"Wychodziłam na kort i płakałam". Chwalińska pokonała depresję i robi furorę

- Najciężej było na początku ubiegłego roku. Wychodziłam na kort i płakałam - mówi Sport.pl Maja Chwalińska, wspominając depresję. Tegoroczny Wimbledon będzie dla niej klamrą, bo po poprzedniej edycji zawiesiła czasowo karierę. - Walczyłam wtedy sama ze sobą, bo z jednej strony zawsze marzyłam, by grać w takich turniejach, a z drugiej zastanawiałam się, po co w ogóle idę na ten kort - opowiada 20-letnia tenisistka.

O Mai Chwalińskiej po raz pierwszy zrobiło się głośno, gdy przed laty z Igą Świątek odnosiły sukcesy jako juniorki. W ostatnich latach druga z nich w zawrotnym tempie dołączyła do światowej czołówki w seniorskiej rywalizacji, pierwsza zaś walczyła o siebie poza kortem, zmagając się z depresją.

Zobacz wideo Iga Świątek reaguje na pozycję liderki rankingu WTA

Tegorocznymi startami potwierdza, że z tej ważnej walki wyszła zwycięsko. Wygrała już dwa turnieje ITF i odrabia straty w rankingu WTA. Dzięki niedawnemu triumfowi w Pradze w poniedziałek awansowała w tym zestawieniu z 268. miejsca na 176., najwyższe w karierze.

Agnieszka Niedziałek: Awans na światowej liście aż o 92 miejsca robi wrażenie.

Maja Chwalińska: Bardzo się cieszę, bo pozwoli mi to wystąpić w eliminacjach do Wimbledonu. To było moje główne zadanie na ten sezon. Przez ubiegłoroczną przerwę w grze spadłam poniżej 330. miejsca, więc uznaliśmy, że awans do Top200 będzie dobrym celem. Cieszę się ogromnie, że udało się go zrealizować. Ale zawsze chcę więcej, więc teraz chcę się dalej piąć na liście WTA.

Zabrakło zaledwie tygodnia, by zapewniła sobie pani też udział w kwalifikacjach innej imprezy wielkoszlemowej - Roland Garros...

Wiadomo, że bardzo bym chciała zagrać również w Paryżu, ale widocznie tak miało być.

To prawda, że mimo ostatniego triumfu w Pradze nie jest pani zadowolona z gry, jaką tam zaprezentowała?

Nie czułam się dobrze tenisowo podczas tego turnieju. Pod tym względem widzę różnicę pomiędzy tym, jaka byłam kilka lat temu a teraz. Kiedyś, kiedy nie czułam się dobrze i nie grałam tak, jakbym chciała, panikowałam i miałam problemy z wygraniem meczów. Teraz nie ma to większego znaczenia. Po prostu gram tak, jak mogę i zawsze próbuję zwyciężyć. W tym aspekcie widzę duży postęp. W sumie to nawet daje mi to większą satysfakcję – wygranie turnieju mimo że nie czułam się jakoś znakomicie. Postrzegam to jako plus.

Nie da się cały czas czuć się dobrze. Tak naprawdę jest bardzo mało takich dni, w których jestem w tzw. sztosie i wszystko mi wychodzi. To normalne, że w niektórych tygodniach czujesz się trochę lepiej, a w innych gorzej. Akurat w minionym tenisowo radziłam sobie trochę gorzej, ale fizycznie za to czułam się świetnie. Tak już jest. Trzeba grać tym, co się ma i się z tym zmierzyć.

Rozpoczęcie sezonu wygraniem styczniowego turnieju w Monastyrze znacząco ułatwiło pani kolejne starty?

