Lewandowski, forma mutant. Polak zadziwił cały świat. Gigant na łopatkach

Kacper Sosnowski
- Szkoda, że nie było piątej - miał stwierdzić po swoim nieziemskim meczu z Realem Madryt Robert Lewandowski. Bardziej żałował niewykorzystanej okazji, niż cieszył się z czterech bramek wbitych hiszpańskiemu gigantowi. 24 kwietnia mija 11 lat od jednego z najważniejszych meczów we współczesnej historii Borussii Dortmund i futbolowego rarytasu dla polskiego kibica. Słynne i przeciągane "gooool" dźwięczy w uszach do dziś.

To był piłkarski kosmos, w który Robert Lewandowski poleciał po raz pierwszy w karierze. Albo jak mówi dzisiejsza młodzież: forma mutant, czyli coś daleko wykraczającego ponad wszelkie normy. Najpierw, w 8. minucie, Lewandowski uciekł obrońcy, dostawił nogę do dośrodkowania i wepchnął piłkę do bramki tuż przy słupku. Potem, tuż po przerwie, znakomicie odwrócił się z piłką w polu karnym i ponownie trafił do siatki w prawy róg bramki. Emocje po tym golu na 2:1 jeszcze nie opadły, a komentujący mecz Sergiusz Ryczel ponownie wyciągał z krtani kilkunastosekundowe "goooooool!" po tym, jak w 55. minucie Lewandowski po krótkim dryblingu huknął pod poprzeczkę Realu Madryt. I to wcale nie był koniec, bo w 67. minucie "Lewy" trafił jeszcze z karnego, wykorzystując go w starym stylu, jeszcze bez charakterystycznego przeskoku. Uderzył w pewnie, w środek bramki. Borussia Dortmund rozbiła "Królewskich" 4:1 w półfinale Ligi Mistrzów, a 25-letni Lewandowski trafił do piłkarskiego nieba.

Zobacz wideo Wyjątkowa chwila dla rodziny Lewandowskich. "Zapamiętamy to do końca życia"

"Bramkowy tytan" i jedyna "dziesiątka"

"Marca" napisała o nim: "Palizowski", od hiszpańskiego "paliza", oznaczającego tęgie lanie. "Bild" nazwał występ Lewandowskiego "nieziemskim" a samego piłkarza określił "bramkowym tytanem". Od "L’Equipe" Polak dostał wówczas "dziesiątkę", najlepszą z możliwych not, która była przyznana dopiero szósty raz w historii i drugi w XXI wieku. Takiej noty "Lewy" nie powtórzył tam już nigdy, ale to tylko dlatego, że francuski dziennik nie przyznawał ocen za mecze Bundesligi. Na jego pięć goli w dziewięć minut z 2015 roku z Wolfsburgiem, musiały starczyć hasła typu: "Marsjanin", "Najlepszy joker wszech czasów", "539 sekund dla wieczności".

Lewandowski Real upokorzył niemal w pojedynkę. Niemal, bo przy pierwszym golu w 8. minucie znakomite zagranie posłał mu Mario Goetze. Przy drugim golu, być może podawać, a może strzelać chciał Marco Reus. Przy trzeciej, najpiękniejszej bramce, Lewandowski wymanewrował w polu karnym dwóch obrońców "Królewskich" i uderzył pod poprzeczkę. Czwartego gola strzelił z karnego. Tak napisała się dortmundzka, ale i polska historia w futbolu. Czterema golami w półfinale Ligi Mistrzów w jednym meczu nie mógł się pochwalić nikt. Nikt nie nadepnął też tak na odcisk Realowi.

15-sekundowy goooool. "To był mój sposób na wyjątkowość"

Emocje, które towarzyszyły temu spotkaniu do dziś pamięta Sergiusz Ryczel, który z ramienia nSport komentował mecz z Dortmundu. Komentował w charakterystyczny sposób, szczególnie po golach Polaka. Po meczu stacja TVN 24 prezentując na antenie pierwszą bramkę Lewandowskiego, uruchomiła specjalny stoper, który odliczał długość okrzyku "goooooool", wydanego przez Ryczela. Wyszło 15 sekund.

- Nie przypomnę sobie teraz, czy ja to specjalnie wymyśliłem, że będę wtedy tak długo krzyczał przy tych golach Lewandowskiego - mówi nam Ryczel. - Chyba zrobiłem coś podobnego we wcześniejszym spotkaniu Borussii z Malagą. Pomyślałem, że zrobię to jeszcze raz niezależnie od tego, czy komuś się to wtedy podobało, czy nie. Dla mnie sport zawsze był pełen emocji, a nie tylko liczb i statystyk. Te emocje lubiłem i w nich czułem się dobrze. To, co się wtedy wydarzyło na murawie, to było cholernie ważne wydarzenie, które w polskim futbolu nie zdarza i pewnie nie zdarzy się w najbliższych kilkudziesięciu latach. To był mój sposób na wyjątkowość tej sytuacji - opowiada dziennikarz, dziś konferansjer i trener wystąpień publicznych.

Wyjątkowość tej sytuacji i wyjątkowość Lewandowskiego widział też wtedy dobrze Jose Mourinho, ówczesny trener Realu. On jednak nie krzyczał, działał w ciszy - był pierwszym, który pogratulował Polakowi po spotkaniu. I nie bez kozery tak szybko poszedł składać słowa uznania - potem okazało się, że pisał i dzwonił do menedżerów Polaka, bo chciał mieć "Lewego" w Chelsea, która miała być jego kolejnym po Realu przystankiem. "Królewscy" też zainteresowali się Lewandowskiego na poważniej, Florentino Perez rozpoczął operację jego ściągnięcia do Hiszpanii. Jak się potem okazało - operację nieudaną, bo napastnik był już po słowie z Bayernem.

"Grałem w karierze lepsze spotkania"

Wracając do imponującego występu - w 4:1 w Dortmundzie i swój imponujący udział w wygranej, Lewandowskiemu ciężko było uwierzyć.

- Zszedłem z boiska, usiadłem w szatni i zacząłem się śmiać sam do siebie. Kurczę, czy to się zdarzyło naprawdę? Strzeliłem cztery gole w półfinale Ligi Mistrzów? Przez kilka dni to do mnie nie docierało - komentował Polak cytowany w książce Pawła Wilkowicza "Nienasycony". Tej piłkarskiej uczty "Lewy" nie mógł zaplanować na lepszy czas. Na meczu była obecna jego rodzina i sporo przyjaciół, świętowanie przeniosło się do domu Lewandowskich w Dortmundzie. W przypadku głównego bohatera "świętowanie" to jednak zbyt duże słowo. Napastnik do domu wrócił późno i zachowywał się tak, jakby nie wydarzyło się nic szczególnego.

- Czekaliśmy na niego z imprezą. Wchodzi, idę go wyściskać, a on tak spojrzał i się śmieje: "Maras, miałeś naczynia do zmywarki włożyć" - relacjonował te chwile Dawidowi Szymczakowi Marek Kalitowicz, przyjaciel Lewandowskiego. I zapamiętał, że "Lewy" na pewno poprosił o bezglutenowe naleśniki - tak "konsumował" sukces. - To nie była żadna poza. Wydaje mi się, że on po prostu sam był jeszcze w szoku i trochę nie ogarniał, co się dzieje. Później, już w środku nocy, powiedział, że w sumie to mógł piątą bramkę strzelić, bo miał dobrą okazję - relacjonował Kalitowicz. I taka okazja rzeczywiście była. W drugiej połowie meczu Polak znakomicie uderzył z linii pola karnego, ale piłkę końcami palców wybił Diego Lopez.

Jak czytamy w "Nienasyconym", podczas świętowania sukcesu z Realem w domu, gdy znajomi Roberta włączali powtórki jego goli z komentarzem Ryczela, po każdym przeciągniętym "gooool" wznoszono toast.

- Mówił mi potem Cezary Kucharski, że ten mój komentarz zapewnił im niezłą zabawę i że było pozytywnie i wesoło - przypomina sobie Ryczel, który przyznaje, że nadal często kojarzony jest z tamtym komentarzem, choć od tego meczu minęło już 11 lat. W ten środowy, kwietniowy wieczór roku 2013 Lewandowski zaskoczył wszystkich jeszcze raz, już po ostatnim gwizdku.

- To nie był mecz, w którym czułem się najpewniej. Skuteczność była tu co prawda stuprocentowa, ale wydaje mi się, że grałem w karierze lepsze spotkania - oznajmił Polak przed kamerami NC+. Trudno z jego własnymi odczuciami polemizować, a jeśli tak wyglądały jego "gorsze" występy, to zdążyliśmy już za nimi porządnie zatęsknić. Tamten mecz i dalszy rozwój jego kariery miał wpływ na to, że Lewandowski w końcu trafił do Hiszpanii, choć ostatecznie nie do Realu, a Barcelony. Teraz z "Królewskimi" może mierzyć się często. Czy dzięki temu napisze więcej niezapomnianych futbolowych historii?

Najpiękniejszy moment z kariery R. Lewandowskiego to:
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.