Siatkówka. Robert Prygiel: W wiosce olimpijskiej w McDonaldzie jedliśmy za darmo. Mieliśmy dostęp do salonów gier. Graliśmy nawet godzinę przed meczem

- Nie było odważnego, by zdecydować się na wybór Polaka. Postawienie na rodzimego trenera byłoby aktem ogromniej odwagi - mówi w rozmowie ze Sport.pl niedawny kandydat na selekcjonera polskich siatkarzy, Robert Prygiel.
. . MARCIN KUCEWICZ

Robert Prygiel to pochodzący z Radomia wielokrotny reprezentant Polski w siatkówce, uczestnik igrzysk olimpijskich 1996 w Atlancie, mistrzostw świata 2002 w Argentynie oraz mistrzostw Europy 2003 w Niemczech i 2007 w Rosji.  W swojej karierze nie doczekał sukcesów na polu kadrowym, jednak w klubie je odnosił - zdobywał złoto mistrzostw kraju z zespołem Częstochowy, a także pięć brązowych krążków rozgrywek. Jako zawodnik Jastrzębskiego Węgla wywalczył w 2008 roku srebrny medal europejskich pucharów, Challenge Cup. Był też pierwszym Polakiem zatrudnionym w lidze rosyjskiej - w Gazpromie Surgut.

Obecnie trener - prowadzi Cerrad Czarnych Radom. Kandydował na selekcjonera polskiej kadry, posadę dostał jednak Vital Heynen.

Sara Kalisz: Po którymś z meczów Ligi Światowej Michał Winiarski pytany o to, jak zespół będzie świętował, odpowiedział, że wszyscy zjedzą świniaki na działce u Prygla. Tradycja polskiej siatkówki?

Robert Prygiel: - Michał powiedział to w chwili, kiedy zakończyliśmy cykl Ligi Światowej i dostaliśmy tydzień wolnego. Był to zbyt krótki okres, by pozwolić sobie na wyjazd na wakacje, jednak dawał on nam trochę czasu na wypoczynek, więc zaproponowałem, by koledzy przyjechali do mnie.

Moją działkę mam już kilkanaście lat. Znajduje się ona w lesie nad jeziorem, w wiosce, w której jest tylko pięć gospodarstw rolnych. Jeśli ktoś szuka ciszy i spokoju, to jest to idealne miejsce.  Kiedy moi sąsiedzi dowiedzieli się, że odwiedzą mnie tak znakomite postaci polskiej siatkówki, jak Michał Winiarski, Dawid Murek czy Daniel Pliński, to dogadali się i jeden z nich załatwił wędzone ryby, a drugi świniaki. Posiedzieliśmy tam kilka dni, odpoczywając i wędkując.

Niestety, obecnie rzadko jest okazja do tego typu spędów. Zdarza się jednak, że w okresie międzysezonowym odwiedzają mnie Daniel Pliński, Jakub Bednaruk, Dawid Murek czy Paweł Siezieniewski.

Paradoksalnie to ważne miejsce dla polskiej siatkówki. Jakub Bednaruk odebrał tam telefon od Tomaso Totolo, który powiedział mu, że Trento szuka rozgrywającego. Obecny trener Łuczniczki wysłał swoje video i pracę dostał. Zdarzyły się jeszcze jakieś akcje-cuda?

- Coś w tym jest! Jeszcze kilka lat temu, kiedy kończyły się poszczególne sezony, dość często spotykaliśmy się na mojej działce - w kwietniu, maju, czerwcu czy nawet w lipcu. Spędzałem na niej dość dużo czasu i część z moich kolegów decydowała się mnie odwiedzić.

Podała pani przykład Kuby, który z wizyty u mnie wyniósł kontrakt z Trento, ale nie był to jedyny taki przypadek. Dość często zdarzało się, że moi koledzy siedząc u mnie na działce jeszcze nie wiedzieli, gdzie będą grać, a wyjeżdżali z niej z niemalże podpisanymi umowami. Pamiętam, że miało to miejsce choćby w przypadku Pawła Siezieniewskiego czy Dawida Murka. Dla mnie też działka była w tej mierze łaskawa.

Zanim pana działka stała się ważnym punktem na siatkarskiej mapie Polski, miał pan okres, kiedy niekoniecznie był pan związany z dyscypliną. Sportową karierę zaczynał pan od gry w badmintona. To na zawodach w tym sporcie wypatrzył pana trener Arkadiusz Sawiczyński i zaprosił na trening siatkarski. Siatkówka to nie był pierwszy wybór.

