. I choć w maju w Rzymie Świątek pierwszy raz w sezonie dotarła do półfinału imprezy rangi WTA, za tym najlepszym wynikiem w całym roku nie poszła seria lepszych rezultatów. Więcej – po dobrym rzymskim turnieju kolejne były dla Igi rozczarowujące. I z tym rozczarowaniem, a w każdym razie na pewno z niezadowoleniem ze swoich wyników i z ogólną niepewnością, Iga przyjechała teraz do Toronto.
Ciekawe, czy po swoim pierwszym meczu imprezy WTA 1000 w Kanadzie Polka czuje się choć trochę pewniej.
AI wyświetliła to o Świątek. A i tak się baliśmy
W pierwszej rundzie w Toronto Świątek miała wolny los. A w starciu z 38. w światowym rankingu Sarą Bejlek w drugiej rundzie była skazywana na sukces. Filigranowa Czeszka (ma tylko 163 cm wzrostu) dostała zaledwie 14 proc. szans na sprawienie niespodzianki od sztucznej inteligencji, która tuż przed meczem wyświetliła nam układ sił. Ale czas pokazał, że pewna swego Świątek nie była, nawet kiedy wygrywała 6:0, 3:0.
Po wspomnianym turnieju w Rzymie - który chcieliśmy traktować jako przełomowy - Świątek odpadła w czwartej rundzie z Rolanda Garrosa, wyraźnie ulegając Marcie Kostiuk. Następnie w Bad Homburgu przegrała już pierwszy mecz, z Emmą Navarro. A z Wimbledonem pożegnała się w trzeciej rundzie, przegrywając z Alexandrą Ealą. Teraz wróciła do gry po miesiącu i chociaż minęło sporo czasu, a za nią podobno dobre treningi w Warszawie i w Raszynie, naturalne jest, że przyglądamy się jej z niepewnością.
Coś takiego czuliśmy już przed meczem z Bejlek. Bo, po pierwsze: od marca aż do teraz Iga nie zagrała żadnego meczu na kortach twardych. Czyli od przegranego meczu z Magdą Linette w Miami. To był ostatni występ Świątek z Wimem Fissettem w roli jej trenera. Po drugie: teraz do Toronto Świątek przyleciała bez swojego szkoleniowca, Francisco Roiga. Hiszpan ma dołączyć na następny turniej, w Cincinnati. Ma wolne, odpoczywa. To normalne. Ale jak Iga będzie sobie radziła bez niego?
Nasze obawy spotęgował sam mecz. Aż do stanu 6:0, 3:0 wszystko szło idealnie. I nagle Świątek stanęła. Wiele razy w ostatnich miesiącach Polka nagle się zacinała. Wygrywała pewnie, zdawała się kontrolować mecz i nagle zaczynało dziać się coś trudnego do zrozumienia. Świątek i tym razem wyglądała tak, jakby za bardzo się spieszyła. Jakby nie wystarczało jej cierpliwości.
W porządku, ambitna Bejlek walczyła, żeby nie odjechać na rowerku (nie przegrać 0:6, 0:6), ale najwięcej o niespodziewanym wyrównaniu się meczu mówiła statystyka, wyświetlona nam przy stanie 6:0, 3:2 dla Świątek i jednej z piłek na 3:3 w drugim secie dla Bejlek. W tamtym momencie drugiej partii na koncie Polki było już 16 niewymuszonych błędów. A w całym pierwszym secie Świątek popełniła ich tylko trzy.
Po kolejnych pomyłkach Polki, długo niepotrafiącej wygrać tego gema serwisowego, oglądaliśmy na trybunach milczących Darię Abramowicz, Macieja Ryszczuka i Tomasza Moczka. Psycholożka, trener przygotowania fizycznego i sparingpartner Igi wyglądali na bezradnych. Na szczęście w końcu, po obronieniu aż - uwaga, uwaga! – dziewięciu breakpointów, Świątek wyszarpała gema na 6:0, 4:2. I ostatecznie nie pozwoliła Czeszce odwrócić meczu.
Świątek w liczbach: trzy błędy w pierwszym secie i 24 w drugim
Mimo wszystko niepokojące jest, że znów, zamiast cieszyć się z wygranej Świątek, po jej zwycięstwie zostajemy głównie z pamięcią o tym, co nie wychodziło. Bo chwilami naprawdę bardzo nie wychodziło. W drugim secie Świątek popełniła w sumie aż 24 niewymuszone błędy. To bardzo dużo, zwłaszcza przy trzech takich pomyłkach w pierwszej partii.
Seryjne pomyłki Polki przypomniały nam to, co się działo w jej pierwszym w życiu pojedynku z Bejlek. Nieco ponad dwa miesiące temu w drugiej rundzie Rolanda Garrosa było 6:2, 6:3 dla Polki. Ale wynik mylił. Nasza zwyciężczyni niby wygrała pewnie, ale popełniła wówczas aż 38 niewymuszonych błędów. Czeszka z 48 wygranych w meczu punktów aż 38 dostała od Polki w prezencie!
Teraz, w drugiej rundzie "tysięcznika" w Toronto, Świątek znów wygrała z Bejlek w sumie wyraźnie. Ale znów zostajemy z poczuciem, że u Igi wciąż coś nie gra.
Falowanie i spadanie. Tak ciągle wygląda ten sezon Świątek
Cały trwający sezon Igi Świątek to falowanie i spadanie. Nie ma stabilizacji, nie ma zbudowanej pewności siebie. Widzimy to, oglądając mecze, widzimy to też w najprostszych statystykach. Nasza numer 8 światowego rankingu WTA, pokonując 38. na tej liście Bejlek, odniosła 24. zwycięstwo w 2026 roku. Przy 12 porażkach. Odnieśmy to do bilansu 64:17 z poprzedniego sezonu, już uważanego za kryzysowy, bo słabszego od lat 2024, 2023 i 2022. Widzimy spadek jakości.
Ktoś powie, że koniec końców Świątek poszło w meczu z Bejlek zgodnie z planem. Ale prawda jest raczej taka, że... nie do końca. A już w trzeciej rundzie – z Donną Vekić albo Viktoriją Golubic – wyzwanie będzie chyba większe. Dalej na razie nawet nie patrzmy. W ewentualnym starciu czwartej rundy na najbardziej prawdopodobną rywalkę Świątek wygląda grająca świetny sezon Kostiuk (dwa wygrane turnieje, a do tego półfinały Rolanda Garrosa i Wimbledonu).