W Tunezji w końcu zagrałam kilka spotkań z rzędu i weszłam w rytm meczowy, który jest ogromnie ważny. Początek występów po przerwie był dość wymagający i nie szło mi zbytnio. Brakowało mocno rozegranych pojedynków. Impreza w Monastyrze faktycznie bardzo mi pomogła. Czułam się potem zdecydowanie pewniej, a tak naprawdę miałam z tym problem przez ostatnie dwa lata. Zmagałam się wtedy z problemami zdrowotnymi i niemal cały czas pauzowałam. Teraz na szczęście zdrowie pozwala mi grać w wielu turniejach, z czego się bardzo cieszę. Rytm meczowy mam i regularne występy w zawodach są dla mnie czymś naturalnym. Wcześniej było inaczej i udział w meczu wiązał się z większym stresem.

A teraz, gdy coś zaboli, reaguje pani ze spokojem czy pojawia się od razu strach, że to początek kolejnej serii urazów?

Zdaję sobie sprawę, że moje ówczesne problemy były psychofizycznymi sygnałami i wszystko było ze sobą połączone. Teraz czuję się dobrze i na pewno też dlatego nie mam praktycznie żadnych kłopotów zdrowotnych. Wiadomo, zawsze coś czasem zakłuje, ale mam wokół siebie teraz naprawdę bardzo fajnych ludzi, którzy mi pomagają i jestem im za to bardzo wdzięczna. Nie boję się, że coś mi się stanie. Oczywiście, sport wiąże się z kontuzjami, ale robię co mogę, żeby być zdrowa. Na pewno trenuję teraz mądrzej niż wcześniej.

Mądrzej, czyli jak?

Wcześniej trenowałam za dużo. Sama na siebie nakładałam presję. Zawsze byłam pracowita, ale wymagałam od siebie za dużo i byłam po prostu przemęczona. I potem było tak nie raz na jakiś czas tylko non stop. Teraz wiem, że więcej nie znaczy lepiej i skupiam się na jakości treningów, a nie ilości.

Pod koniec 2019 roku zaczęła się pani zmagać z depresją, a zaledwie kilka miesięcy wcześniej wygrała trzy turnieje ITF z rzędu. Możliwe, że ta dobra passa i jej przerwanie przyczyniły się do późniejszego rozwoju choroby?

Nie wiem na sto procent, jaki był jej powód. Myślę, że skumulowało się wiele rzeczy i to mnie trochę przytłoczyło. Wiem, że byłam przemęczona i na pewno za dużo pracowałam. Byłam perfekcjonistką, a to nie jest zdrowe podejście. Zaczęłam się źle czuć na korcie sama ze sobą, a potem to złe samopoczucie przeniosło się też poza kort i było ze mną coraz gorzej.

Miłość do tenisa zamieniła się w nienawiść?

Nie do końca, wciąż lubiłam oglądać mecze. Po prostu źle się czułam sama ze sobą na korcie, ale problem nie tkwił w samym tenisie. Cały czas przytrafiały mi się też kontuzje. W pewnym momencie bałam się cokolwiek zrobić, bo czułam, jakbym była z cukru. Obawiałam się, że znowu coś mnie zaboli, coś mi się stanie i będę miała kolejną przerwę.

Wielu tenisistów na przestrzeni ostatnich lat wyjawiało, że regularnie są ofiarami hejtu. Pani również jest w tym gronie?

Zdarza się to po każdym meczu, niezależnie od wyniku. To właściwie normalka. Tak naprawdę tylko na początku, gdy w wieku 16 lat dostałam pierwsze takie wiadomości, faktycznie się przestraszyłam. Później już się po prostu do tego przyzwyczaiłam. Ludzie mają pretensje, grożą śmiercią. Nawet ostatnio po wygranych meczach dostawałam takie wiadomości. Prawdopodobnie ich autorzy postawili na przeciwniczkę i mieli pretensje. Z tego co wiem, to każdy zawodnik dostaje takie wiadomości. Niestety, takie są realia.

Sądzi pani, że miało to dodatkowy wpływ na stan zdrowia psychicznego w ostatnich latach?