- To była ostatnia dyscyplina, którą zajmowałem się przed siatkówką. W podstawówce byłem w  klasie sportowej i interesowałem się piłką ręczną. Lubiłem również piłkę nożną, kolarstwo, pływanie... To jednak prawda, że na pierwszy trening siatkarski zostałem zabrany wprost z zawodów w badmintona. Zacząłem dość późno, ponieważ miałem już 15 lat, ale szybko robiłem postępy i zakochałem się w tej dyscyplinie.

A może to było jedyne wyjście? Talentu do piłki nożnej nikt nie odkrył, bo zawsze stawiano pana na bramkę, a w koszykówce urywał pan kosze.

- Każdy marzył o tym, by być gwiazdą piłki nożnej. To były czasy, kiedy autorytet na podwórku zdobywano wyłącznie umiejętnościami sportowymi, a nie pieniędzmi i popularnymi dzisiaj wartościami. Nie byłem niezwykłym piłkarzem, ale solidnym. Niestety, kiedy grałem choćby w Radomiaku, trenerzy nie ode mnie zaczynali budowę składu. Mimo to w rozgrywkach klasowych, ulica na ulicę czy klatka na klatkę zawsze byłem ważną postacią w mojej drużynie.

Pana sportowe dzieciństwo to też bloki, uprzywilejowana pozycja zdobywana poprzez posiadanie własnej piłki do nogi czy wygraną w kapsle.

- Nasz blok był wybudowany w czasach komunizmu - stoi do dzisiaj. Był to 10-piętrowy wieżowiec na dwie klatki, a na każdym piętrze znajdowały się trzy mieszkania, więc w sumie mieszkało tam 66 rodzin. Około połowy z nich to małżeństwa z dziećmi w podobnym wieku, jak ja. Siłą rzeczy żyliśmy więc wszyscy razem.

Na cały blok były 2-3 piłki - sprzęt sportowy był towarem luksusowym, a ludzie mnie inne, ważniejsze potrzeby w życiu niż wydawanie pieniędzy na to, by dzieci mogły grać w "nogę". Kto miał piłkę, ten rządził.

Zgaduję, że pan miał.

- Miałem to szczęście, że mój tata był sportowcem-amatorem. W rodzinie dbano o kult sportu - nie posiadałem zegarka z melodyjkami czy komputera, choć wchodziły wtedy na rynek pierwsze Atari, ale piłkę zawsze miałem. Byłem więc ważną osobą w bloku. Nie zawsze mogłem wychodzić na podwórko, ale wtedy odwiedzali mnie moi koledzy, prosząc, bym pożyczył im piłkę.

Był z pana typowy blokers?

- Przyznaję - wieczorami przesiadywaliśmy na ławce przed blokiem i robiliśmy sąsiadom różne żarty. Jednym z nich była przykładowo "pukanka". Do ledwie widocznej niteczki przywiązywaliśmy śrubkę i z odległości 50 metrów stukaliśmy nią w okna sąsiadów. Ci biedni wychodzili, by zobaczyć, kto próbuje się z nimi skontaktować.

Robert Prygiel postrachem sąsiadów.

- To były tylko młodzieńcze wygłupy. Całe szczęście były nieszkodliwe, choć dziś trochę inaczej do nich podchodzę.

Nie ukrywał pan, że rodzina nie była bogata, podobnie jak bliscy pańskich kolegów. Jak wielki szacunek do późniejszego sukcesu dało panu miejsce, z którego pan wyrósł?

- Tamte czasy uczyły nas o wiele większej wytrwałości i doceniania tego, co mamy. Cieszyliśmy się małymi rzeczami. W tej chwili młodzież dużo łatwiej osiąga rzeczy materialne - często nawet na wyrost. Z żoną staramy się to kontrolować, ale niestety - niektóre z nich stały się nieodzowne dla obecnego świata.

Wtedy radość z bardzo małych rzeczy była przeogromna. Kiedyś mój tata pojechał za granicę i z wyjazdu przywiózł mi paczkę żelków oraz słynną czekoladę "Africana" z orzechami. To był skarb, który potrafiłem pielęgnować nawet przez trzy tygodnie, czasami dzieląc żelka na dwie części! To trochę smutne, że moje dzieci już nie przeżyją radości z rzeczy tak prostych.

Naturalną rzeczą w życiu sportowca jest wyjście ze swojej małej ojczyzny i pójście w świat. Na początku kariery podpisał pan kontrakt w Legii Warszawa - klubie z aspiracjami medalowymi, który po trzech miesiącach się rozleciał. To największy błąd na starcie?

