Lech wziął tabletkę z napisem: "express". Ma zadziałać natychmiast

Dawid Szymczak
Lech Poznań musi w sprinterskim tempie przebiec drugą część ligowego maratonu. To zadanie niezwykle trudne, ale udało mu się wystartować zgodnie z planem - zwycięstwem 2:0 z Zagłębiem Lubin. Najtrudniejsze dopiero jednak nadchodzi.

Tego wszystkiego miało nie być: ani palącej potrzeby ratowania sezonu, ani ośmiopunktowej straty do lidera ligi zaraz za półmetkiem, ani Mariusza Rumaka znów trenującego Lecha Poznań, ani nagłego zwolnienia Johna van den Broma, ani tym bardziej wywiadów, w których piłkarze szkicują jego obraz jako niezbyt rozgarniętego taktycznie. Miało też nie być przegranego rewanżu w Trnawie ze Spartakiem i pożegnania z europejskimi pucharami jeszcze w przedbiegach, co można dziś postrzegać jako czynnik wywołujący lawinę nieszczęśliwych zdarzeń.

Zobacz wideo Nowy trener Lecha. Sensacyjna decyzja

Lechowi należą się brawa. Tym głośniejsze, że grał w bardzo osłabionym składzie

Ale już mecz z Zagłębiem Lubin, pierwszy po zimowej przerwie i zmianie trenera, pokrył się z wyobrażeniami. W każdym niemal aspekcie - od plusów po minusy. Lech, którego determinację wielokrotnie w ostatnich tygodniach podkreślał Rumak, od razu ruszył do ataku i już od 3. minuty prowadził. Aleks Ławniczak koślawo przyjął piłkę, Adriel Ba Loua przytomnie mu ją odebrał i wyłożył Filipowi Szymczakowi, który przeniósł dobrą skuteczność w sparingach (5 goli) na ligę. Lech znacznie lepiej organizował się po stratach piłki, co jesienią stanowiło ogromny problem. Miał też ciekawe pomysły na stałe fragmenty gry i szukał okazji do dośrodkowań z prawego skrzydła, co przyniosło dwie bardzo dobre okazje. Z trudnego momentu w drugiej połowie wyciągnęły go z kolei indywidualności - Filip Marchwiński zaczął akcję, a Radosław Murawski skończył ją bardzo mocnym kopnięciem sprzed pola karnego. Przy 2:0 emocje spadły.

I za to Lechowi należą się brawa. Tym głośniejsze, że grał w bardzo osłabionym składzie. Mikaelowi Ishakowi wciąż doskwiera bowiem ból żeber, Miha Blazić narzeka na drobny uraz, Filip Dagerstal kontynuuje rehabilitację, Artur Sobiech będzie kontuzjowany do końca sezonu, Afonso Sousa się przeziębił, Ali Gholizadeh jeszcze nie wrócił z Pucharu Azji, a Kristoffera Velde był zawieszony za żółte kartki. Mało? No to w pierwszej połowie Ba Loua zszedł z boiska z obolałym barkiem, z którym miał już problemy w ostatnich miesiącach, a w przerwie został zmieniony Antonio Milić. - Profilaktycznie, ze względu na stary uraz - tłumaczył Rumak.

Przy tylu nieobecnościach tym bardziej należało się też spodziewać, że Lech nie będzie bezbłędny. Jego gra falowała. Widać było, że ma na siebie jasny pomysł przez pierwsze pół godziny, ale przez 40 kolejnych minut dało się to dostrzec tylko chwilami. Gra pressingiem, która doprowadził do zdobycia pierwszej bramki, później nie zawsze była tak skoordynowana, przez co Zagłębiu udawało się szybko przesuwać z piłką na połowę Lecha i korzystać z wolnej przestrzeni. Najlepszą okazję miał Tomasz Pieńko, który przebiegł z piłką niemal przez całą połowę, po drodze bardzo łatwo ograł Radosława Murawskiego, jednak na koniec nie trafił w bramkę. Ale przy każdej obserwacji "nowego Lecha" trzeba pamiętać o rywalu. Zagłębie Lubin najpierw samo włożyło sobie kij w szprychy, a później niespecjalnie potrafiło go wyciągnąć. W kolejnych meczach poziom trudności wzrośnie. I to wyraźnie. 

Najtrudniejsze dopiero nadchodzi. Do Dnia Kobiet wszystko będzie jasne

Władze Lecha Poznań powierzyły drużynę Mariuszowi Rumakowi na najbliższe pół roku. W rzeczywistości jednak trener, który po 3471 dniach ponownie poprowadził Kolejorza w ligowym meczu, ma jeszcze mniej czasu, by przywrócić zespół do walki o mistrzostwo Polski, a swoje nazwisko z powrotem do grona liczących się w polskiej lidze. Jeśli byłby tabletką przeciwbólową, to taką z dopiskiem "sprint", "express" albo "rapid". Ma zadziałać natychmiast, pomóc od razu, bo tego wymaga terminarz. Przed Lechem spotkania z ligową czołówką, z bezpośrednimi rywalami do mistrzostwa Polski - Jagiellonią Białystok (wicelider, 5 pkt przewagi nad Lechem), Śląskiem Wrocław (lider, 8 pkt przewagi), Pogonią Szczecin w Pucharze Polski, Rakowem Częstochowa (4. miejsce, 1 pkt mniej niż Lech). W takich meczach sam zyskujesz punkty, a przy okazji zabierasz je najgroźniejszemu przeciwnikowi. Albo odwrotnie. Dlatego Lech już podczas Dnia Kobiet będzie wiedział, o co przyjdzie mu grać w tym sezonie. 

Rumak narzucił narrację, że każdy kolejny mecz jest jak finał. Stwierdził też, że jego zespół ma prawo do maksymalnie dwóch potknięć. Celuje w dublet - mistrzostwo i Puchar Polski. Pierwszy finał wygrał, przed nim kolejnych 14 w samej lidze.  

Więcej o:
Copyright © Agora SA