Na początku miałam takie podejście: "pokażę im, że to nieprawda". Dość szybko mi przeszło. Stwierdziłam, że po prostu trzeba to kasować i tyle. Widać te osoby nie mają co robić z życiem, skoro wypisują takie rzeczy. Obecnie bardziej im współczuję niż cokolwiek innego. Nie rusza mnie to już kompletnie.

W jednym z wywiadów dotyczących depresji powiedziała pani, że w pewnym momencie było tak, iż w trakcie meczu nie wiedziała pani nawet, z kim gra.

To się wiąże z symboliką Wimbledonu, który był moim ostatnim turniejem przed zawieszeniem kariery. Tam zdecydowałam, że chcę zrobić przerwę, bo inaczej nie wytrzymam. Wówczas doszło do wspomnianej sytuacji. Walczyłam wtedy sama ze sobą, bo z jednej strony zawsze marzyłam, by grać w takich turniejach, a z drugiej zastanawiałam się, po co w ogóle idę na ten kort. Gra w ogóle nie sprawiała mi przyjemności. Niby grałam, ale praktycznie przez cały mecz byłam jakby w swoim świecie.

W pewnym momencie kompletnie zapomniałam, z kim gram. Dlatego ten tegoroczny Wimbledon będzie dla mnie taką klamrą. Sama postawiłam sobie teraz za cel, by się na ten turniej dostać i pracowałam na to. Widzę postęp, jaki zrobiłam od poprzedniej edycji. To fajne uczucie.

A jak długo trwał okres, kiedy podobno nie było treningu, na którym by pani nie płakała?

Trudno mi określić. Na pewno najcięższym momentem był początek ubiegłego roku. Wychodziłam na kort i zaczynałam płakać. Trener mówił wtedy, że może jednak dziś damy sobie spokój z ćwiczeniami i zamiast tego porozmawiamy przy kawie. Wtedy było mi ogromnie ciężko choćby wyjść z domu.

Rodzina i szkoleniowiec doradzali pani przerwę?

Wspierali mnie, ale kompletnie mnie na nią nie namawiali. Gdy zdecydowałam się na to, czułam się już trochę lepiej poza kortem. Na nim zaś czułam się tragicznie. Dlaczego nie zrobiłam jej wcześniej? Nie wiem. Może się bałam? Dużo osób mnie wspiera i na pewno nie chciałam też zawieść innych. Sądzę, że wynikało to ze strachu. Gdy choruje się na depresję, wydaje się, że nic nie ma sensu. Jest też wiele rzeczy z tamtego okresu - np. sposób myślenia o pewnych sprawach - które trudno mi teraz wytłumaczyć czy opowiedzieć o nich, bo wydają się kompletnie bez sensu.

Maja Chwalińska podczas finału z Anstazją Komardiną w turnieju WSG Open na kortach LegiiMaja Chwalińska wyznała: "Choruję na depresję". Przerywa karierę

Podobno podczas tej przerwy chciała pani spróbować tzw. normalnego życia. Na czym to polegało?

Na przykład spotykałam się z przyjaciółmi, co zwykle jest bardzo rzadkie. Byłam też na krótkich wakacjach, próbowałam gotować. Jak z czasem poczułam się trochę lepiej i miałam więcej siły oraz chęci, zaczęłam się trochę ruszać. Bieganie, boks. Próbowałam nowych sportów. Pamiętam, że próbowałam też z tenisem, ale to nie był ten czas, nie miałam jeszcze wtedy ochoty wracać. W pewnym momencie kompletnie nie wiedziałam, czy w ogóle wrócę, bo gra nie sprawiała mi przyjemności. Trwało to około dwa miesiące, a potem nagle w ciągu kilku dni stwierdziłam, że mam jednak ochotę zacząć trenować i było ok.

W trakcie tych dwóch miesięcy oglądała pani jakieś mecze tenisowe, czy od tego też zrobiła sobie przerwę?