- Przejście do Warszawy było dość trudną decyzją. Miałem ważny kontrakt w Częstochowie. W sierpniu doszedł do nas Radek Panas, a wcześniej w składzie znajdowali się Dawid Murek, Michał Chadała, Piotr Gruszka, Krzysztof Śmigiel. Po transferach było widać, że mogę mieć spore kłopoty z grą w pierwszej szóstce, co miało dla mnie znaczenie, ponieważ w poprzednich rozgrywkach grałem dość sporo.

Zdawałem sobie sprawę z tego, że najlepszą drogą rozwoju młodego zawodnika jest gra w podstawie.  Może nie postąpiłem dobrze, jeśli chodzi o podejście do klubu, ponieważ miałem ważny kontrakt, ale chciałem działać korzystnie dla kariery. Którejś nocy wojskowi przyjechali Starem, zapakowali moje rzeczy i zawieźli mnie do Warszawy. Ja czekałem na rozwój wydarzeń. Zastanawiałem się, co będzie się działo, jeżeli kluby się nie dogadają. Niestety, trochę im to zajęło i przez dwa miesiące mogłem tylko trenować, nie grając w meczach.

Przeszedłem do Legii, która była wicemistrzem Polski i zdobywcą Pucharu Polski. Zaraz po transferze w klubie zmienił się generał, a że drużyna była niezwykle zależna od wojska, to przełożyło się to cały zespół. Dla niego siatkówka nie była priorytetem, wręcz powiedziałbym, że było mu z nią nie po drodze. Sport w Legii umierał z dnia na dzień mimo tego, że w siatkarskiej ekstraklasie spędziliśmy jeszcze trzy sezony.

Wkrótce rozstałem się z klubem, ale swój cel w nim osiągnąłem. Mimo tego, że występowałem w słabszym teamie niż ekipa z Częstochowy, to byłem podstawowym zawodnikiem. W bardzo młodym wieku nabrałem boiskowego doświadczenia i odpowiedzialności meczowej. Nie zmienia to faktu, że drużyna miała spore problemy organizacyjne - przez dwa, trzy miesiące nie potrafiliśmy doprosić się o wypłaty.

Dziś mogę stwierdzić, że była to dobra nauczka dla młodych zawodników. Warto raczej wybierać drużyny, w których będzie się miało okazje do gry, niż bardzo mocne teamy, w których będzie się stało w kwadracie dla rezerwowych

. . ANNA JARECKA

To właśnie z Legii miał pan ponoć szansę przenieść się do Włoch. Nie wyszło, bo kasa się nie zgadzała? A może zrobiono panu na złość?

- To była bardzo dziwna sytuacja. Tak, jak wspomniałem wcześniej, klubem zarządzali wojskowi, którzy nie znali siatkarskich realiów. Rok wcześniej Roman Kosecki wyjechał do Turcji, a o finansowym aspekcie jego transferu mówiono w kategoriach pół miliona dolarów i tej samej kwoty danej "pod stołem".

Dzięki świętej pamięci Aleksandrowi Skibie i meczowi Ligi Światowej, w którym Polacy grali z Włochami miałem przenieść się do Messagero Ravenny. Propozycja ta była dla mnie spełnieniem wielkiego marzenia i synonimem luksusu - w lidze włoskiej grali najlepsi siatkarze na świecie w tym mój idol, czyli Dmitrij Fomin. Wiedziałem, że pewnie będę siedział na ławce, ale chciałem trenować wśród czołowych graczy globu. Pan generał wymyślił sobie jednak, że chciałby mnie oddać za pieniądze kompletnie nierealne jak na siatkówkę i mój młody wiek. Temat umarł.

Tamten czas był jednak dla pana bardzo ważny. Miał pan 20 lat, kiedy dostał powołanie na igrzyska olimpijskie w Atlancie w 1996 roku u trenera Wiktora Kreboka. Poza panem z młodych byli jeszcze Piotr Gruszka i Paweł Zagumny. Pomysł-szaleństwo czy krok, bez którego wasza kariera nie poukładałaby się tak samo?

- Trener Krebok udowodnił, że ma bardzo dużą odwagę. Życie pokazało, że wszyscy, na których postawił mimo tego, że na to nie zasługiwali, przeżyli naprawdę wspaniałe kariery. Pojechałem tam, choć na mojej pozycji było wtedy wielu lepszych zawodników - Mariusz Sordyl czy Robert Malicki.

Co ciekawe, pojawiłem się na igrzyskach wtedy, kiedy nie powinienem, a gdy zwyczajnie mi się to należało, czyli w 2004 roku w Atenach, swojej szansy nie dostałem. Takie jest jednak życie sportowca - totalnie nieprzewidywalne i czasami niesprawiedliwe.  Dzięki temu nauczyłem się jednak pokory, która do dziś towarzyszy mojej relacji ze sportem.

Co szczególnie zapadło panu w pamięć z tamtej imprezy?

- Niestety nie aspekty meczowe, a to, co działo się dookoła. Przegrywaliśmy szybko i sportowo nie był to udany wyjazd, a my nie byliśmy na niego mentalnie przygotowani.

Ogromnym szokiem było to, że w wiosce olimpijskiej w McDonaldzie można było zjeść za darmo, a na każdym kroku stały maszyny, które również bez konieczności wniesienia opłat wydawały słodkie napoje typu Fanta. Nie wierząc w nasze szczęście, pod łóżkami zgromadziliśmy cały arsenał puszek z niezdrowymi napojami. Zamiast codziennie pić je schłodzone, sięgaliśmy po te ukryte w naszych pokojach. To był nawyk z czasów, w których się wychowaliśmy, kiedy takich rzeczy po prostu nie było.

Co ciekawe, mieliśmy również nieograniczony dostęp do salonów gier komputerowych, w których spędzaliśmy za dużo czasu. Niektórzy moi koledzy walczyli o to, by w "top score", czyli w 10 najlepszych wynikach, było wyłącznie ich nazwisko. Czasami graliśmy nawet godzinę przed wyjazdem na mecz. To pokazywało, że mentalnie w ogóle nie byliśmy przygotowani na to, by dotknąć tak wielkiego świata. Zachłysnęliśmy się nim, nie potrafiąc odróżnić rzeczy ważnych od mniej istotnych.

Zrobiłem sobie zdjęcie z Joelem Despaigne - atakującym Kubańczyków, który również należał do grona moich sportowych idoli. Pamiętam nawet nasze spotkanie z Polonią żyjącą w Chicago. Byli to bardzo mili i otwarci ludzie, z ciekawymi pomysłami na spędzenie z nami czasu. W szczegóły nie będę się wdawał, ha ha.

Łukasz Kadziewicz Łukasz Kadziewicz Fot. Kuba Atys / AG

Wielki świat jednak do pana wrócił. Był pan pierwszym Polakiem, który przeniósł się do sporej niewiadomej - ligi rosyjskiej i Gazpromu Surgut. 26 lat i karierowy złoty strzał?

- Bardzo miło spędziłem czas, choć nie ukrywam, że pojechałem tam dla pieniędzy. Zaskakująco dobrze mi tam było i do dziś mam kontakt zarówno z władzami klubu, jak i zawodnikami, z którymi w tamtym czasie grałem. Pojechałem tam na kilka miesięcy, żeby zarobić i wrócić, a po sześciu, siedmiu tygodniach robiłem wszystko, by drużyna chciała mnie również w kolejnych rozgrywkach.

Warto było pojechać dla kasy - połowa kontraktu była wypłacona już na starcie. Jakie było to przebicie dla polskiej ligi?

- Dostawałem tam cztery razy więcej, niż w Skrze Bełchatów. Dodatkowym plusem było to, że stawka była netto, więc nie mogłem narzekać.

To, że bardzo miło wspominam ten czas było największą zasługą mojej żony. Dopiero po latach powiedziała, że bardzo bała się tam jechać, jednak zaakceptowała moją decyzję i postanowiła mnie wspierać. Zabraliśmy ze sobą małe dziecko, później w Rosji ponownie zaszła w ciążę z drugą córką. Zostaliśmy w Surgucie 4 lata, a ona stworzyła mi warunki, dzięki którym w domu czułem się komfortowo.

Grał pan z Łukaszem Kadziewiczem. Ponoć mieszkaliście w tamtym czasie razem.

- Tak, dokładnie tak było. Mieliśmy oddzielne mieszkania, ale Kadziu przychodził do nas po każdym treningu. Jako że miałem pięciopokojowe lokum, dwoje dzieci i żonę, to po dwóch, trzech miesiącach stwierdziliśmy, że bez sensu jest by mieszkał osobno.

Jakim był współlokatorem?

- W porządku - jak to Kadziu. Zdarzyło mu się kilka wybryków, czasami budził nas w nocy, ale był ogarnięty. Zresztą, jest to bardzo dobry człowiek, choć czasem demon, który w niego wejdzie, sprawia, że mu odbija. Później wraca jednak do normalności, więc każdy, kto go zna, akceptuje jego wady i wspomnianego demona.

To był dobry sezon. Towarzysko i sportowo bardzo zbliżyliśmy się wtedy do siebie i do dziś trzymamy kontakt.

Nawet na grille chodziliście przy minus 10 stopniach. Ponoć ktoś musiał przed wami odśnieżać podwórko, byście mieli lodowe korytarze do przejścia na działkę.

- Tam 10 stopni na minusie nie robi na nikim wrażenia. Jeśli któryś ze znajomych zapraszał nas do siebie na działkę, to liczył się z tym, że od rana będzie musiał torować nam drogę, byśmy w ogóle mogli tam dojść. Mieliśmy również klubową bazę pod miastem, w której często spotykaliśmy się z całą drużyną.  Robiliśmy kuligi, rozpalaliśmy grille, w ten sposób cementując drużynę, która nie była przecież faworytem ligi.

Ponoć pływał pan w przeręblu.

- Tak, po saunie. Co zabawne, po wyjściu z niej zanim doszło się do jeziorka, wspomniany przerębel  potrafił znów zamarznąć. Schodziło się do niego po takiej małej, śmiesznej drabince. Bardzo miło to wspominam.

Bywało nawet -50 stopni, niedźwiedzie i pingwiny pod klatką... Przy tej temperaturze do sklepów nie jeździły auta z zaopatrzeniem, tylko czekano na samoloty z Moskwy, które dostarczały jedzenie, bo na półkach pozostawały jedynie wódka i chleb.

- Rzeczywiście tak było. Większość warzyw, owoców i mięsa transportuje się lądem. Olbrzymie mrozy przez 3,4 dni sprawiły, że ruch na ulicach był ograniczony i brakowało podstawowych rzeczy. Dało się to jednak przeżyć.

Mieliście nietypowy system kar za głupio przegrany mecz - wracanie do domów pociągiem. Tylko pozornie nie brzmiało to tak strasznie. Sęk w tym, że ta droga trwała 48 godzin.

- Zdarzyło się kiedyś, że przegraliśmy bardzo ważne spotkanie z rywalem, z którym nie mieliśmy prawa tego zrobić. Nasz prezes lubił szukać sobie wrogów w lidze i po porażce z drużyną prowadzoną przez jednego z jego oponentów ukarał nas podróżą powrotną właśnie kolejami.  Trwała ona 48 godzin, a ja wywiozłem kolejną pamiątkę z Rosji - umiejętność wytrzymania tak długiego czasu w komunikacji krajowej.

Ale mogło być srogo - nie grałeś - nie dostawałeś kasy.

- W naszym klubie zawodowstwo nie było określane przez podpisany kontrakt, ale przez to, jak dany zawodnik spisywał się na boisku. W Polsce czasami jest tak, że umowa powoduje, że siatkarz przestaje od siebie wymagać. Wielu moich kolegów z Gazpromu umawiało się z prezesem odnośnie do tego, co będą robić i ile za to będą dostawać. Później okazywało się, że niektórzy z nich nie potrafili grać tak, jak zakładali, więc wracali do domów lub ich wynagrodzenie było niższe.

Działało to jednak w dwie strony. Jeśli zawodnik przeznaczony pierwotnie do rezerw wygrywał rywalizację z potencjalnie "szóstkowym", wtedy dostawał bardzo wysokie premie. Było to sprawiedliwe, bo w swoim życiu podpisałem wiele kontraktów, a z paru najpiękniej napisanych kluby do dziś się nie wywiązały. W Rosji grałem trzy sezony bez umowy.

Podobnie jak Dawid Murek nosił pan ciężar reprezentacji Polski bez sukcesów. Tworzył pan podwaliny późniejszych medali, ale sam pan ich na szyi nie zawiesił. Po latach się tego żałuje czy bardziej rozumie rolę "dziejową"?

- Na pewno było mi szkoda. Przez lata tułania się z kadrą po 5-6 miejscach, odpadłem w jednym z najważniejszych momentów - kiedy Raul Lozano zabrał na mistrzostwa świata Mariusza Wlazłego i Grześka Szymańskiego. Nie mam jednak o to pretensji, bo oni dopiero wchodzili na międzynarodowe parkiety, podczas gdy ja już z nich schodziłem. Niezwykle pomogli wtedy kadrze, więc decyzja była jak najbardziej słuszna.

Trochę jest szkoda tego, że to nie moje pokolenie cieszyło się medalami. Byliśmy przejściowym etapem reprezentacji - dopiero zaczynaliśmy grę w Lidze Światowej, pojechaliśmy po raz pierwszy od dłuższego czasu na igrzyska olimpijskie... Dla nas zobaczenie wielkich gwiazd dyscypliny po drugiej stronie siatki było rzadkością i prawie możliwością dotknięcia bogów sportu, natomiast dla pokolenia Mariusza stało się codziennością. Wręcz w pewnym momencie to młodsi ode mnie polscy zawodnicy byli kimś takim dla innych nacji.

Jeśli chodzi o Dawida, to w tej sytuacji był dla mnie najbardziej niedocenionym siatkarzem. Był to najlepszy zawodnik mojego etapu kadry.

Z Dawidem Murkiem łączy pana przyjaźń. Nawet jego mama była na pana ślubie.

- Tak, ja również byłem na jego ślubie. Przez specyfikę zawodu niestety nie mógł być na moim, bo grał w jakimś meczu, ale jego mama się stawiła.

W pierwszych latach po 2000 roku był najlepszym siatkarzem w Polsce. Niezwykle wszechstronny, a jednocześnie serce reprezentacji - ktoś, kto zawsze był pokorny, nie pchał się do mediów i mimo wszystko pozostawał nieco w cieniu Pawła Papke czy Sebastiana Świderskiego. To do dziś szalenie ambitny sportowiec i wspaniały siatkarz. Fajnie gdyby ktoś się zastanowił nad zorganizowaniem meczu, który podsumuje jego karierę, choć z tego, co wiem, do jej końca jeszcze mu nie śpieszno. Oby grał jak najdłużej, bo wiem, że sprawia mu to ogromną przyjemność

Czuł pan, że ma za mało? Podkreślał pan, że nie był chłopakiem z pierwszych stron gazet, najbardziej utalentowanym z siłą w ataku, której wymagano. Nawet mówił pan, że żartowano, że gdy nie było bloku, miał pan problem ze skończeniem akcji.

- Nigdy nie pchałem się na pierwsze strony gazet. Przez to, że grałem wiele lat w reprezentacji, ale nigdy nie byłem postacią pierwszoplanową, nie miałem parcia, by o mnie pisano. Do tej pory uważam, że nie do końca odnajduję się w relacjach z mediami. Liczę, że ktoś bardziej doceni ciężką pracę, a nie lansowanie się. Niestety, mamy czasy, w których bytność w mediach jest istotna.

Bardzo nad tym ubolewam. Staram się chronić przed tym moje dzieci, ale raz po raz przybiegają do mnie, pokazując różne znane w ich kręgach osoby. Wtedy zawsze pytam, co one osiągnęły. Okazuje się, że nic poza tym, że mają followersów.

Trudno jest być tatą XXI wieku.

- Dokładnie. Mam nadzieję, że daję radę, ha ha. Tak jak powiedziałem - nigdy nie byłem zawodnikiem, który chciał popularności i unikałem jej, szanując jednocześnie media. Po latach doszedłem do wniosku, że może nasza generacja była zwyczajnie słabsza od tej, w której są Mariusz Wlazły i spółka. Uważam, że byłem solidnym, ligowym siatkarzem, ale chyba nie na tyle dobrym, by mierzyć się z najlepszymi.

Później, w świecie, gdzie ideałem atakującego był Mariusz Wlazły, jeszcze trudniej było się panu odnaleźć?

- Jestem człowiekiem, który realnie stąpa po ziemi. Widziałem, czym dysponuje Mariusz i co kadra z nim osiąga - nie miałem prawa tego nie zaakceptować. Kibicowałem reprezentacji i samemu siatkarzowi, bo ich sukcesy napędzały dobrą passę dla całej polskiej siatkówki. Mimo że nie byłem pierwszoplanową postacią w drużynie narodowej lub w ogóle się w niej nie znajdowałem, to byłem beneficjentem jej zwycięstw.

Kiedy szukałam najważniejszych trenerów w pana karierze, to nie mogłam pominąć przede wszystkim jednego z nich. Raul Lozano. Jak bardzo, zarówno na płaszczyźnie kadrowej, jak i klubowej, zmieniła pana współpraca z nim?

- Kiedy byłem zawodnikiem, czułem, że Raul ma w swojej głowie koncepcję budowy drużyny, w której niespecjalnie się znajdowałem.

Właśnie, i wtedy padło sławne zdanie: "Wlazły robi z Lozano co chce".

- To było czuć. Na każdym treningu widziałem, że w hierarchii byłem trzecim atakującym. Kiedy dzięki pracy w Radomiu poznałem Raula bardziej, przekonałem się, że bardzo rzadko zmienia zdanie.  Nie dzielił się swoimi przemyśleniami, ale ja znając jego sposób działania od razu wiedziałem, że któryś z naszych podopiecznych dostanie mniej czasu na grę w podstawowym składzie.

Na pewno był dla nas ogromnym wyzwaniem. Przyszedł jako trener ze światowego topu, wprowadził nowe zasady i zmienił wiele w kadrze. Pamiętam, jak w Spale trenowaliśmy w siłowni, którą pamiętał jeszcze Tomasz Wójtowicz. Gdy przyszedł Raul, od razu zlecił jej modernizację, a PZPS zrobił to, co nakazał selekcjoner.

Tamta sytuacja była dla mnie olbrzymią nauczką. Coś bardzo podobnego przeżyłem jako trener w klubie.  Będąc "u siebie", w niektórych sprawach nie do końca traktowano mnie poważnie. Przykładem może być zakup maszyny do serwowania - musiałem chodzić i prosić sponsorów o środki, a oni i tak uznawali ten sprzęt za fanaberię. Różnica polegała na tym, że Raul przed startem sezonu wysłał do klubu spis rzeczy, które potrzebuje do pracy i wszystko dostał bez szemrania.

To jest nasz największy problem. Mówimy, że nie mamy dobrych, polskich trenerów, a tak naprawdę oni są, ale kompletnie się w nich nie wierzy. Co więcej, rok w rok udowadniamy, że potrafimy pracować w gorszych warunkach niż obcokrajowcy, osiągając przy tym takie same lub lepsze wyniki niż oni. Środowisko nas nie słucha. Jeśli chcemy, by w niedalekiej przyszłości Polak był trenerem kadry, a rodacy prowadzili najlepsze kluby, to zacznijmy szanować tych szkoleniowców, których mamy.

Do tego tematu jeszcze wrócimy. Chciałabym przytoczyć jeden cytat. - Mistrzostwa Europy zakończyłem w pierwszej szóstce, a przecież miałem w ogóle nie jechać na ten turniej. Najpierw Wlazły odmówił gry, potem Grzesiek Szymański, gdy straciliśmy szanse na medal, stwierdził, że nie ma już motywacji - to powiedział pan przed turniejem kwalifikacyjnym do igrzysk, na który nie dostał pan powołania. Zabolało.

- Pamiętam, czasy, kiedy w sztabie kadry byli Igor Prielożny i Stanisław Gościniak. Przed Memoriałem Wagnera powiedzieli, kto pojedzie na igrzyska do Aten. Wybrali Radosława Rybaka i Piotra Gruszkę, a Andrzej Stelmach pojechał z Pawłem Zagumnym. Miałem nie jechać ja, Łukasz Żygadło, Michał Winiarski, Michał Ruciak czy Wojciech Grzyb.

Memoriał graliśmy w Olsztynie jako kadra A i B. Sportowa złość i chęć udowodnienia tego, że zasługujemy na IO spowodowała, że byliśmy bardzo dobrzy. Po pierwszych dwóch setach prowadziliśmy 2:0, a trener Prielożny powiedział, że nie możemy sobie robić jaj i mamy dać wygrać tym, którzy jadą na igrzyska, bo w teamie Formuły 1 wszyscy mają pracować na jednego kierowcę. Trener Kowalczyk zrobił zmiany i przegraliśmy 2:3.

Później przed mistrzostwami Europy trener Lozano ogłosił skład na turniej - nie znalazłem się w podstawowym zespole, co w ogóle mnie nie zdziwiło. Do imprezy zostały dwa tygodnie, kadra grała Memoriał, ja dostałem z klubu wolne, pojechałem na moją działkę i zaszyłem się tam, by odpocząć. Oglądałem turniej w telewizji, zobaczyłem, jak Mariusz doznał kontuzji. W ofensywie został Grzegorz Szymański, a Piotra Gruszkę przestawiono na pozycję atakującego. Później uraz przydarzył się temu drugiemu siatkarzowi i kadra powoli zaczęła się sypać.

Raul zadzwonił, bo nie miał już wyjścia, i zabrał mnie na mistrzostwa Europy. Po dwóch meczach znalazłem się w podstawowym składzie. Później, w którymś z wywiadów po turnieju, Argentyńczyk powiedział, że wynik dał mu dużo do myślenia i przy następnej selekcji będzie musiał zrezygnować  z niektórych zawodników, ponieważ go zawiedli. Przy niej okazało się jednak, że byłem jedynym, którego nie powołał. Jakby Związek był konsekwentny i rozliczał trenera ze słów, to powiedziałby, że w takim razie ja go najbardziej zawiodłem, będąc lepszym od teoretycznie podstawowego gracza.

Raul to super facet i kiedy pracowaliśmy razem w Czarnych, to przy winie zapytałem go o tę sytuację. Powiedział, że nie pamięta, by coś takiego miało miejsce, ha ha.

. . MARCIN KUCEWICZ

Później wrócił pan do Radomia. Jak podszedł pan do sytuacji z 2010 roku, kiedy prezes Jadaru, z którym wywalczył pan utrzymanie w lidze, odsprzedał miejsce w siatkarskiej ekstraklasie AZS-owi Politechnice?

- W tej chwili na szczęście radomski klub nie jest w prywatnych rekach, ponieważ jego właścicielem jest stowarzyszenie. Wtedy był własnością jednej osoby i ona miała prawo odsprzedać miejsce w PlusLidze. Nie mogłem się z tym pogodzić, ponieważ nie grałem dla tego człowieka, ale dla kibiców i miasta, które kocham. Było dla mnie nie do zrozumienia, że sportowo wygraliśmy rywalizację mimo rzucanych nam pod nogi kłód, a na koniec i tak musieliśmy się przenieść do Warszawy.

Do klubu z Radomia wrócił pan również jako trener i pracuje tam pan do dziś. Staż pan ma, ale rok temu nie zgłosił pan chęci do prowadzenia polskiej reprezentacji. Co się zmieniło przez ten czas?

- Było to trochę na przekór osobom, które mówiły rok wcześniej, że polska myśl szkoleniowa nie wierzy na siebie nawet na tyle, by zgłosić się do konkursu na selekcjonera. Po deklaracji prezesa Kasprzyka, w którą mimo wszystko nie wierzyłem, postanowiłem się zgłosić, wiedząc, że moje szanse nie są zbyt duże.

Było to dla mnie ważne doświadczenie, ponieważ byłem na spotkaniu z kapitułą, dowiedziałem się, jak wygląda proces wyboru trenera i wyjechałem z Warszawy na pewno bogatszy o informacje. Dostawałem różne pytania - nie wszystko dotyczyły sportu.

Które było najdziwniejsze?

- Nie powiem czego ono dotyczyło, ale przez kogo było zadane. Przez Zdzisława Gogola, którego syn stanął przed komisją, ponieważ również rywalizował o pracę selekcjonera. Jestem "zerojedynkowy" i wydawało mi się to niezręczne i niezbyt etyczne.

Od teraz kibicujemy Vitalowi, by wyniki były jak najlepsze. Trener, który poprowadzi zespół w przyszłym roku, dostanie Wilfredo Leona i będzie miał dzięki temu olbrzymie szczęście. Czy Belg przeżyje ten sezon reprezentacyjny? Czas pokaże. Ja osobiście powiedziałem PZPS-owi, że chciałbym pracować do igrzysk, a okres weryfikacji miałby nastąpić po mistrzostwach świata. W mojej ocenie nasza reprezentacja musi dojść do ćwierćfinału mundialu - to absolutne minimum.

Po mistrzostwach Europy dostaliśmy w łeb, więc mam nadzieję, że nie będziemy nadstawiali drugiego policzka i w końcu zaczniemy wygrywać.

Wbrew wszystkiemu polska siatkówka nie jest gotowa na polskiego selekcjonera? A może słowa prezesa miały być rodzajem wabiku, by pokazać, że mamy polskich trenerów gotowych do zajęcia się kadrą? To byłby znak, że dzięki kursom, szkoleniom i ochronie rodzimych specjalistów PZPS wywiązuje się ze swojej roli, budując pewność siebie szkoleniowców.

- Według mnie nie było odważnego, by zdecydować się na wybór Polaka. Postawienie na rodzimego trenera byłoby aktem ogromniej odwagi. Łatwiej polskiej siatkówce wybrać obcokrajowca tym bardziej, że Vital to szkoleniowiec z autorytetem, wynikami, charyzmą i doświadczeniem. Jeśli jednak sięgniemy do polskiej historii i zobaczymy, że w przeszłości bardzo odważne decyzje dawały nam medale, to aż kusi, by i tym razem nie zaryzykować. Do takich wyborów można było zaliczyć Huberta Jerzego Wagnera czy też Stephane'a Antigę.

Spróbuje pan jeszcze kiedyś?

- Oczywiście! Mam nadzieję, że nie za rok, ale po igrzyskach olimpijskich, z których Vital wróci z medalami. Tego bardzo serdecznie życzę nam wszystkim.