Oglądałam. Pamiętam, że np. śledziłam mecze Huberta Hurkacza podczas Wimbledonu. Potem też turniej WTA w Gdyni.

W ubiegłym roku głośno było o depresji Naomi Osaki, a w ostatnich latach o kłopotach natury psychicznej wspominali też m.in. Serena Williams, Wiktoria Azarenka, Dominic Thiem czy Nick Kyrgios. Ma pani poczucie, że w związku z tym obecnie w środowisku jest większa otwartość i zrozumienie dla tego problemu?

Sport zawodowy jest bardzo wymagający. Trzeba radzić sobie ze stresem, na korcie jesteśmy sami, podróżujemy praktycznie non stop. I nie są to - jak wydaje się niektórym - wakacje, do których tenis jest tylko dodatkiem. Praktycznie cały czas poruszamy się tylko na trasie korty-hotel. Łatwo w takim wypadku zaniedbać zdrowie psychiczne.

Wiem, że jest teraz więcej osób, które mają takie problemy, ale faktycznie też coraz więcej ludzi nie wstydzi się już tego. To jest po prostu normalne. Nie jesteśmy robotami i jesteśmy narażeni na takie zagrożenia. Myślę więc, że jest coraz większa otwartość i zrozumienie problemu, ale wydaje mi się też, że nadal trzeba budować świadomość dotyczącą konieczności dbania o zdrowie psychiczne.

Gdy ogłosiła pani przerwę od gry, hejterzy też się wówczas odezwali?

Dostałam wtedy duże wsparcie, od wszystkich. Nie było hejtu, co na pewno było bardzo pozytywne.

Coraz więcej tenisistów otwarcie opowiada też o znaczeniu współpracy z psychologiem. Daria Abramowicz jest bardzo ważną postacią w sztabie Igi Świątek. Pani również korzysta z takiego wsparcia?

Współpracuję z psychologiem, ale nie w pełnym wymiarze. To nie jest psycholog sportowy. Raz na jakiś czas mogę liczyć na jego pomoc, ale nie jestem uzależniona od niego. Dużo się na pewno nauczyłam od tej osoby i dużo jej zawdzięczam, ale próbuję sama sobie radzić i nie chcę polegać zbyt mocno na niej.

Opowiadając wcześniej o depresji, mówiła pani, że nadmiernie utożsamiała się ze swoimi wynikami na korcie. Udało się odciąć od postrzegania siebie wyłącznie jako tenisistki?

Zdecydowanie tak. To był chyba jeden z moich głównych problemów. Oczywiście, zawsze chcę wygrać i cieszę się, gdy mi idzie, a nie jestem zadowolona, kiedy wyniki nie są takie jakbym chciała. Ale to nie wpływa na moją samoocenę i nastrój tak mocno, jak wcześniej. Nie idzie mi - ok, trzeba pracować dalej i wyciągnąć wnioski. Staram się też trenować mądrzej. Biorę teraz większą odpowiedzialność za to, jak się prezentuję na korcie. Wcześniej myślałam: "to nie fair, ja się tak staram, a tu mi nie wychodzi". To było takie dziecinne podejście. Teraz próbuję to brać bardziej w swoje ręce. Robię, co mogę i zobaczymy, co będzie.

Ma pani jakieś hobby? To by chyba pomogło w tym, by nie koncentrować się wyłącznie na myśleniu o tenisie.

Nie mam na razie na to czasu. Są rzeczy, których chciałabym spróbować, ale na razie nie umiem rozciągnąć doby. Może w przyszłości uda mi się coś zorganizować. Na pewno teraz za to lepiej się komunikuję z innymi. Potrafię znaleźć czas na rozmowy z przyjaciółmi. Wcześniej było o to trudno, bo się zapracowywałam się i myślałam, że im więcej ćwiczę, tym lepiej. Teraz bardziej dbam o ten balans między tenisem a życiem prywatnym.

Więcej o: